Tzw. „Klątwy” nie widziałem i oglądać nie zamierzam. Nie zwykłem nurzać się w kloace.

Jeśli odstąpiłem od żelaznej zasady, by nie pisać o czymś, czego nie poznałem osobiście, to dlatego, że tego, co tam się wyprawia, nie uzasadnia absolutnie nic, żaden „kontekst”, żadne „tło” itp. Między entuzjastami i krytykami nie ma zresztą sporu co do faktów. Czuję się ponadto upoważniony przez samego „twórcę”, który w głośnym wywiadzie stwierdził, że dla niego przedstawienie jest jedynie częścią „medialnego performansu”. Jego autorzy i entuzjaści zadbali o to, bym wziął w nim udział nawet nie zbliżając się do teatru. I dlatego za krzywdzące i obraźliwe uważam słowa Jana Bończy-Szabłowskiego w Laboratorium „Więzi”, uznającego ryczałtem wszystkie teksty podobne do mojego za „fałszywe świadectwo wynikające z pychy” (Jan Bończa-Szabłowski, „Czy Oliver Frljić zasłużył na klątwę?”).

Rozwiązać Kościół jako organizację przestępczą?

Kiedy przeczytałem tekst Bończy-Szabłowskiego – pierwszy komentarz „Laboratorium Więzi” o „przedstawieniu” w Teatrze Powszechnym – ogarnął mnie smutek i zawód przemieszane z irytacją. Autor, owszem, krytykuje najbardziej drastyczne sceny, jednak dużo bardziej niż tym, co wyprawia się w „spektaklu”, przejmuje się rzeczywistymi i urojonymi nań reakcjami. I to ma być jedyna odpowiedź na katolickim portalu, redagowanym przez ludzi poważnie traktujących swą wiarę?

Lepiej się poczułem, gdy na portalu pojawił się tekst ks. Andrzeja Draguły „Dlaczego tak trudno dyskutować o »Klątwie«”. Pod większością tez w nim zawartych gotów byłbym się podpisać, ale…

Ks. Andrzej Draguła rzetelnie uzasadnia, dlaczego rozmowa po parateatralnym akcie agresji jest niemożliwa. Kłopot w tym, że cierpliwe wyjaśnianie jego twórcom i chwalcom, że sprawili nam ból, mija się z celem. Ależ oni to świetnie wiedzą, chcą tego, cieszą się tym i uważają, że nam się należy! Wystarczy przeczytać choćby niebywale agresywny, nawet jak na obecne standardy, tekst Jacka Żakowskiego w „Gazecie Wyborczej”. Nawiasem mówiąc, autor ten od jakiegoś czasu najwyraźniej stara się wyrwać z korzeniami wspomnienie pracy w katolickiej „Powściągliwości i Pracy” oraz to wszystko, co – jak się wydawało – wówczas zrozumiał.

Z taką orgią antychrześcijańskiej nienawiści nie mieliśmy jeszcze do czynienia

Jaka zresztą miałaby być adekwatna reakcja na atak, gdyby na moment przyjąć roboczo, że rzeczywiście chociaż w części „nam [czyli Kościołowi] się należy”? Tylko samorozwiązanie Kościoła jako organizacji przestępczej, bo nie wystarczyłoby nawet gremialne z niego wystąpienie, połączone z samokrytyką niepozostawiającą wątpliwości, że członkami tego gangu mogą pozostać tylko kanalie, które akceptują jego zbrodnie, albo idioci, którzy ich nie widzą.

Trzeba nazwać rzecz wprost: twórcy „spektaklu” dopuszczają się wielokrotnej, spotęgowanej podłości. Co więcej – zawiązują swego rodzaju złą wspólnotę, sprzysiężenie zła. Odwołują się do tego, co najgorsze – w uczestnikach i widzach, do ich pogardy, nienawiści i agresji, starają się je w nich wyzwolić. Przekonująco opisuje to we „wSieci” Piotr Zaremba, który – co podziwiam i czemu współczuję – obejrzał to upiorne widowisko. Naprawdę upiorne – jest w nim coś rzeczywiście demonicznego. Nie ma sensu zastanawiać się, czy „twórca” jest szczery, czy cyniczny – ponad wszelką wątpliwość świadomie odwołuje się do tego, co w ludziach złe. I znajduje licznych entuzjastów – zarówno wśród recenzentów, jak i widzów, a właściwie – uczestników, którzy wszystkie akty nienawiści przyjmują z entuzjazmem. Kolejni wykupują bilety. Z taką zorganizowaną orgią antychrześcijańskiej nienawiści nie mieliśmy jeszcze do czynienia. Antychrześcijańskiej, bo rąbania krzyża w żaden sposób nie da się uznać za „wyśmiewanie urzędników Boga”, jak chce Bończa-Szabłowski. Szczególne doprawdy jest poczucie humoru recenzenta.

Wezwanie do mordu to podłość „artystów”

Ofiarą scenicznej nienawiści padają zresztą konkretni ludzie, na czele z Janem Pawłem II. W jego osobie spotwarza się nie tylko Namiestnika Chrystusa (co niewierzących może nie interesować, choć powinno: akt agresji wobec kogoś takiego jest niewątpliwym atakiem na wierzących bliźnich poprzez oplucie tego, co dla nich najświętsze – tyle że dla uczestników tej orgii nienawiści bliźnich nie ma), ale po prostu niezwykle dobrego człowieka. Nie mają co do tego wątpliwości ludzie różnych wiar i przekonań.

Ks. Draguła koncentruje się na ataku na świętość, pomija więc inny, moim zdaniem bardzo ważny aspekt teatralnej orgii nienawiści. Otóż jej uczestnicy wzywają do mordu na wymienionym z imienia i nazwiska człowieku. Jan Bończa-Szabłowski najwyraźniej kupuje ich wersję, jednak to jest wezwanie do zbrodni, jedynie ujęte w taką formę, by łatwiej było uniknąć skazania za nawoływanie do popełnienia przestępstwa.

Nawiasem mówiąc, wygląda na to, że „spontaniczny akt buntu” był zapewne konsultowany z prawnikami, by utrudnić działanie prokuraturze. Podobna uwaga nasuwa się odnośnie fragmentu w którym aktorka oświadcza, że dokona aborcji, po czym aktorzy przypominają, że to teatr.

Jarosław Kaczyński, oprócz tego, że jest politykiem, który – jak wszyscy – wystawia się na publiczną ocenę, jest także człowiekiem. Wzywanie do jego zabicia to kolejna podłość „artystów”. Używam liczby mnogiej, bo „odgrywająca” rzecz „aktorka” publicznie mówiła, że została zatrudniona właśnie ze względu na swe przekonania. Należy tu przypomnieć słowa politycznego mordercy Ryszarda Cyby, że chciał zabić właśnie Jarosława Kaczyńskiego, a inne osoby wybrał na ofiary swej zbrodni tylko dlatego, że prezes PiS ma ochronę. Życzenia śmierci wobec Kaczyńskiego pod poświęconymi mu tekstami to zresztą od dawna internetowy standard. Nikczemnicy z Powszechnego świadomie odwołują się do realnie istniejącej nienawiści.

Nieuczciwość wobec Wyspiańskiego

Działania Olivera Frljicia to zresztą chyba ewenement w skali światowej. Musiał zapoznać się z kulturą polską, z jej mało albo wcale nieznanymi poza Polską dziełami, jak „Nie-Boska komedia” czy „Klątwa” właśnie, z ich rozmaitymi kontekstami. Zwykle takie zagłębianie się w obcą kulturę jest wynikiem fascynacji nią. Chorwat wnika w naszą kulturę tylko po to, by z jej fragmentów klecić kolejne akty nienawiści tak, by nas jak najbardziej zabolały.

Tekst Bończy-Szabłowskiego jest wielce symptomatyczny dla obecnego stanu naszej debaty publicznej. Autor, mimo nieskrywanej niechęci do niektórych aktów symbolicznej agresji w „spektaklu”, broni go jednak z uporem godnym doprawdy lepszej sprawy, łagodząc gdzie się da i nie da jego bluźnierczo-agresywną wymowę. Najwyraźniej bardzo mu zależy, by nie znaleźć się w towarzystwie krytyków Frljicia, którzy budzą jego nieskrywaną niechęć i agresję. Recenzent np. „nawet najdelikatniejsze opinie krytyków” uznaje za nienadające się do cytowania. Czy wspomniany tekst Piotra Zaremby albo komentarz Tomasza Terlikowskiego w „Plusie Minusie” naprawdę zasługują na takie podsumowanie?

Krytykowi wypada przy okazji przypomnieć, że poprzedni wybryk „reżysera”, który postanowił zrobić antysemitę z Konrada Swinarskiego, spowodował odejście ze Starego dwóch legend tego teatru, Anny Polony i Jerzego Treli, których doprawdy trudno uznać za zwolenników PiS.

Wobec skali celebrowanej na scenie nienawiści na drugi plan schodzi niebłaha skądinąd kwestia stosunku dzisiejszych ludzi teatru i „teatru” do dzieł, których tytuły umieszczają na afiszu. Proceder polegający na czysto pretekstowym traktowaniu klasycznego dzieła i wpisywaniu w nie zupełnie innych tekstów oraz treści, które jego autorowi nie przeszły przez myśl, jest dziś powszechny. Czy to jednak znaczy, że takie traktowanie nieżyjących autorów, zmuszanych do patronowania zza grobu czemuś, z czym nie mieli nic wspólnego, można uznać za uczciwe? Skandaliści z Powszechnego wycierają sobie twarz także osobą patrona tej sceny Zygmunta Hübnera – nie tylko jednej z najwybitniejszych postaci powojennego polskiego teatru, ale człowieka wielkiej powściągliwości i kultury. Powiedzieć, że jego pożal się Boże następcom te cechy są z gruntu obce, to eufemizm.

Rozważanie przez ks. Dragułę ewentualnych politycznych skutków „Klątwy” wydaje mi się mieszaniem porządków. Na scenie i widowni jest zbyt wiele zła, by akurat w tym miejscu spekulować, która partia na tym zyska, a która straci.

Uważam, że rozmaite stanowiska, nawet bardzo odległe od mojego i wywołujące realne szkody, zasługują na rzetelną polemikę. Nie oznacza to jednak, by nie istniały granice, poza którymi pozostaje tylko jednoznacznie nazwać rzeczy po imieniu i odmówić rozmowy. Pole do dialogu się kończy – pozostaje modlitwa za krzywdzicieli.