Któregoś ranka, około piątej, gdy zaczynają się przygotowania chorych wyznaczonych tego dnia do operacji, usłyszałem nagle z korytarza wołanie jednej z sióstr: „Chodźcie szybko coś zobaczyć!”.

Ostatnio spędziłem dwa tygodnie na oddziale onkologicznym jednego z warszawskich szpitali. Było to dla mnie okazją do różnych obserwacji i refleksji. Taki oddział szpitalny to jakby świat ludzki w miniaturze, przy czym nic nie jest tu na pokaz. Ludzie poddani ekstremalnym doświadczeniom – upokorzenia, bólu, lęku, zagrożenia życia – są prawdziwi. Otóż przekonałem się, że w tym swoistym szpitalnym mikroświecie, który gotów byłbym uznać za obraz świata ludzkiego w ogóle, dominują dwa wymiary – wymiar niedoli i wymiar dobroci.

Niedola dotyka wszystkich (sprawiedliwie czy niesprawiedliwie?), niezależnie od wieku i statusu społecznego. Na sali pooperacyjnej, w ciszy nocnej, przy szumie monitorów, mój anonimowy sąsiad zwierza mi się, że to już jego dziewiąta operacja, a końca jeszcze nie widać. W całej Polsce żaden lekarz nie chciał się podjąć interwencji w jego skomplikowanym przypadku, dopiero tutaj. Na mojej sali współtowarzyszami niedoli są młody chłopak po amputacji jądra, odwiedzany przez kochającego ojca i starszego brata, powiatowy komendant policji z usuniętą nerką, znoszący ze stoicyzmem troskliwość swej gadatliwej żony, emerytowany kierownik państwowego przedsiębiorstwa z małego miasteczka, dumny z syna informatyka zatrudnionego w korporacji, wyznający mi z płaczem, że odtąd będzie chodził z workiem zamiast pęcherza – i wyniszczony, niewidomy, poruszający się o kulach warszawiak o bujnej osobowości w typie Himilsbacha, kochający życie, który buntuje się, słysząc od lekarza tragiczny dla siebie wynik tomografii komputerowej.

Co znamienne, jesteśmy tu zbratani, solidarni, pomagamy sobie, rozmawiamy i dyskutujemy, szanując odrębność swoich poglądów i życiowych doświadczeń. Z tych opowieści i rozmów wyłania się zresztą ciekawy obraz Polski (o czym spróbuję napisać innym razem). Można powiedzieć: znosimy się nawzajem, ze wszystkimi swoimi ograniczeniami, przykrymi cechami charakteru, czasem dziwactwami. Uzgadniamy grzecznie czas korzystania z płatnej telewizji, tak by nikomu ona nie przeszkadzała.

Moje najwyższe uznanie, oprócz utalentowanych lekarzy chirurgów, budzą pielęgniarki. Ich praca jest niezwykle ciężka i odpowiedzialna – o żadnym szczególe nie wolno im zapomnieć, nie wolno się pomylić. Zjawiają się natychmiast na każde wezwanie dzwonkiem umieszczonym przy łóżku chorego. Te wezwania dotyczą na ogół rzeczy ważnych, ale zdarza się, że i jakichś drobiazgów, głupstw. Nie zdarzyło mi się być świadkiem, by wezwana pielęgniarka okazała niezadowolenie czy zniecierpliwienie. Zawsze do chorych zwracają się z szacunkiem, po nazwisku (nie tak, jak to bywało za PRL-u, gdy do starych ludzi mówiono „dziadku”). Bardzo często, gdy pozwala na to sytuacja chorego, zdobywają się na styl żartobliwy, nazywając pacjentów mężczyzn „nasze chłopaki”. Zespół pielęgniarski na moim oddziale jest doskonale wyszkolony i zdyscyplinowany, co jest zapewne zasługą siostry oddziałowej, ale też solidarny i zgrany.

Około dwudziestej drugiej, gdy wszyscy chorzy po otrzymaniu środków przeciwbólowych i nasennych wreszcie zasypiają,  a na wygaszonym korytarzu zapada cisza, przez otwarte drzwi dobiegają mnie jeszcze do północy ściszone głosy dwóch nocnych pielęgniarek, które w dyżurce wypełniają jakieś obowiązujące je sprawozdania. Ich pracowite, wypełnione nieustanną bieganiną dyżury trwają po dwanaście godzin.

Któregoś ranka, około piątej, gdy zaczynają się przygotowania chorych wyznaczonych tego dnia do operacji, usłyszałem nagle z korytarza wołanie jednej z sióstr: „Chodźcie szybko coś zobaczyć!”… Cóż takiego się stało? – pomyślałem zaciekawiony. Po chwili kilka sióstr wkroczyło, nie zapalając światła, do naszego pokoju. Stanęły przy łóżku Chłopaka. „Czyście widziały kiedyś coś podobnego?!” – te słowa padły z ust siostry Agnieszki. Podniosłem głowę z poduszki i ujrzałem, jak siostry z zachwytem wpatrują się w wielkie okno, przez które widać było rozjaśniony różowo-fioletową zorzą nieboskłon. Budził się nowy dzień. Po kilku sekundach zza horyzontu wystrzeliło słońce i niebo stało się znowu granatowo-niebieskie.