„Moonlight” z miłością i szacunkiem pokazuje czarne ciała, które są zbyt słabe, zbyt wycofane i zniszczone, by dopraszać się o dotyk i ludzkie ciepło.

W „Moonlight” opowieść rozwija się tak niepostrzeżenie, że można ją niemal przeoczyć. Na wierzchu widzimy świat, który często odbija się w zwierciadle nowego amerykańskiego kina: czarne getto, zaludnione dilerami i mięśniakami, naznaczone przemocą i strachem przed kolejnym rozlewem krwi. Nikt nie pokazał tego zamkniętego środowiska lepiej niż eks-dziennikarz David Simon, twórca „Prawa ulicy” (2002-08), czyli ulubionego serialu Baracka Obamy. Simon, na przykładzie Baltimore w Maryland, dokonuje „sekcji zwłok Ameryki” (by posłużyć się tytułem reportażu Charliego LeDuffa o Detroit). Problemy społeczne generują napięcia rasowe i na odwrót, wciągając duże miasta w zaklęty krąg wykluczenia i dyskryminacji. Kto wie, czy myśląc o kinie afroamerykańskim nie przywołujemy właśnie takich obrazów, przedstawiających biednych, przestępców i ich ofiary. Ten estetyczny i polityczny wzorzec jest tak silny, że nie sposób już określić, ile jest w nim przenikliwej krytyki społecznej, a ile koniunkturalnego tasowania stereotypów.

„Moonlight”, mimo że traktuje o tych samych „chłopakach z dzielni”, operuje innym językiem, innym też językiem obdarza swoich bohaterów. Chociaż nie ma w nim ani jednej białej postaci, która mówiłaby przynajmniej linijkę dialogu, i choć pokazuje świat Afroamerykanów jako równoległy do świata białej większości, to i tak jego wyjątkowość wprowadzi w konfuzję amatorów kina o relacjach rasowych. Tego filmu nie da się zamknąć w getcie – co nie oznacza, że nie bierze on swojej siły z subtelnie zarysowanej, pełnej blizn kondycji czarnoskórych mężczyzn w USA.

W „Moonlight” uderza nas nienachalny, ale obezwładniający liryzm

W filmie Barry’ego Jenkinsa rasie, klasie, tożsamości i wykluwaniu się seksualności – magicznym słowom-kluczom kulturoznawców wierzących w emancypację przy pomocy tekstów kultury – towarzyszą rejestry wybitnie delikatne, trudniejsze do uchwycenia w słowach, wymykające się analitycznemu rozumowi. Narracyjna pajęczyna „Moonlight” utkana jest z powidoków, popękanych kryształów, które mogą – ale nie muszą – być tylko wspomnieniem. To historia dorastania ubogiego chłopca z Miami, którego poznajemy jako kilkulatka zwanego Little: zastraszone chucherko, już wówczas nie mogące odnaleźć się wśród rówieśników. Jako nastolatek Chiron – tak brzmi jego właściwe imię – musi odpierać koleje fale niechęci, niezrozumienia i szyderstwa. Ze swoim chybotliwym krokiem, szczupłą sylwetką, zwieszoną głową i oczami pełnymi bólu pomieszanego z niewinnością, Chiron jest doskonałym celem słownej i fizycznej przemocy. W kluczowej scenie filmu, ociekający krwią, nadstawia z rezygnacją drugi policzek.

Do czasu. Chiron wyrośnie na Blacka: szefa grupy dilerów z Atlanty w Georgii, nieprzeniknionego twardziela o pięknym, umięśnionym ciele, beznadziejnie samotnego, o smutnym uśmiechu złożonym z koronkowych złotych zębów. Podczas rozłożonego na trzy etapy dorastania w głównego bohatera wciela się trzech aktorów w różnym wieku – celnie obsadzonych, różniących się od siebie wyglądem i temperamentem, ale w zadziwiający sposób tworzących jedną spójną (choć wewnętrznie skonfliktowaną i poranioną) postać. Każda odsłona życia chłopca z Miami pogrywa też ze stereotypami zaangażowanego kina afroamerykańskiego. Ani jako nieśmiały skrzat, ani jako nastolatek czy też uprawiający nielegalne interesy dorosły, Chiron nie wydaje się jedynie produktem swojego środowiska. „Moonlight” poświęcony jest bowiem eksploracji osobnej, kruchej wrażliwości, zdystansowanej emocjonalnie wobec otaczającego świata. To film ulepiony z księżycowego światła i z wielobarwnych neonów, które malują Florydę jako upojną przestrzeń gorących nocy i jaskrawych dni.

Film Jenkinsa to czysty filmowy impresjonizm. Obraz, często rozmyty i niestabilny, chwyta świat poruszający się jakby w narkotycznym transie – swojski i obcy, piękny i szkaradny, pełen ludzi i opustoszały jednocześnie. „Moonlight”, przekraczając formułę przyziemnego realizmu, ucieka w rejony estetycznego uniesienia oraz osobliwej wzniosłości – nie tracąc z oczu materialnego konkretu opisywanego świata i nie łasząc się na łatwe piękno twarzy i krajobrazów. Jeśli więc w tej historii czarnoskórego mężczyzny – który pragnie dotyku innego mężczyzny i pieści w sobie wspomnienie jedynej inicjacji seksualnej, na jaką miał w życiu szansę – uderza nas nienachalny, ale obezwładniający liryzm, to dzieje się tak dlatego, że Barry Jenkins znalazł złoty środek między empatią, melancholią i dyskrecją.

W tej sonacie o dorastaniu w maczystowskim świecie obrazy przesiąknięte są rozpaczą i niewysłowioną rezygnacją

„Moonlight” to skrócona wersja tytułu niepublikowanej sztuki Tarella Alvina McCraneya „In Moonlight Black Boys Look Blue”. U McCraneya, który za scenariusz do filmu otrzymał Oscara, mentor Little’a Juan (Mahershala Ali, Oscar za rolę drugoplanową) opowiada anegdotę o kobiecie, która widząc biegnącego po zmroku mężczyznę zauważa, że „w świetle księżyca czarni chłopcy stają się niebiescy”. Jenkins wraz z operatorem James Laxtonem korzysta właśnie z tej palety barwnej, wybierając różne odcienie niebieskiego jako wizualny lejtmotyw filmu. Kolor nieba, ubrań, ścian i odblasków – zimny, choć przyjazny – w „Moonlight” niebieski łączy się z najważniejszymi doświadczeniami bohatera oraz staje się kolorem Miami, miasta, w którym palmy są bardziej soczyście zielone, a woda bardziej błękitna niż w znajdującej się po drugiej stronie kontynentu Kalifornii.

Światło księżyca jest też metaforą egzystencji czarnych gejów dorastających w konserwatywnych środowiskach oraz ostateczną sugestią odnośnie do tego, co wyczuwamy intuicyjnie od samego początku: „Moonlight” to film o głęboko muzycznej strukturze. Jego trzyczęściowa budowa i temat kojarzą się z sonatą cis-moll „Księżycową” Ludwiga van Beethovena z 1801 roku – innym dziełem, w którym noc przynosi falę melancholii i refleksji. Impresyjny ciąg ujęć, spojrzeń i kameralnych sytuacji mógłby zostać u Jenkinsa zilustrowany też „Claire de lune” Claude’a Debussy’ego, jednym z najbardziej znanych utworów muzycznego impresjonizmu. Choć w filmie mamy raczej mieszankę rapu i Mozarta, to trudno oddzielić „Moonlight” od bagażu kulturowych skojarzeń, które – nomen omen – oświetlają poszczególne wątki filmu.

W tej sonacie o dorastaniu w maczystowskim świecie, w którym nie ma miejsca na pokazywanie słabości lub pielęgnowanie własnej wrażliwości, o budowaniu własnej tożsamości homoseksualnego czarnego mężczyzny nie wspominając, rytm i obrazy przesiąknięte są rozpaczą i niewysłowioną rezygnacją. Kiedy bohater przyznaje w pewnym momencie, że od lat nie dotykał go żaden drugi człowiek, wiemy już, że nie jest to opowieść o bolesnej, lecz zakończonej sukcesem emancypacji albo przepracowywaniu własnych demonów. „Moonlight” z miłością i szacunkiem pokazuje czarne ciała, które są zbyt słabe, zbyt wycofane i zniszczone, by dopraszać się o dotyk i ludzkie ciepło. Wewnątrz skorupy, jaką zbudował sobie Chiron, symbolizowanej przez ekstrawaganckie rzędy zdejmowanych złotych zębów, pozerka oraz odgrywanie kogoś, kim nie chce się być, wydają się człowiekowi jedyną dostępną opcją. Wyciszony film Jenkinsa – wycofany podobnie, jak wycofany i niedostępny naszemu poznaniu jest główny bohater – to filmowa personifikacja bezbrzeżnego smutku. W świetle księżyca prawie wszyscy wyglądamy na samotnych.