„Ani śladu jakiejś wizji, koncepcji”pisał zjadliwie ks. Franciszek Blachnicki o polskim duszpasterstwie parafialnym. 30 lat po jego śmierci tę diagnozę można nawet wyostrzyć.

We współczesnym Kościele w Polsce najbardziej brakuje mi takich ludzi jak ks. Franciszek Blachnicki (1921-1987). Będąc wybitnym teologiem pastoralistą, profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, ten katowicki duchowny potrafił połączyć głębię refleksji teologicznej z umiejętnością inicjowania praktycznych działań duszpasterskich, wcielających tę teorię w życie. Stworzył ruch oazowy – fenomen absolutnie unikalny w dotkniętej komunizmem części Europy. Miał śmiałą wizję celów, jakim duszpasterstwo ma służyć. Pokazywał, że dobra teoria jest konieczna, żeby mądrze i dobrze duszpasterzować. Potwierdzał trafność powiedzenia kard. Karola Wojtyły, że nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria.

Dla mnie osobiście Ruch Światło-Życie założony przez ks. Blachnickiego był jednym z kluczowych formacyjnych wydarzeń życiowych. Na pierwszych rekolekcjach oazowych, w których uczestniczyłem, dokonała się moja inicjacja tak religijna, jak i obywatelska. Po raz pierwszy wziąłem tam do ręki Pismo Święte, aby nie tylko je czytać, lecz by odnaleźć w nim wskazówki dla siebie. Po raz pierwszy też dostałem wówczas do ręki ulotki i książki wydawane poza cenzurą, w podziemiu (było to w wakacje roku 1979, tuż po pierwszej pielgrzymce papieskiej).

We wspólnocie oazowej uczyłem się II Soboru Watykańskiego. Poznawałem ten sobór najpierw nie z lektury książek czy mądrych czasopism (nawet „Więzi”), nie w Klubach Inteligencji Katolickiej czy na studiach teologicznych. Uczyłem się go przez doświadczenie, które później stawało się podstawą refleksji. Takich inicjatyw jak ruch oazowy – zwłaszcza w latach 70. XX wieku – w dzisiejszej Polsce może nie tyle brakuje, ile nie mają one odpowiedniej głębi i rozmachu. Bo gdy mają rozmach, to są zbyt okazjonalne, brakuje im kontynuacji i pogłębienia. Czasem mają zaś głębię, ale przez zbytnią elitarność tracą możliwość wpływania ma całą rzeczywistość Kościoła.

Półchrześcijanie

Sam Franciszek Blachnicki przeżył nawrócenie (czy raczej duchowe odrodzenie) w celi śmierci hitlerowskiego więzienia w Katowicach. Znalazł się tam za działalność konspiracyjną. Wyroku śmierci nie wykonano, został wysłany do obozu Auschwitz, gdzie spędził 14 miesięcy, z czego dziewięć w kompanii karnej. Wówczas odczuł, „jak niewiele wspólnego z życiem ma to chrześcijaństwo, które przejęliśmy wraz z wychowaniem. Moje chrześcijańsko-humanistyczne ideały nie wytrzymały w tej granicznej sytuacji”.

Te przeżycia spowodowały, że Franciszek Blachnicki rozumiał wymagania wiary chrześcijańskiej bardzo radykalnie. Był maksymalistą. Gdy został księdzem katolickim, nigdy nie pytał, czy coś wolno robić, czy nie. Robił to, co trzeba – to, co uznawał za konsekwencję Ewangelii. Taka postawa zaprowadziła go do więzienia komunistycznego, bo jako twórca „Krucjaty wstrzemięźliwości” na Śląsku wydawał bez zezwolenia rozmaite pisma i ulotki. Władze komunistyczne brutalnie zlikwidowały tę inicjatywę, która liczyła już ok. 100 tysięcy dorosłych członków.

Kiedy mówimy o niewierze, myślimy o ateistach, ale ważniejszym problemem jest niewiara wierzących

Jako teolog szukał sposobów ożywienia uśpionej wiary wielu katolików. Dostrzegał problem praktycznej niewiary ludzi wierzących, których nazywał półchrześcijanami. „Kiedy mówimy o niewierze, to myślimy o ateistach, ale ważniejszym problemem jest niewiara wierzących. Bo ateizm jest jakąś konsekwencją tej niewiary”. Dlatego zachęcał: „Zbuntujmy się na styl życia religijnego podobnego do żab, które żyją w błocie i czasem tylko wychylają się, żeby zaczerpnąć powietrza i – znowu: plums do błota z powrotem. Jesteśmy powszechnie powołani do świętości”. Wypracował metodę rekolekcji „przeżyciowych” dla dzieci. Później z tych wyjazdów narodził się masowy ruch oazowy, obejmujący także młodzież i dorosłych, jedno z najciekawszych zjawisk religijnych zrodzonych w Polsce ostatniego półwiecza.

Najpierw Blachnicki posługiwał się pojęciem „oazy żywego Kościoła”. Dostało mu się za to określenie, bo zakłada ono, że może być również Kościół martwy. Ustalono oficjalną nazwę ruchu na „Światło-Życie”, ale Blachnicki trwał mocno przy swoim: Kościół, który nie żyje wiarą i nie wyraża jej w świadectwie, jest w pewnym sensie martwy. Metoda pracy, którą nadał oazom ich twórca, opiera się na małych wspólnotach prowadzonych przez animatorów – osoby świeckie, które przeszły tę samą drogę wcześniej i teraz mogą być przewodnikami, a zarazem świadkami.

Wielkim impulsem był dla ks. Blachnickiego II Sobór Watykański, który ukazał jako obowiązującą tę wizję Kościoła, jaką on nosił w sercu i wyrażał w swych wykładach. Kard. Wojtyła nazwał kiedyś ruch oazowy – to najwyższy komplement! – „eklezjologią Vaticanum II przełożoną na język konkretnego działania”. Sobór przedstawił wizję Kościoła jako wspólnoty. Blachnicki podejmował ten temat, prezentując model parafii jako wspólnoty wspólnot, a nie stada posłusznych owieczek skupionych wokół pasterza. Droga do takiej przemiany Kościoła wiedzie tylko przez małe wspólnoty, które mają spełniać rolę drożdży w cieście. Stąd wzięła się metoda oaz, które – w intencji twórcy – miały głęboko zmieniać otaczającą rzeczywistość, a nie być tylko wartością samą dla siebie. Ruch oazowy miał zmierzać do „samounicestwienia” – gdy cały Kościół stanie się naprawdę żywy.

Polski teolog wyzwolenia

Ks. Blachnicki nie unikał podejmowania w swoich działaniach problematyki społecznej, a także politycznej. Rozumiał, że aktywność Ruchu Światło-Życie staje się opozycyjna przez sam fakt przekraczania ograniczeń narzucanych przez władze komunistyczne. Jak pisał, „kolejno przechodziliśmy do porządku dziennego nad ustawą o zgromadzeniach, przeszliśmy do porządku dziennego nad ustawą o stowarzyszeniach, przeszliśmy do porządku dziennego nad ustawą o kontroli prasy, nad całym szeregiem przepisów finansowych, podatkowych i tak dalej, i tak dalej. I to nie dlatego, że byliśmy zasadniczo w opozycji, że chcieliśmy walczyć, ale po prostu chcieliśmy żyć. Życie Kościoła bowiem domaga się, żebyśmy się gromadzili, żebyśmy się łączyli we wspólnoty, żebyśmy robili zgromadzenia”.

Szczególny wyraz polityczne myślenie Blachnickiego znalazło w obszernej „Deklaracji jasnogórskiej”, przyjętej 2 marca 1980 r., czyli na niespełna pół roku przed pamiętnym polskim Sierpniem. Przedstawiciele Ruchu Światło-Życie wezwali wówczas oazowiczów do udzielania poparcia grupom opozycyjnym, które podjęły wtedy walkę o prawdę i sprawiedliwość. Deklaracja zawierała jednoznaczne uznanie zbliżających się „wyborów” do Sejmu i rad narodowych za fikcję. „W tej sytuacji udział w wyborach jest dla chrześcijan i w ogóle dla ludzi kierujących się poczuciem godności osoby ludzkiej nie tyle aktem politycznym, co sprawą sumienia”.

Katecheza, która nie prowadzi do Kościoła, prowadzi do niewiary

Po strajkach sierpniowych i utworzeniu „Solidarności” Blachnicki organizował rekolekcje pod hasłem „Ewangelia wyzwolenia” dla organizacji związkowych i zakładów pracy (m.in. w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni i w katowickiej kopalni „Wujek”). Z dumą stwierdzał, że „to, czego dokonała «Solidarność» na płaszczyźnie społeczno-politycznej, to już wcześniej właściwie stało się faktem w Ruchu Światło-Życie. Tu także zostało przekreślone pewne «tabu», zostały zakwestionowane pewne schematy, i to faktycznie, w życiu, przez stworzenie faktu dokonanego” – poprzez wewnętrzną wolność jego uczestników oraz działanie jawne i otwarte bez oglądania się na zewnętrzne zakazy ze strony rządzących.

Ks. Blachnicki otwarcie mówił i pisał o „polskiej teologii wyzwolenia”. Przekonywał, że „działalność na rzecz wyzwolenia człowieka, wyzwolenia narodu czy w ogóle wyzwolenia ludzkości, należy widzieć jako kontynuację zbawczej misji Chrystusa”. Był też konsekwentnym antykomunistą. Obie te postawy uznawał za prostą i konieczną konsekwencję Ewangelii. Antykomunizm prowadził go nawet do krytyki polskich biskupów czy rektora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego za zbytnią ugodowość wobec władz państwowych.

Stan wojenny zastał go poza granicami Polski. Nigdy już nie wrócił do kraju. Zajął się organizowaniem duszpasterstwa polonijnego w Niemczech i międzynarodowej centrali ruchu oazowego. Wprowadzenie stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. było dla niego „ostateczną konfrontacją dobra ze złem”, co sprawiło, że w swych listach do wspólnot oazowych oraz na antenie Radia Wolna Europa ostro mówił o systemie komunistycznym jako państwie Antychrysta. Ta polityczna nieustępliwość ściągnęła nań falę napaści w prasie partyjnej. „Sztandar Młodych” posunął się nawet do zarzutu kolaboracji rodziny Blachnickich z hitlerowcami.

28 lutego 1983 r. władze PRL rozesłały list gończy za ks. Blachnickim, stawiając mu najcięższy zarzut – zdradę kraju. Rozpoczęto olbrzymie śledztwo przeciwko niemu, przesłuchano kilkadziesiąt osób w całym kraju, dokonano licznych rewizji u jego współpracowników. Formalnie śledztwo zostało umorzone dopiero 15 lipca 1992 r., czyli pięć lat po śmierci podejrzanego. Dlatego – jak trafnie zauważa Andrzej Grajewski – założyciel ruchu oazowego był najdłużej oskarżonym przeciwnikiem politycznym PRL.

Maksymalista Blachnicki zdobywał się na mówienie o czymś, co większość mu współczesnych uważała za kompletne mrzonki – o upadku komunizmu. W sierpniu 1982 r. powołał w Carlsbergu Chrześcijańską Służbę Wyzwolenia Narodów „Prawda†Wyzwolenie” (krzyż wpisany w nazwę inicjatywy wskazywał drogę wyzwolenia w Chrystusie). 14 listopada 1982 r. na zamku w Hambach Blachnicki ogłosił „Manifest wyzwolenia narodów Europy Środkowo-Wschodniej”. Uznał w nim, że blok sowiecki można rozbić tylko dzięki współdziałaniu wszystkich narodów zniewolonych w komunistycznym imperium. Myślenie o postsovieticumnowym ładzie geopolitycznym w Europie po upadku komunizmu – uznawał nie za utopię, lecz obowiązek moralny: „Postsovieticum powinno istnieć dla nas jako kategoryczny imperatyw sumienia”.

Byłaby rewolucja

Był nietypowym wizjonerem – człowiekiem wielkiego czynu, a jednocześnie głębokiej duchowości. Organizował z rozmachem akcję „Milion Biblii dla Polski”, w ramach której sprowadzano z zagranicy egzemplarze Pisma Świętego, którego nakłady były w kraju administracyjnie ograniczane. Tworzył rozbudowane plany ewangelizacyjne, poprzez które chciał dotrzeć do każdego Polaka z przekazem Dobrej Nowiny o Jezusie Chrystusie Zbawicielu. Nie wahał się korzystać z ewangelizacyjnych doświadczeń Kościołów protestanckich, także zielonoświątkowych.

A jednocześnie mawiał jak mistycy: „Bóg nie chce niczego od nas. On chce przede wszystkim nas samych”. Największą życiową wartością, której chciał uczyć innych, były autentyczność wiary i zgodność życia z wyznawaną wiarą. Temu służyło przybliżanie duchowości do codziennego życia. Ks. Blachnicki bardzo szybko zrozumiał choćby potrzebę tworzenia specyficznej duchowości małżeńskiej i założył Domowy Kościół, rodzinną gałąź Ruchu Światło-Życie, jako propozycję dla par małżeńskich.

Swą wizję Kościoła – zawartą np. w książkach „Kościół jako wspólnota” oraz „Sympatycy czy chrześcijanie?” – sam określał jako rewolucyjną. Pisał: „Byłaby rewolucja. Gdyby się to udało, wynikiem byłaby odnowa Kościoła”. Wielu może szokować to określenie. Trzeba jednak pamiętać, że rewolucja, jaką postuluje twórca oaz, polegałaby – jak to w Kościele – na powrocie do zagubionej pierwotnej tradycji. Tą tradycją jest katechumenat, a „rewolucyjne” rozważania ks. Blachnickiego to wielkie wołanie o nowe formy duszpasterstwa wykorzystujące doświadczenia starożytnego katechumenatu.

Prymas Wyszyński był ostrożnym konserwatystą, a Blachnicki zwolennikiem radykalnych zmian w Kościele

Twórca oaz zdecydowanie różnił się z kard. Stefanem Wyszyńskim, jeśli chodzi o diagnozę sytuacji i stosunek do wprowadzania reform Vaticanum II. Prymas był ostrożnym konserwatystą, a Blachnicki – jak nazwał go Jan Paweł II w telegramie kondolencyjnym – „gwałtownikiem Królestwa Bożego”. Był zwolennikiem radykalnych zmian rozumianych jako pójście w głąb. Prymas definiował sytuację zdecydowanie inaczej. Dla niego punktem wyjścia była teza, że mamy do czynienia z wierzącym, ochrzczonym narodem. Blachnicki zakładał natomiast, że Polacy pilnie potrzebują ewangelizacji, bo o większości ochrzczonych właściwie nie należałoby mówić, że są chrześcijanami. W relacjach pomiędzy tymi dwoma postaciami pojawiały się więc wyraźne napięcia. Dziś obaj są kandydatami na ołtarze.

Dużo lepiej układały się relacje Blachnickiego z kard. Karolem Wojtyłą. Metropolita krakowski był największym protektorem ruchu oazowego w Episkopacie Polski. Wielokrotnie odwiedzał młodzież na letnich rekolekcjach, chętnie brał udział w „dniach wspólnoty”. Jego wsparcie znajdowało też wyraz materialny – np. w roku 1977, po wymierzeniu przez władze wysokich mandatów gospodarzom, którzy wynajmowali swe domy młodzieży oazowej – metropolita krakowski zwrócił wszystkie poniesione koszty mieszkańcom swej archidiecezji. Po wielu latach, podczas swej ostatniej pielgrzymki do Polski w 2002 r., Jan Paweł II tak powiedział o oazach: „Osobiście bliski jest mi ten styl życia, który zainaugurował i zaproponował młodym sługa Boży, ks. Franciszek Blachnicki”.

Ciekawe, że znaczenia oaz długo nie dostrzegały elity kościelne. Paradoksalnie, niechęć do tego typu wspólnot łączyła bardziej konserwatywną część hierarchii kościelnej z intelektualistami katolickimi. Biskupi obawiali się oazowego nowinkarstwa i przełamywania schematów, które mogło zaowocować nadwerężeniem zdrowej tradycji. Inteligencja katolicka natomiast (także zwolennicy odnowy soborowej) z niechęcią, a niekiedy wręcz z pogardliwą wyższością, odnosiła się do przeżyciowej metody rekolekcji oazowych. Kard. Wojtyła zdecydowanie wyróżniał się pod tym względem tak na tle polskiego episkopatu, jak i środowisk katolickiej inteligencji. Z ks. Blachnickim łączyło go przekonanie, że nawrócenia powinien doświadczyć cały człowiek, a nie tylko jego intelekt czy nawet wola.

Paradoksalnie, bardziej przenikliwi od wielu pasterzy Kościoła w Polsce i katolickich intelektualistów byli przywódcy komunistyczni – doskonale rozumieli oni znaczenie Ruchu Światło-Życie, podejmując wielokrotnie specjalne akcje przeciwko rekolekcjom oazowym. Zdawali sobie sprawę, że działający jawnie, choć nielegalnie, wielotysięczny, nieformalny, całkowicie niezależny, spontaniczny, oddolny katolicki ruch młodzieżowy to bomba z opóźnionym zapłonem. Komuniści wiedzieli – dużo lepiej od niektórych ludzi Kościoła – że formacja oazowa nie ogranicza się bynajmniej do osobistej pobożności i śpiewania piosenek przy akompaniamencie gitary, lecz jest zarazem solidną formacją obywatelską, zachęca i wręcz mobilizuje do podejmowania odpowiedzialności za otaczający świat. A na to władza PRL-owska zezwolić nie mogła.

Charakterystyczne też, że ks. Blachnicki łączył swoją rewolucyjność w kwestii odnowy Kościoła ze zdecydowaną antyrewolucyjnością w sferze społeczno-politycznej. Zdawał sobie sprawę, że „rewolucja zmierza do zmiany władzy, do zmiany ról. Ten, który był niewolnikiem, staje się panem; ten, który był panem, staje się niewolnikiem”. I cały problem polega na mechaniczności tej zamiany, która nie sięga wnętrza człowieka. „Ten, który był niewolnikiem, pozostaje nim nadal, choć zajął miejsce pana. Posiada on bowiem nadal mentalność niewolnika, wcale nie został wyzwolony”.

Może więc lepiej będzie nazywać kościelną rewolucyjność Blachnickiego raczej ewangelicznym radykalizmem? Wszak nie rewolucja sama w sobie była jego celem.

Katechizacja to nie katechumenat

Teologia i pastoralna wizja Blachnickiego pozostają w moim przekonaniu nadal aktualne. Jest to wizja ważna nie tylko dla ruchu oazowego jako jednego z ruchów odnowy, nie tylko dla Kościoła w Polsce, ale i dla całego Kościoła powszechnego.

Nie jest dziełem przypadku – a mało kto o tym dzisiaj pamięta – że w swojej pracy habilitacyjnej „Eklezjologiczna dedukcja teologii pastoralnej” napisanej w roku 1970 ks. Franciszek Blachnicki przedstawił oryginalną „syntezę myśli eklezjologicznej Vaticanum II”. Na długo przed kard. Ratzingerem uznał on pojęcie wspólnoty (communio) za „wspólny mianownik, do którego można sprowadzić wszystkie inne określenia Kościoła zawarte w dokumentach soborowych”. Według Blachnickiego soborowa wizja Kościoła jest efektem z górą stuletniej ewolucji, którą określił jako „przejście od wizji Kościoła ujętego w kategoriach socjologiczno-prawnych, jako societas perfecta, do wizji Kościoła jako communio sanctorum; albo jak przejście od eklezjologii władzy (hierarchologii) do eklezjologii wspólnoty – komunii”.

Niechęć do ruchu oazowego łączyła konserwatywną część hierarchii kościelnej z intelektualistami katolickimi

Jakie proponował drogi dojścia do urzeczywistnienia tej wizji, skoro punktem wyjścia była gorzka diagnoza: „O większości ochrzczonych właściwie nie należałoby mówić, że są chrześcijanami”? Jak radził sobie z pytaniem, dlaczego większość katolików żyje tak, jak żyją poganie? Jego odpowiedź brzmiała: dlatego, że zaniedbano katechumenat jako drogę do dojrzałości chrześcijańskiej. Dzisiejsze formy katechumenatu nie odpowiadają wymaganiom czasów współczesnych. Skoro nie wychowujemy ochrzczonych do dojrzałego przeżywania swej wiary, to nie dziwmy się, że ich sposób życia nie jest chrześcijański. A chrześcijaństwo to właśnie sposób życia, to nowe życie. Dojrzałe chrześcijaństwo zaś to życie według słowa Bożego.

„Zakładamy, że katechumenat istnieje, bo istnieje system nauczania religii, szkolny lub parafialny. Właśnie to założenie trzeba podważyć” – przekonuje założyciel oaz. Lekarstwem na kryzys wiary nie może być mnożenie godzin katechezy. Katechizacja jest wciąż obciążona grzechem intelektualizmu. Katechumenat zaś to dużo więcej niż przekaz wiedzy religijnej – to wdrażanie do życia słowem Bożym, do modlitwy, życia sakramentalnego, ciągłego nawracania się, świadectwa i służby.

„Przez przeszło tysiąc lat w Kościele nie było żadnej katechizacji, żadnej nauki religii, była tylko rodzina i liturgia” – prowokuje ks. Blachnicki. „Mimo to Kościół rozwijał się i to nawet dynamicznie […] Wszystko dlatego, że działał katechumenat rodzinny”. Nie chodzi mu, rzecz jasna, o to, by likwidować katechizację, lecz by zmienić proporcje. Katechizacja nie wystarcza, czego najlepiej dowodzi fakt, że choć jest ona obecnie najlepiej zorganizowana w całej historii Kościoła, to zarazem nigdy nie było okresu, by tylu jej „absolwentów” opuszczało wspólnotę Kościoła.

Trzeba zatem odnowić katechumenat rodzinny i katechumenat dorosłych, które były podstawowe w starożytnym Kościele. Potrzebny jest także katechumenat dzieci i młodzieży. Ale uwaga! Również tutaj Blachnicki proponuje odwrócenie proporcji. Nie można przesadnie skupiać się w pracy duszpasterskiej tylko na dzieciach i młodzieży, bo raczej: „Jacy są dorośli, takie będą dzieci, nie odwrotnie”…

Prorok

Jak jednak odnowić dzisiaj katechumenat, skoro w większości przypadków chrzczone są dzieci? Według twórcy oaz, trzeba wprowadzić uzupełniający katechumenat dla osób już ochrzczonych – zarówno dorosłych, jak dzieci i młodzieży – wykorzystując wskazówki posoborowego nauczania Kościoła, zwłaszcza zawarte w dokumencie o inicjacji chrześcijańskiej dorosłych (OICA). Z tego watykańskiego tekstu można czerpać cenne inspiracje do tworzenia duszpasterstwa z elementami katechumenatu w parafii (dokument ten prawie zupełnie nie jest wykorzystywany w Kościele w Polsce).

Fiunt, non nascuntur christiani – przywołuje ks. Blachnicki Tertuliana („stajemy się, a nie rodzimy, chrześcijanami”). Ta zasada może stać się motywem przewodnim stałej formacji, ponownego katechumenatu ludzi ochrzczonych. Ma rację Blachnicki, gdy twierdzi, że duszpasterstwo powinno zerwać z założeniem, że mamy do czynienia z ludźmi świadomie wierzącymi. Jego zdaniem, „największym problemem współczesnego chrześcijaństwa w Polsce i na całym świecie jest to, że większość wiernych nigdy nie przeżyła owego fundamentalnego wydarzenia, jakim jest odrodzenie z Boga, które by uczyniło z nich prawdziwych chrześcijan”. Duszpasterz ma ich doprowadzić do takiego doświadczenia, a nie tylko opowiadać o nieskończonej miłości Bożej.

O większości ochrzczonych właściwie nie należałoby mówić, że są chrześcijanami

Jak to z prorokami bywa, Blachnicki pozostawił po sobie raczej rozproszone świadectwa niż systematyczne zbiory ksiąg. Jego kontynuatorzy do tej pory odnajdują nowe nagrania czy maszynopisy. Dzięki ich publikacji ks. Blachnicki także po latach zaskakuje, niepokoi, pobudza do myślenia, nieraz wręcz szokuje – np. gdy broni tezy, że „katecheza, która nie prowadzi do Kościoła, prowadzi do niewiary” albo gdy twierdzi, że tradycyjnie pojmowana katecheza bliska jest indoktrynacji (a pamiętać trzeba, że słowa te wypowiadane były nie w demokratycznym społeczeństwie, lecz w państwie komunistycznym, które poddawało swych obywateli planowej indoktrynacji – ks. Blachnicki zaś, jako konsekwentny antykomunista, nie był skłonny do łatwych analogii między życiem w komunizmie a życiem Kościoła).

Ta gwałtowność i surowość krytycznych opinii to kolejny przykład profetycznego wymiaru myślenia i działania ks. Franciszka Blachnickiego. Prorok widzi bowiem sprawy ostrzej, wyraźniej i głębiej niż jego współcześni – właśnie dlatego reakcją na działalność proroka często bywa niezrozumienie.

Prorocy wyprzedzają swoje czasy. Aby trafnie odczytywać ich intuicje, najpierw trzeba się w nie dobrze wsłuchać, a jeszcze lepiej – uważnie wczytać. Jeden z księży-moderatorów Ruchu Światło-Życie powiedział mi o ks. Blachnickim: „On to wszystko widział, a my musimy to mozolnie odczytywać”.

Ani śladu wizji

Czy koncepcja pastoralna ks. Blachickiego jest realna? Czy to możliwe, by Kościół żył tak, jak pisze o nim ten gwałtownik Królestwa Bożego? Prorok nie musi odpowiadać na takie pytania; wystarczy, gdy wskazuje drogę… Zwłaszcza, że od wielu lat nie żyje, a jego wizja wciąż jest pociągająca dla wielu osób miłujących Boga i Kościół.

Sam czytam niektóre sugestie ks. Blachnickiego z pewnym lękiem. Co by było, gdyby rzeczywiście ta wizja się spełniła? Czy nie wystraszylibyśmy ludzi stojących – i w rzeczywistości, i w przenośni – na progu świątyni albo w kruchcie? Czy nie odeszłyby od Kościoła osoby przecież do niego przywiązane, ale zrażone nagłym radykalizmem?

Podobne pytania można mnożyć. Zaraz przychodzi jednak opamiętanie: „Czemu zwątpiłeś, małej wiary?”. Przecież tyle razy można się już było przekonać, że tych z kruchty pociąga w Kościele nie minimalizm i obniżanie poprzeczki, lecz maksymalizm – stawianie wysokich wymagań. A przede wszystkim przypomina mi się jeden z pierwszych biblijnych cytatów, jaki mocno wrył mi się w świadomość na moich pierwszych rekolekcjach oazowych w roku 1979: „Obyś był zimny albo gorący. A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust” (Ap 3,15-16). Innymi słowy: sympatykiem chcesz być czy chrześcijaninem? Chrześcijaninem „na pół etatu” czy na 100 procent?

„Ani śladu jakiejś wizji, koncepcji”pisze zjadliwie ks. Blachnicki o przeciętnym duszpasterstwie parafialnym. Lata mijają, a jego diagnozę można spokojnie powtórzyć, a nawet wyostrzyć. Właśnie wizji chyba najbardziej potrzebuje współczesny Kościół w Polsce. Szukając tej wizji, warto sięgnąć do twórczości najwybitniejszego polskiego pastoralisty XX wieku i zastanowić się, co on by nam radził dzisiaj robić.

Tekst pochodzi z książki Zbigniewa Nosowskiego „Krytyczna wierność. Jakiego katolicyzmu Polacy potrzebują”. Książka do nabycia tutaj