Autorka „Naszych” wskrzesiła bolesny temat Holokaustu na Litwie. Jej książka drażni nie tylko zatwardziałych antysemitów, ale i tych, którzy zdają sobie sprawę z niechlubnej roli Litwinów w Holokauście.

Książka „Nasi” Rūty Vanagaitė nie przypadła na Litwie do gustu niemal nikomu. Ale przecież właśnie po to ta książka została napisana – żeby się nie podobać. Pod tym względem „Nasi” są bardzo udanym przedsięwzięciem.

Nie dziwi, że książka nie spodobała się ani antysemitom, ani tym Litwinom, którzy są święcie przekonani, że to nie „nasi” odpowiadają za Holokaust na Litwie, że Holokaust to generalnie sprawa Niemców – tak do dziś uważa zdecydowana większość Litwinów. Z dystansem do publikacji odnoszą się jednak również ci, którzy antysemitami nie są, a nawet ci, którzy antysemityzm potępiają i prowokując rodzimych nacjonalistów, wprost mówią o litewskiej winie za wymordowanie 90, a nawet 95 procent litewskich Żydów w czasie II wojny światowej. Mimo że książka Vanagaitė generalnie się nie podoba, na Litwie jest kupowana i czytana, wręcz rozchwytywana. Czegóż więcej może pragnąć autor piszący o kwestii, która w Europie Środkowej jeszcze długo będzie wzbudzać emocje?

Rūta Vanagaitė, Efraim Zuroff, „Nasi. Podróżując z wrogiem”

Rūta Vanagaitė, Efraim Zuroff, „Nasi. Podróżując z wrogiem”, tłum. Krzysztof Mazurek, Czarna Owca, Warszawa 2017, 328 s.

Jaką książką są „Nasi”? Nie jest to ani podręcznik historii, ani też zbiór nieznanych dotąd faktów. To raczej próba oprowadzenia przeciętnego czytelnika po zbiorowych mogiłach, w których leżą sterty trupów – w Ponarach i 226 innych miejscach masowych mordów. „Jestem typową, przeciętną Litwinką. Całe życie wiedziałam o Holokauście tyle, co większość naszych typowych, przeciętnych obywateli. […] Jestem typowym produktem kłamstw reżimu sowieckiego i milczenia wolnej Litwy. Homo sovieticus lituanus” – pisze autorka we wstępie.

Vanagaitė nie udaje wszystkowiedzącej. Nawet nie próbuje ukrywać, że pisanie książki rozpoczynała jako dyletantka. Z jednego z wywiadów dowiadujemy się, jaką propozycję usłyszał od niej izraelski historyk Efraim Zuroff, dyrektor biura Centrum Szymona Wiesenthala w Jerozolimie: „Atakuje pan Litwę, więc może zróbmy tak: wsiądziemy do mojego samochodu, pojeździmy, popytamy ludzi i zobaczymy, kto ma rację. Bo ja nie wiem”.

Wyznanie autorki, że na początku pisania nie wiedziała zbyt wiele o Holokauście na Litwie, ułatwia rozważania na temat „Naszych”. Wszystkie zarzuty pod jej adresem, te  dotyczące błędów merytorycznych i powierzchowności sądów, zdają się mało istotne, jeśli zrozumiemy, co w tej książce jest najważniejsze – to kolejna próba podjęcia bolesnego tematu. Zresztą publikacje historyczne powstają po to, aby mogły być krytycznie oceniane. Teksty nieakademickie zaś, a takim właśnie są „Nasi” – tym bardziej.

Czemu książka drażni nie tylko zatwardziałych antysemitów, ale i tych, którzy zdają sobie sprawę z niechlubnej roli Litwinów w Holokauście?

Vanagaitė jest mistrzynią prowokacji, a „Nasi” bez wątpienia są prowokacją – i to na całego. Autorka bez skrupułów oświadcza, że dotychczas na Litwie nic się na temat Zagłady nie pisało, że to ona pierwsza przedstawiła te wstrząsające historie. Rzecz jasna, nie jest to prawdą. Od dawna wiadomo, że Litwini byli współuczestnikami Holokaustu, zarówno jako mordercy, jak i grabieżcy dóbr należących do ofiar. Ten fakt nie budzi wątpliwości ani wśród osób opowiadających się za teorią „podwójnego ludobójstwa”, ani tych, którzy wierzą, że uczestnictwo Litwinów w Zagładzie było usprawiedliwioną odpowiedzią na udział żydowskich komunistów w masowych wywózkach Litwinów na Syberię w 1941 roku.

Mówienie, że w tej dziedzinie nic nie zostało zrobione, że wszyscy wszystkiego się boją, a litewscy pisarze, historycy czy dziennikarze nie pisali dotąd o Holokauście na Litwie, jest z pewnością nazbyt śmiałe i… mija się z prawdą. Zarazem twierdzenie, że po kilku tygodniach jeżdżenia samochodem i przepytywania staruszków można zgłębić jedyną prawdę na temat Holokaustu, to coś więcej niż zuchwalstwo. Ileż warte są choćby dzieła Grigorija Kanowicza! A przecież były one wydawane w nieprawdopodobnie wielkich nakładach jeszcze w pełnych grozy latach okupacji sowieckiej. Swoją pracę należycie wykonują również historycy.

Taki jednak jest styl autorki „Naszych” – wyzywająco zuchwały. W jednym z wywiadów na pytanie dziennikarki, czy przeczytała wszystkie dotychczas opublikowane litewskie książki o Holokauście, bez mrugnięcia okiem odpowiedziała: „Tak”. Doprawdy trudno w to uwierzyć. Napisanie 300-stronicowej książki na skomplikowany temat, którego wcześniej się nie zgłębiało, byłoby wyzwaniem nawet dla Aleksandra Dumasa! A Vanagaitė nie tylko napisała taką książkę, ale jeszcze ośmiela się twierdzić, że spędziła długie godziny w Archiwum Akt Specjalnych, gdzie analizowała sprawy KGB, zdążyła zjeździć 15 miast, 30 miejsc zagłady Żydów na Litwie, a nawet odwiedzić miejsca egzekucji na Białorusi. Być może zatem nie zrozumiała tekstów tych wszystkich pisarzy, historyków i dziennikarzy piszących o Holokauście? Choć z drugiej strony wydaje się to mało prawdopodobne.

Wcześniej Vanagaitė zajmowała się zupełnie czym innym. Z wykształcenia jest teatrologiem, w 1993 roku organizowała pierwszy międzynarodowy festiwal LIFE. Następnie obrała inną ścieżkę kariery. Jako specjalistka od public relations pracowała w ekipach Rolandasa Paksasa (ówcześnie premiera, później usuniętego ze stanowiska prezydenta), a także jego przeciwnika politycznego Arturasa Zuokasa, którego udziałem stały się nie mniej głośne skandale.

Vanagaitė po prostu pojawiła się i oświadczyła – wy, Litwini, jesteście głupcami i tchórzami

Jej doświadczenie w branży public relations zdaje się również potwierdzać książka „Nasi”. Skandal, jaki wywołała publikacja, z pewnością był zamierzonym działaniem PR-owym. Nie chodziło tu o prawdę, ale o nagłośnienie tematu. I to właśnie zrobiła Vanagaitė. Po prostu pojawiła się i oświadczyła – wy, Litwini, jesteście głupcami i tchórzami, a ja mam odwagę pisać o tym, o czym milczeliście przez 70 lat. Ponadto materiał potrzebny do napisania książki zbierała wspólnie z Efraimem Zuroffem, powszechnie znanym na Litwie wrogiem i łowcą nazistów. Z nim też promowała „Naszych”. Obecność Zuroffa, który nie jest na Litwie lubiany i sam Litwy nie lubi, dodaje tylko skandalicznego posmaku całemu przedsięwzięciu [w edycji polskiej Zuroff jest współautorem książki; jak wyjaśnia wydawca, polski przekład został sporządzony z dostarczonej przez autorów wersji angielskiej – przyp. tłum.].

Cel został osiągnięty – nasza mała Litwa doznała szoku, który wywołał powszechną chęć przeczytania „Naszych”. Podobne emocjonalne rozdrażnienie wzbudziły przed laty słowa prezydenta Algirdasa Brazauskasa adresowane do narodu żydowskiego. Będąc w Jerozolimie, wygłosił przemówienie, w którym oficjalnie przeprosił za udział Litwinów w Holokauście. Tyle że wtedy szok trwał kilka dni, no może tydzień.

Książka Vanagaitė prawdopodobnie poczytna będzie jeszcze długo, atakowana zaś – jeszcze dłużej. Z pewnością najbardziej potępiać ją będą ci, którzy sami tej publikacji nie czytali. „Zaprzedana Żydom”, „zaprzedana Moskwie” to chyba najdelikatniejsze z epitetów, jakie do tej pory padły pod adresem autorki.

Książka niewątpliwie jest trudna w odbiorze, choć zarazem czyta się ją dobrze ze względu na dynamiczny styl. Czy jest stronnicza? To zależy, czy oceniają ją współcześni antysemici czy litwacy [tym, dla Polaków czysto historycznym, określeniem opisują swą tożsamość dzisiejsi litewscy Żydzi – przyp. tłum.], liberałowie lub nacjonaliści.

O czym opowiada książka Vanagaitė? O szwadronach śmierci, mordercach i dentystach, którzy wyrywali trupom zęby. O powstaniu, które wybuchło 23 czerwca 1941 roku i działaniach jego przywódców oraz Rządu Tymczasowego skierowanych przeciwko społeczności żydowskiej. O 200 tysiącach zastrzelonych litewskich Żydów, o tych, którzy rozstrzeliwali i tych, którzy palili zwłoki. Książka przybliża też protokół ze śledztwa prowadzonego przez KGB (autorka w wielu miejscach cytuje ten dokument). Vanagaitė nieszczególnie przejmuje się kwestią wiarygodności dokumentów i świadków. Przytacza rozmowy z Zuroffem i litewskimi Żydami.

Emocjonalne spojrzenie Vanagaitė na litewską winę boli jak operacja bez znieczulenia

Oceniając obiektywnie, trzeba stwierdzić, że autorka nie napisała niczego nowego. Wszystkie fakty były znane wcześniej. Ale „Nasi” nie są przecież monografią naukową. To książka, która szafuje emocjami, która każe się zatrzymać i pomyśleć o wielkiej tragedii, jaka dotknęła Żydów, ale też Litwę i Litwinów. Oskarżycielskie, emocjonalne spojrzenie Vanagaitė na litewską winę boli jak operacja bez znieczulenia.

„Nasi” są też pretekstem, żeby pomyśleć o tym, co Litwini zrobili. Może warto zastanowić się również nad tym, że cierpienia, których doświadczał nasz naród – poczynając od utraty niepodległości, poprzez zsyłki na Syberię, aż po krwawą walkę partyzantów – wciąż wydają się nam bardziej tragiczne niż niemal całkowita eksterminacja żydowskich współobywateli. W powszechnym myśleniu zagłada litewskich Żydów nie jest tematem tak ważnym jak ludobójstwo dokonane na tych bardziej „naszych”, którzy umierali w gułagach.

Z perspektywy badań nad pamięcią historyczną „Nasi” są pozycją nieocenioną. Za co więc autorkę spotyka tak ostra krytyka? Oskarżenia w stronę Vanagaitė padają zarówno ad hoc, jak i ad hominem. Najostrzejszy krytyk pisarki, dziennikarz Vidmantas Valiušaitis, gorący zwolennik powstania z 1941 roku, apoteozujący działania Rządu Tymczasowego, napisał co najmniej trzy recenzje „Naszych”. Warto je znać, autor bowiem przywołuje szereg faktów i dokumentów stanowiących nierzadko bardzo celne argumenty w polemice z Vanagaitė.

W jednej z tych recenzji Valiušaitis formułuje dwanaście zarzutów wobec „Naszych”. Wytyka autorce między innymi, że pisząc książkę, kierowała się egoistycznymi pobudkami, takimi jak chęć zyskania popularności czy przyciągnięcia uwagi opinii publicznej. Krytykuje ją za to, że podejmuje się pracy nad zagadnieniem, którym wcześniej w ogóle się nie zajmowała. Zarzuty są poważne. Valiušaitis wprost pisze, że pogląd autorki jest jednostronny, wnioski zaś – uproszczone i przedstawione niczym w estradowym show. Celem Vanagaitė było zrobienie wrażenia, wywołanie zaskoczenia, a nie dochodzenie prawdy historycznej – twierdzi Valiušaitis.

Najpoważniejszymi i chyba najtrudniejszymi do odparcia zarzutami wobec „Naszych” są brak krytycyzmu w doborze i ocenie źródeł oraz błędy merytoryczne. Zarzuty te wydają się zasadniczo słuszne, jednak historyczne nieścisłości nie stanowią powodu, żeby skazywać autorkę na szafot. „Nasi” to przecież nie naukowa monografia, ale książka, która ma grać na emocjach. Gdyby porównać ją z dwiema monografiami Timothy’ego Snydera – „Czarna ziemia: Holokaust jako ostrzeżenie” i „Skrwawione ziemie: Europa między Hitlerem a Stalinem” – to licytację na liczbę błędów faktograficznych wygrałby jednak Snyder. Błędy historyczne przy pisaniu o przeszłości nie są wszak niczym niezwykłym. Czy powinniśmy je oceniać tak bezwzględnie? Szczególnie kiedy mowa o uczestnictwie Litwinów w pogromach Żydów? Kiedy pojawia się temat tak niebezpieczny i bolesny, który – jak pisał poeta Siergiej Kanowicz – „otwiera nie ranę, lecz raczej szambo zadawnionej nienawiści”?

Do kogo skierowanej? Do „naszych, którzy kalają własne gniazdo”. Ale działające od 1992 r. państwowe Centrum Badania Ludobójstwa i Ruchu Oporu Mieszkańców Litwy miało przecież dość czasu i odpowiednie warunki, by zbadać temat zagłady litewskich Żydów. Swoją pracę wykonywało jednak tak powoli i ostrożnie, że wciąż nie ma opublikowanej pełnej listy nazwisk zbrodniarzy ani ideologów odpowiedzialnych za tę tragedię. Są natomiast poświęcone im pomniki oraz nazwane na ich cześć ulice w Wilnie i Kownie.

Czy ta książka była potrzebna? Bez względu na wszystkie jej wady – na pewno tak. „Nasi” to lektura ciężka, ale potrzebna. Bez wątpienia wskrzesiła bolesny temat Holokaustu na Litwie. Dziennikarz żydowskiego pochodzenia Arkadijus Vinokuras wydał książkę „Mes nežudėme” [„My nie zabijaliśmy” – przyp. tłum.], zainspirowaną właśnie „Naszymi”. Jego zbiór wywiadów z potomkami morderców Żydów jest podobny do książki Vanagaitė – napisany z równie silnym ładunkiem emocjonalnym i zarazem z edukacyjnym przesłaniem.

„Jesteśmy spadkobiercami historii i musimy ten spadek przyjąć. Nasi pradziadowie, inni krewni i ich sąsiedzi uczestniczyli w Holokauście. Niektórzy sporządzali listy, niektórzy strzelali, niektórzy ratowali, niektórzy kradli rzeczy zamordowanych ofiar. […] Ale jeżeli w naszym narodzie byli mordercy, dlaczego mamy się tej prawdy bać? Czy to nas w jakiś sposób zniszczy? Może zaniepokoi […]. Niech to nas niepokoi. Będziemy wiedzieć, że ten dyskomfort jest naszą prośbą o wybaczenie i naszą pokutą. […] Nie możemy przywrócić do życia nawet jednej osoby z umarłych, nie możemy pogodzić sprawcy i ofiary, ale być może wyciągniemy wnioski z tej lekcji, aby zło, które się wydarzyło, nigdy więcej już się nie powtórzyło” – kończy książkę Vanagaitė.

Inaczej, niż zrobiła to Vanagaitė, być może nie sposób rozmawiać z narodem, który wciąż nie chce przyznać, że „naszymi” zawsze byli i będą nie tylko król Mendog oraz wielcy książęta litewscy Giedymin i Witold, ale również wykonawcy zbrodni na Żydach na terytorium Litwy okupowanej przez Niemców. Czy tego chcemy czy nie, oni również byli i pozostaną „naszymi”.

Tłum. Paulina Ciucka