Nie szczędźmy sobie postu. Przypomnijmy sobie, co to znaczy „cierpieć niedostatek”. Poczujmy głód i pragnienie. Najpierw te fizyczne. Bez nich nie poznamy pragnień duchowych.

Kiedy kilka lat po kuszeniu Jezus będzie opowiadał przypowieść o synu marnotrawnym, być może będzie korzystał własnego z doświadczenia głodu, który mu przyszło poczuć na pustyni. „A gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód”. To właśnie wtedy przystąpił do Niego szatan. Nie na początku postu, lecz na końcu. Nie wtedy, gdy był najedzony i nasycony, ale wtedy, gdy „odczuł w końcu głód”. A gdy się rozprawił z diabłem, aniołowie „przystąpili i usługiwali Mu”. Pewnie przynieśli Mu też coś do jedzenia, ale za nim się to stało, poznał smak głodu, doświadczył nienasycenia.

Kiedy czytałem opis kuszenia Jezusa, od razu pomyślałem o synu marnotrawnym, który też „odczuł w końcu głód”, a dokładniej „zaczął cierpieć niedostatek”, gdyż „nastał ciężki głód w owej krainie”, gdzie przebywał, opuściwszy dom rodzinny. Użyty przez Łukasza czasownik „hysteréō” w stronie biernej należy przetłumaczyć jako „odczuwać niedostatek, czuć brak czegoś, cierpieć biedę”. Jak mówi słownik, ten stan braku pojawia się wtedy, gdy człowiek pozbawiony jest tego, co konieczne do życia. To ten moment, gdy nie można nasycić się tym, co życiodajne, nienasycenie. To odwrotność sytości, dostatku, pełni. Taki moment przyszedł na syna marnotrawnego. Najął się nawet do pracy, która go zresztą poniżała, ale niewiele to mu dało, „pragnął napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał”. Nie, jemu nikt nie usługiwał. To właśnie wtedy zdecydował się powrócić do domu.

„A więc co Cię skłoniło do powrotu? Mów” – zapyta go ojciec w opowiadaniu Gide’a „Powrót syna marnotrawnego”. „Nie wiem. Może lenistwo” – odpowie. „Lenistwo, mój synu! Jako to! A więc nie miłość?” – ojciec będzie dopytywać z wyrzutem. „W tym ubóstwie czułem się blisko Ciebie, Ojcze. […] Ojcze, powiedziałem Ci, że nigdy mocniej Cię nie kochałem jak na pustyni. Ale każdego dnia dręczyła mnie troska o pożywienie. W Domu przynajmniej dobrze się jada”. „A zatem przywiódł Cię głód” – konkluduje ojciec. Musiał poczuć niedostatek, przeżyć nienasycenie, by wrócić do ojca. Wiedział, że tam czeka go jedzenie, za którym kryje się ojcowska miłość.

Niewielu z nas wie, co to głód. Pamiętają go jeszcze najstarsi, którzy sięgają pamięcią do wojny, do lat biedy i niedostatku. W czasach Jezusa głód był na porządku dziennym. Wojny, katastrofy, klęski nieurodzaju, brak współczesnych nam możliwości przechowywania jedzenia – wszystko to sprawiało, że głód był wciąż realnym niebezpieczeństwem. Głód i pragnienie były doświadczeniem dnia powszedniego. Ale starożytni ludzie wiedzieli, że głód jest ambiwalentny, podobnie jak nasycenie. Autor Księgi Przysłów zalecał więc umiar: „żyw mnie chlebem niezbędnym, bym syty nie stał się niewiernym, nie rzekł «A któż jest Pan?» lub z biedy nie począł kraść i imię mego Boga znieważać” (Prz 30, 8-9). Ten, kto głodny wcale nie musi być bliżej Boga niż ten, kto nasycony. Głód może do Boga przyprowadzić, a może też od Niego odwrócić. Głód jest niebezpieczny nie tylko dla ciała, ale i dla duszy. A przynajmniej może taki być.

Rozpoczyna się Wielki Post. Wzorem Jezusa idziemy na pustynię po to, by w końcu odczuć głód. Głód jest stanem niebezpiecznym, stanem przesilenia. Prowadzi do kryzysu, to znaczy do sądu o nas samych. Gdy człowiek doświadcza głodu, przychodzi pokuszenie. Szatan o tym wiedział i właśnie dlatego wtedy przystąpił: „Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem”. Najesz się wtedy do woli. Przestaniesz odczuwać głód. Ale Jezus wiedział, że są dwa głody: „Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych” – odpowiada szatanowi. Owszem, jest głód chleba, ale jest także głód Boga. Jest nienasycenie fizyczne, ale jest także głód duchowy. Jezus się oparł, ale można równie dobrze to kuszenie przegrać. Wystarczy zobaczyć – jak to zrobiła Ewa – „że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy”. I można dać się zwieść fałszywej obietnicy zaspokojenia. A potem się okazuje, że człowiek się najadł, ale głodu wcale nie nasycił.

Trzeba więc uważać, bo głód może być językiem Boga. Henry Alford, XIX-wieczny biblista, nawiązując do dwóch innych przypowieści o miłosierdziu, tak powie o głodzie syna marnotrawnego: „Ten głód jest jak pasterz poszukujący swej zbłąkanej owcy, jak kobieta, która zamiata, aby znaleźć to, co zginęło”. A Simone Weil, wielka francuska filozofka, napisała: „Ktoś pije szklankę wody. Woda to «kocham cię» Boga. Przez dwa dni przebywa na pustyni i nie ma co pić. Ta suchość w gardle to «kocham cię» Boga”. Nienasycenie może być imieniem Boga. Zdarza się, że Bóg tak właśnie się o siebie upomina: głodem i pragnieniem. W tym Wielkim Poście nie szczędźmy więc sobie postu. Przypomnijmy sobie, co to znaczy „cierpieć niedostatek”. Poczujmy głód i pragnienie. Najpierw te fizyczne. Bez nich nie poznamy pragnień duchowych. W Księdze Amosa Pan przez usta proroka zapowiedział: „Oto nadejdą dni […] gdy ześlę głód na ziemię, nie głód chleba ani pragnienia wody, lecz głód słuchania słów Pańskich” (Am 8-11). Te dni są właśnie przed nami.