Nie ma obecnie na płaszczyźnie kultury bardziej dosadnego protestu przeciwko działaniom politycznym rządzących Polską.

Od kilku tygodni Przemysław Wojcieszek wędruje po Polsce ze swoim filmem „Knives Out”. Utwór powstał na przełomie 2015 i 2016 roku, pierwszy pokaz miał na Festiwalu Nowe Horyzonty. Gościł na kilku innych letnich festiwalach. Do kin miał wejść w lutym. Okazało się jednak, że Wojcieszek nie może liczyć ani na krajowych dystrybutorów, ani nawet na wsparcie dystrybucji filmu przez PISF – i to mimo licznych zasług dla polskiego kina (i teatru) w minionym piętnastoleciu. Ruszył więc w Polskę z pokazami przedpremierowymi. A że nie wszędzie chciano jego film pokazywać, zmienił taktykę: ogłosił czas guerilla cinema. Zaczął od pokazania „Knives Out” 10 lutego na ścianie Gdyńskiego Centrum Filmowego i mimo mrozu zgromadził zacne grono. Ogłosił gotowość wyświetlenia filmu na ścianie warszawskiej siedziby PiS-u.

Gdyby uznać – idąc za słowami Wojcieszka – że „Knives Out” to „jedyny w polskim kinie film polityczny, który nie jest ani łatwy, ani przyjemny, jest za to niezwykle ważny i aktualny” – to już samo to byłoby wystarczającym powodem, by się nim zainteresować. Dalsza lektura facebookowego wpisu zachęca jeszcze bardziej: „Proponujemy go wszystkim kinom studyjnym. Bardzo wiele zgadza się bez problemu. Niektóre odmawiają i, niestety, za każdym razem wygląda to podobnie. Po wstępnej zgodzie otrzymują od nas materiały prasowe z opisem filmu i… kontakt się urywa. Instytucja kultury filmowej, często jedyna w mieście, bez podania powodów odmawia nam projekcji filmu i spotkania z miejscową publicznością. Zrobiliśmy film o rosnącym polskim nacjonalizmie, o nienawiści do obcych, która, przy coraz powszechniejszej społecznej apatii, przestała być czymś nagannym”. Wystarczy, by wypowiedzieć kinom partyzancką wojnę. Zresztą, „kino to wojna” twierdzi Wojcieszek w wywiadzie dla miesięcznika „Kino”.

To film budzący niepokój już od pierwszych kadrów

Ale być może Wojcieszek robi zadymę dla samej zadymy, by wzbudzić zainteresowanie filmem nie do końca udanym, odrzucanym z powodów artystycznych? Nie wydaje się. „Knives Out” jest filmem niedługim (poniżej 80 minut), czarno-białym, sfilmowanym w nietypowym formacie kwadratu. Od większości polskich filmów ostatnich lat wyróżnia go żywiołowość i szybkie tempo, a także bijąca po oczach szczerość. To film budzący niepokój już od pierwszych kadrów – nawet, jeśli uznać, że sytuacja została świadomie przerysowana, zaś dominująca w dialogach ironia podważa wiarygodność przekazu.

Fabuła jest zaskakująco prosta, ogranicza się raptem do kilku scen. Oto w domku nad jeziorem dochodzi do spotkania kilkorga przyjaciół z liceum. Od matury minęło parę lat, spotkanie to okazja do pierwszych podsumowań. Alkohol leje się strumieniem, ale i tak przy stole robi się gorzko. Gospodarz jest prężnym kapitalistą w drugim pokoleniu, jego żona ma stadninę – spadek po pierwszym mężu, przyjaciółka jest programistką i wymyśla genialne w swej prostocie aplikacje, dedykowane kochance, przyjaciel zaś ma skromny etat w prowincjonalnym urzędzie, a jego narzeczona jest przedszkolanką na śmieciówce. Do grona dołącza pracownica gospodarza – równie młoda Ukrainka. Nie trzeba długo czekać na gejzer frustracji, które muszą znaleźć jakieś ujście.

W ciągu godziny otrzymujemy przekonujący obraz „najlepszego pokolenia” – pierwszego, które urodziło się w wolnej Polsce. Pokolenia, które właśnie wysadziło prezydenta i zmieniło rząd, czekającego na zmianę i przebierającego nogami z niecierpliwości. Pokolenia zawistnego i rozsadzanego przez potrzebę czynu. Pokolenia w gruncie rzeczy bezideowego, niedojrzałego i wystraszonego wyczuwaną wokół pustką. A kiedy pustka zostaje uświadomiona, w wolną przestrzeń wdzierają się demony. Niektóre z nich nie mają już szczególnego znaczenia – jednopłciowy związek trudno wprawdzie zaakceptować, ale sukces finansowy, który mu towarzyszy, wydaje się – na razie – polisą bezpieczeństwa. Co innego nacjonalizm: urzędnik, który „nigdy w niczym nie był naprawdę dobry” reperuje swoje ego, powołując się na modne hasła – wiarę w zamach smoleński, w samą polskość jako kategorię pozytywnie wyróżniającą, wreszcie w Polskę nie dla obcych. Od takich słów do czynów jest już bardzo blisko, zwłaszcza że niezależność (i kreatywność) rówieśnicy z Ukrainy kłuje w oczy. A nad ranem będzie już tylko kac i świadomość, że stało się coś złego. I dumny nacjonalista, twierdzący, że nie ma sprawy. Wystarczy, że reszta zakrzyknie z odpowiednim zaangażowaniem „Polska!”.

Ciarki biegają po plecach jak szalone. Od czasu tezy ks. Andrzeja Lutra „Przyzwolenie jest!”, ogłoszonej w Laboratorium „Więzi”, nie doświadczyłem równie ostrej egzemplifikacji „dobrej zmiany”. Jasne, że świadomie udramatyzowanej i wzmocnionej, ale przede wszystkim gwałtownie dotykającej nas wszystkich. I młodych (aktorzy, którzy biorą udział w „Knives Out” są współautorami scenariusza i dialogów), i starych – rodziców i wychowawców. Czy istotnie nie potrafimy przed tymi „młodymi gniewnymi” ocalić naszego świata wartości, czy też ten nasz świat wartości zbutwiał i rozsypał się sam, choćby w wyniku działań klasy politycznej, która nie potrafiła uszanować danej/ofiarowanej nam bądź wręcz przez nas wywalczonej wolności. Nie ma obecnie w przestrzeni publicznej, na płaszczyźnie kultury, bardziej dosadnego protestu przeciwko działaniom politycznym rządzących Polską – a raczej urządzających Polskę wedle swojej miary.

Cel uświęca środki. Zdążyliśmy już zapomnieć o istnieniu kina politycznego. Owszem, potrafimy wymienić polityczne zasługi szkoły polskiej i kina moralnego niepokoju. W tamtych czasach – i w latach 50., i w latach 70. – walka z systemem wydawała się niejako powinnością filmowców: w końcu kino z swej natury wydawało się lewicowe. Ale przyszła wolność i korzystanie z filmu w celach politycznych nie było już konieczne. Nawet „Dług” (1999) Krzysztofa Krauzego wchodził na ekrany nie jako film polityczny, lecz (dość chropawy, przyznajmy) thriller. Zresztą, tempo życia i ewolucja sztuki filmowej sprawiły, że kino jako medium polityczne ustąpiło miejsca innym środkom przekazu – telewizji i internetowi.

Tymczasem Przemysław Wojcieszek miał odwagę sięgnąć do korzeni, przypomnieć, że kino nie musi być tylko artystyczne, artystowskie lub eskapistyczne. Może być narzędziem szybkiego reagowania i walić na alarm, pokazując świat takim jakim jest. Na przekór coraz powszechniejszej znieczulicy, by nie powiedzieć: obojętności.