Jezus nas sprawdza. „Daj mi pić” – mówi, a przecież wie, że nie mamy nic, co by mogło prawdziwie zaspokoić pragnienia człowieka.

Czy wiedziała o tym, że „woda żywa”, o którą prosi, to nie tylko woda z dna studni, woda tryskająca prosto ze źródła? Czy wiedziała o tym, że ten, z którym rozmawia, jest źródłem prawdziwej „wody żywej”, wytryskującej na życie wieczne? Czy zdawała sobie z tego wszystkiego sprawę? Prefacja na dzisiejszą niedzielę mówi: „On prosząc Samarytankę o podanie wody, już ją obdarzył łaską wiary, i tak gorąco pragnął jej życia z wiary, że rozpalił w niej ogień Bożej miłości”. I owszem. Ale Samarytanka prosiła o dar, nie będąc świadoma tego, o jaki dar prosi. Mogła przecież nie znać przestrogi, którą Bóg skierował za pośrednictwem proroka Jeremiasza: „opuścili mnie, źródło wody żywej, żeby wykopać sobie cysterny, cysterny popękane, które nie utrzymują wody” (Jer 2, 13). Potrzebne było dla niej spotkanie z Jezusem, z tym, który przeprowadza od popękanych cystern ludzkich poszukiwań do źródlanej wody, której jedynym źródłem jest Bóg. To znamienne, że gdy Samarytanka odeszła do miasta, zostawiła przy studni swoją hydrię, czyli specjalny dzban do noszenia wody. Jak mówi św. Chryzostom, „jak powołani Apostołowie porzucili sieci, tak ona porzuciła dzban”. Porzuciła dzban, który odtąd był jej już niepotrzebny, bo znalazła źródło.

Do tematu wody żywej Jezus wróci jeszcze raz, a będzie to w Święto Namiotów. Wtedy zawoła donośnym głosem: „Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie – niech przyjdzie do Mnie i pije. Jak rzekło Pismo: Rzeki wody żywej popłyną z jego wnętrza” (J 7, 37-38). By dobrze zrozumieć tę scenę, trzeba przypomnieć, że Jezus wypowie te słowa właśnie w Święto Namiotów. Tego dnia kapłani czerpali złotym dzbanem wodę z sadzawki Siloe i wylewali ja u podnóża ołtarza, wypowiadając przy tym słowa z księgi proroka Izajasza: „I będziecie czerpać z radością ze zdrojów zbawienia” (Iz 12, 3). Odtąd Jezus jest zdrojem „wody żywej”, zdrojem zbawienia.

Jezus dwa razy publicznie wyznał, że jest spragniony. Pierwszy raz „było to koło godziny szóstej”, czyli w południe według naszej rachuby czasu. Gdy wyzna to po raz drugi, będzie godzina dziewiąta, czyli nasza piętnasta. Po raz pierwszy stało się to przy studni Jakubowej, po raz drugi – na krzyżu. Przy studni świadkiem Jezusowego pragnienia była kobieta samarytańska, pod krzyżem – żołnierze. A więc bardziej obcy niż swoi. Czy kobieta dała Mu pić, nie wiemy. Żołnierze na włócznię czy też hyzop nabili gąbkę nasączoną octem i podali Mu. Jak mówił św. Augustyn w kazaniu na Wielki Piątek, „gdy powiedział »Pragnę«, […] zamiast słodyczy wiary, dali ocet niewierności”. Tam, przy studni Jezus zapowie, że da wodę, która „stanie się w nim źródłem tryskającym ku życiu wiecznemu”. Na krzyżu, w chwilę po tym, jak Jezus wypowie słowo „Pragnę”, jeden z żołnierzy włócznią przebije Mu bok, a natychmiast wypłynie krew i woda.

Teologiczna tradycja Kościoła jest zgodna, co do znaczenia tego symbolicznego momentu Męki Pańskiej. W prefacji na Uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego Kościół śpiewa: „z Jego przebitego boku wypłynęła krew i woda, i tam wzięły początek sakramenty Kościoła, aby wszyscy ludzie pociągnięci do otwartego Serca Zbawiciela z radością czerpali ze źródeł zbawienia”. Nie inaczej mówił św. Augustyn: „Bok włócznią otwarty zrosił ziemię krwią i wodą. Bez wątpienia oznacza to sakramenty, na których opiera się Kościół. Ewa została ukształtowana z boku Adama śpiącego, który był figurą przyszłości”. Kościół – dodajmy – ukształtował się z boku Drugiego Adama, Chrystusa Ukrzyżowanego, w „którego ranach jest nasze zdrowie” (Iz 53,5).

Już niedługo staniemy pod tym źródłem tryskającym z krzyża. Póki co, jesteśmy jeszcze przy różnych studniach i cysternach, z hydriami i dzbanami w rękach. Wiemy dobrze, jak to jest być Samarytanką. Ciągłe nienasycenie. Okazuje się, że to, cośmy zebrali, przecieka nam przez palce. A coś, co miało zaspokoić, sprawiło, że pragniemy jeszcze bardziej. Taka suchość w gardle, mimo pełnych dzbanów i przeróżnych studni, które sobie wykopaliśmy na tej ziemskiej pustyni. Niejedna cysterna okazała się pęknięta, niejedno źródło zatrute, niejedna oaza to fatamorgana. „Słowa jak sztuczny miód, / ersatz, cholera, nie życie” – jak pisała poetka.

Jezus umiera pod wieczór, ale pod nasze studnie przychodzi zawsze w południe, w momencie największego skwaru. Pośrodku życia, kiedy wciąż pragniemy. Wie, jak jest. Sam usiadł „zmęczony drogą”. I nas sprawdza. „Daj mi pić” – mówi, a przecież wie, że nie mamy nic, co by mogło prawdziwie zaspokoić pragnienia człowieka. Nie mamy takich czerpaków, które by mogły sięgnąć do źródła. Żyjemy – jak mówił św. Augustyn –  in regio dissimilitudinis, w krainie niepodobieństwa, gdzie wszystko jest na opak. Jak metaforycznie pisał papież Benedykt, w tej krainie „nie pijemy ze źródła, lecz z tego, co nam dają w butelce”. Oto jest czas porzucania popękanych cystern, zostawiania dzbanów przy studni, w której woda już dawno zatęchła, odstawiania butelek z konfekcjonowanymi napojami.

Przez św. Faustynę Jezus powiedział: „niech korzystają z krwi i wody, która dla nich wytrysła” (Dzienniczek nr 848). To już niedługo. Obyśmy w tej chwili, która wkrótce nadejdzie, byli spragnieni. Obyśmy nie byli nasyceni byle czym, opici wodą z butelek w chwili, gdy wytryska Źródło.