W „Milczeniu o Hiobie” Piotr Cieplak dotknął prawdy podstawowej: wiara nie jest lekiem, mającym ukoić nasz lęk przed cierpieniem i śmiercią.

2 marca pożegnaliśmy w warszawskim Teatrze Narodowym przedstawienie. „Milczenie o Hiobie” zeszło po niespełna trzech latach z teatralnego afisza. Reżyserem spektaklu był Piotr Cieplak, jeden z największych twórców współczesnego polskiego teatru. 

Dzieło Cieplaka to prawdziwe rekolekcje wielkopostne. Prawdziwe, czyli dotykające istoty naszego człowieczeństwa, prawdziwe – to znaczy do bólu egzystencjalne, a jeśli egzystencjalne to transcendentne. Wcielenie, czyli radość z narodzenia, wcześniej czy później zmiesza się z cierpieniem i śmiercią, ale także z nadzieją zbawienia. Ze zmartwychwstaniem! Takie zresztą powinny być dobre rekolekcje. Cieplak czuje i rozumie, jak mało kto, to co nazywamy transcendencją. Nieustannie próbuje w swoich sztukach rozpoznawać tajemnicę Boga, udzielającego się człowiekowi w historii. Ale jak dociec tej tajemnicy, skoro tak wiele wydaje się niepojęte, jak chociażby zakład między Bogiem a szatanem w sprawie Hioba.

Mówi Cieplak w rozmowie z Katarzyną Jabłońską w „Tygodniku Powszechnym”: „Ludzkiemu doświadczeniu wobec tak miażdżącego cierpienia, jakie spada na Hioba, bliższa jest myśl jego żony, żeby przekląć Boga i w tym momencie umrzeć. To jest nasz horyzont”. A może tak jak trzej jego przyjaciele, którzy najpierw milczeli siedem dni i siedem nocy, a potem mówili, dużo mówili, ale ich mowa już tylko potęgowała ból, nie była kojąca. Milczeć jak Hiob to „duchowy himalaizm”. Zanim jednak zaczął milczeć wykrzyczał z siebie cały ból. „Tu wszystko jest paradoksem – mówi Cieplak – Hiobowe domaganie się prawa, sensu, sprawiedliwości, logiki jest tak skrajnie dramatyczne, że w jakimś sensie również bezbożne. Jest obywatelskim głosem człowieka wołającego z ziemskiego padołu. Wynika z bólu, rozpaczy, niewiedzy i bezradności. Wołanie Hioba burzy nasze pomysły na Boga i to, jak On pomyślał i stworzył świat”.

Księga Hioba to dla Cieplaka rebus. Wywołuje ona jedynie bezradność, a nawet bunt przeciwko Stwórcy, który dopuszcza do cierpienia człowieka sprawiedliwego i niewinnego. W obliczu cierpienia żadna odpowiedź nie będzie jednak wystarczająca. O. Wacław Hryniewicz z zakonu oblatów, największy, współczesny polski teolog, podkreśla w wielu swoich pismach nieobliczalność i niesprawiedliwość cierpienia, które „może zniszczyć, zdegradować i zabić”. Zaraz jednak dodaje: „Tylko cierpienie przeobrażone wewnętrznym trudem może człowieka odmienić”. Człowiek chciałby nawet jakoś Boga usprawiedliwić za istnienie niezmierzonego cierpienia ludzkiego. Tymczasem – jak powiada Hryniewicz – „Ten, który chciał dać odpowiedź na ludzkie pytania, wziął cierpienie na siebie. Nie wygłosił traktatu ani wielkiej mowy na temat wartości cierpienia, tylko je przyjął jako nieuchronną cząstkę ludzkiego losu”. Cierpi z nami i za nas. Słowo nie wystarczy, choć jest bardzo ważne, więcej znaczy bycie razem i milczenie.

Świat tymczasem musi zapełniać ciszę. Reżyser słusznie założył, że samej postaci Hioba, tak jak Boga, nie da się „uczłowieczyć” na scenie. Aktor skazany byłby wtedy na robienie dramatycznych min. Fizycznie zatem Hioba w spektaklu nie ma, ale przenika on sobą to, co mówią inne postaci. Cieplak: „Jasne, że nasze zagadywanie wszystkiego bywa ucieczką przed własną bezradnością. Gadamy, gadamy, gadamy… Milczenie jest na końcu. Milczenie jest postulatem”. Reżyser najwięcej miejsca poświęca na Holokaust, bo przecież jest to doświadczenie graniczne, można powiedzieć: „hiobowe”, nie tylko zresztą Żydów, ale wszystkich ludzi. Polaków także. Z ich antysemityzmem. Z ich narodowym katolicyzmem, który przecież narodowy być nie może, jeśli ma być chrześcijański. Słyszymy ze sceny fragmenty wywiadów z Markiem Edelmanem i Andrzejem Stasiukiem. Mocno wybrzmiewają fragmenty „Dziennika z Bunkra Miła 34″ czytane do teatru radiowego przez Dominikę Kluźniak. Nagrywa codziennie siedem odcinków, które zostaną nadane zapewne między reklamami szamponów. Aktorka: „Ludzie krzyczą i sprzeczają się między sobą, każdy chce się dostać do schronu. O każde pomieszczenie jest tymczasem ciężko. Około rana sprawa się nieco wyklarowała, wielu ludzi umieszczono w innych schronach. Innych znowu. Głos z offu: Dalej od mikrofonu! Przepraszam bardzo no, ale nie właź w mikrofon. Od ostatniego zdania. Około rana. Głos z offu: Dopiero jak powiem proszę. Proszę. Około rana sprawa się nieco wyklarowała, wielu ludzi umieszczono w innych schronach”.

„Wydawało mi się – mówi Cieplak – i nadal tak myślę, że stopniowo jej relacja staje się dzięki swojej prostocie opisem również naszego bunkra”.

A może najważniejszą personą sztuki jest miłośnik bocianów zagrany przez Zbigniewa Zamachowskiego. Mężczyzna to cokolwiek podejrzany, cwaniakowaty, żeby nie powiedzieć: głupkowaty. Ale jego zachwyt nad pięknem i harmonią natury, którą uosabia bocian, wzrusza i śmieszy. „Bo dlaczego bocian się nie przejmuje? Dlaczego stoi? Albo lata? Bo wie, że kula ziemska wiruje i on razem z nią. Bo wiruje wokół własnej osi z szybkością tysiąca pięciuset kilometrów na godzinę i zupełnie się nie przejmuje. Stoi taki bocian na czerwonej nóżce, czasami sobie obsra nóżkę na biało dla ochłody, stoi sobie na kuli ziemskiej i wie, że wiruje! I stoi! Bo matka mu mówiła, a wcześniej matka matce i ojciec następnemu ojcu, żeby to wiedzieli, że wirują, i żeby się nie przejmować. I dlatego, moi kochani, staję jak bocian, dlatego bocian się nie przejmuje i bocian się nie boi tak stać”.

Dystans do świata jako remedium na cierpienie, bezsens i ludzkie okrucieństwo? Chyba to jest jakiś sposób, trzeba przecież przeżyć to życie. Zadowoleni obserwujemy – tak samo jak reżyser – Ligę Mistrzów, pijemy piwo, niektórzy jeżdżą na rowerze, chodzimy do teatru i do kina, do kościoła i do knajpy, jesteśmy w miarę zdrowi, mamy przyjaciół. Ale przecież cierpienie wcześniej czy później każdego z nas dopadnie. Więc może ów humor, cynizm, a na pewno dystans do życia, jaki prezentuje miłośnik bocianów to tylko maska, skrywająca pesymizm i totalną bezradność? Tymczasem Cieplak sam zbudował gniazdo w swoim ogrodzie i czeka, aż bociany się w nim osiedlą.

A może wszystko w naszym życiu zależy od konwencji. Genialny monolog Cezarego Kosińskiego rozbebesza naturę ludzką. Przyjmijmy najpierw konwencję niewierzącego: „Najbardziej lubię ten moment, jak go te strupy oblazły, tego Hioba. I on wtedy wziął skorupę… czyli pewnie kawałek garnka jakiegoś… glinianego może?, czy coś takiego, usiadł na kupie gnoju i zaczął te strupy oskrobywać. I co teraz? I nic. To jest jakaś kompletna abstrakcja! (…) Nie… ja rozumiem, że to taka metafora, taki… Los Człowieka …. Kondycja Ludzka…. czy coś takiego (…) Mam wrażenie, że mnie to nie dotyczy. Nie, owszem, ja też mam swoje różne (…) Ostatecznie (…) mam poczucie braku Ostatecznej Powagi”.

No cóż, już dawno mędrcy zauważyli, że zawsze mamy dość siły żeby znieść cudze nieszczęście. Do czasu. A teraz konwencja wierzącego, który ma się do czego odwołać, i to podobno przynosi ulgę: „Bo istnieje (coś więcej), jakiś Porządek. Jest jakiś Pion i Poziom. Poziom Powagi przynajmniej. Przecież to jest oczywiste (nie jestem idiotą), że nawet jeśli teraz mnie te strupy nie obłażą, to mnie oblezą za chwilę albo… (wtedy) na końcu”.

Wierzący wie, powinien wiedzieć, że misja życia zostaje spełniona: wypity kielich, przebyte konanie, zbawienie świata, zwyciężona śmierć, pokonany grzech, otwarta brama życia, zyskana wolność. Paschalny paradoks Krzyża, który oznacza nasze zbawienie – przejście ze śmierci do życia. „I o to właśnie chodzi! – mówi wierzący – że ja się nie wczuwam! (…) Więc idę (…) w ten Porządek, w ten Pion i Poziom. A wtedy czuję (…) jak te gmachy Powagi nadpływają, z tą całą postno-adwentową regułą, te hierarchie, ten Transatlantyk napiera, (…) cumuje tuż przy mnie, majestatycznie . To mnie to po prostu zwala. To ja już dziękuję. To ja już wolę sam się napić. Bez tego Hioba, bez Golgoty, bez mea culpa! Z moimi własnymi strupami i z moim własnym całym syfem!”

Cieplak dotknął tu prawdy podstawowej: wiara nie jest lekiem, mającym ukoić nasz lęk przed cierpieniem i śmiercią. Niektórzy naiwnie tak sądzą, że wiara to lek. Wiara rozumiana jako lek to żadna wiara, to „coś na wszelki wypadek”, a może nawet zabobon. Prawdziwa wiara jest bowiem krucha. Między wiarą i niewiarą jest cienka linia. Wiara w Boga jest zawsze „niepewna” i „wątpliwa”, nawet jeśli mocna, to jednocześnie krucha, „oświecona niewiedza”, jak pisał Mikołaj z Kuzy. Wierzący w sztuce „Milczenie o Hiobie” powtarza, że są rzeczy, których nie da się wyjaśnić, ani zrozumieć.

A może jest tak, jak chce Simone Weil, na którą Cieplak często się powołuje. Według niej cierpienie nie musi być wytłumaczone. Ten pozorny brak objawia bowiem wielką wartość cierpienia niewinnych. Bóg, który jest niewinny, jakby akceptował zło w stworzeniu. Cierpienie uczy współodczuwania z bliźnim, uczy także odróżniać rzeczy istotne od nieistotnych; kruszy w człowieku zarozumiałość i pychę, a przede wszystkim uczy widzieć świat z innej perspektywy. Czyli wszystko jasne? A gdzie w tym wszystkim jest miłosierdzie Boga? Św. Jan Paweł II, którego cierpienie „oglądał” cały świat, nieustanie mówił o miłosiernej miłości Boga. Franciszek „żyje” miłosierdziem! Chrześcijanin powie zatem, że miłosierdzie widać z perspektywy Krzyża. To ważne, bo afirmacja samego cierpienia byłaby bezsensem. Koniec końców, wierzący i niewierzący ze sztuki Cieplaka pozostają jednak sami ze swoimi strupami i szukają – każdy na swój sposób – owego transcendentnego Pionu i Poziomu.

„Milczenie o Hiobie” to rzecz o każdym z nas. Szkoda, że już nie będziecie mogli tego spektaklu zobaczyć.