Oscary zamieniły się w tym roku – w stosunkowo wąskim zakresie, ale jednak – w festiwal afroamerykańskiej historii i manifestację czarnej dumy.

To okropne, narcystyczne Hollywood. Skupione na sobie i odkrywające swoją wyjątkowość – zawsze na nowo, z rodzajem niedowierzania – w kolejnych autotematycznych opowieściach o sukcesie, walce, poświęceniu i miłości. Zanurzone w nostalgii „La la Land” Damiena Chazelle’a z rekordową liczbą czternastu oscarowych nominacji. To w istocie nowe wcielenie prastarego mitu o Hollywood jako miejscu, gdzie pełni pasji młodzi ludzie bez oporów mogą realizować najskrytsze marzenia. Amerykański przemysł filmowy kocha to, co znajome, szanuje własne korzenie i uwielbia się do nich odnosić. Potwierdzeniem tego były oszałamiające sukcesy „Artysty” w 2012 roku i „Birdmana” dwa lata temu.

Historia zatacza koło. „La la Land” kontynuuje tę linię samozachwytu – po kinie niemym i kinie gatunków przyszła pora na restytucję klasycznego musicalu, a Chazelle po mistrzowsku odkurza zalegające w hollywoodzkich piwnicach antyki. Ten ruch ma oczywiście swoją cenę – jego propozycja to plecionka cytatów, czysta rozrywka w znajomych ramach, wydrenowana z istotnej treści i głębszej myślowej substancji. Moglibyśmy więc machnąć na tegoroczne Oscary ręką i powiedzieć: „Nie z nami te numery, nie chcemy waszych muzealnych gablot i garażowych wyprzedaży”. A jednak, wbrew intuicjom, amerykańscy krytycy filmowi są zgodni – tegoroczne rozdanie jest pod wieloma względami wyjątkowe i budzi większe emocje – pozytywne, dodajmy – niż te z lat minionych. Dlaczego Oscary 2017, żeby zacytować Richarda Brody’ego z „New Yorkera”, nareszcie zaczęły mieć znaczenie?

Wielkie kino wykluczonych

Powody są przynajmniej trzy: poważna reprezentacja kina afroamerykańskiego w najważniejszych kategoriach, zmiana sytuacji politycznej w Stanach Zjednoczonych i najwyższy od wielu lat poziom artystyczny nominowanych filmów. Po zeszłorocznych protestach przeciwko „białym Oscarom” – pod hasztagiem #oscarssowhite celebryci i zwykli ludzie wyrażali oburzenie nieobecnością czarnoskórych filmowców już na starcie wyścigu – narracja czarnej mniejszości o niej samej nareszcie weszła do mainstreamu i doczekała się zasłużonego uznania. O miano najlepszego filmu rywalizują – obok sześciu „tradycyjnych” obrazów – „Fences” Denzela Washingtona, „Moonlight” Barry’ego Jenkinsa i „Ukryte działania” Theodore’a Melfi, z czego tylko ten ostatni – historia afroamerykańskich matematyczek pracujących dla NASA – wyreżyserował biały filmowiec. Najważniejszą informacją jest jednak bezprecedensowy sukces „Moonlight” – nominowaną aż w ośmiu kategoriach niskobudżetową (jak na amerykańskie warunki) produkcję śmiało można określić mianem arcydzieła kina niezależnego.

Dla wielu rozbity bank zachwytów nad Barrym Jenkinsem to ostateczny znak koniunkturalizmu reżysera i konformizmu członków Amerykańskiej Akademii Filmowej – film o życiu czarnoskórego geja z biednej dzielnicy, który wybiera karierę dilera narkotykowego, miał być – zdaniem przeciwników – napisany specjalnie „pod nagrody”, a liczba nominacji – tylko potwierdzać wiernopoddańczy stosunek amerykańskich elit do dyktatury „poprawności politycznej”. Oskarżenia o cynizm ocierają się jednak – w przypadku takiego outsidera, jak Jenkins – o śmieszność i trafiają dokładnie kulą w płot. Trudno na przestrzeni ostatnich kilku lat przypomnieć sobie mniej nachalny obraz o życiu mniejszości, a przy tym film bardziej spełniony artystycznie. „Moonlight” – z pozycji autobiograficznej szczerości – pokazuje proces podwójnego wykluczenia: grupa dyskryminowana, w ramach mechanizmu obronnego, sama wytwarza we własnym łonie maczystowską, szowinistyczną kulturę, opartą na kulcie siły i energii seksualnej. Jednostka o większej wrażliwości, delikatnej konstrukcji emocjonalnej, która się w te normy nie wpisuje, staje się kozłem ofiarnym i musi wybierać między okupioną cierpieniem niezależnością a konformizmem. Bohater filmu własną seksualną tożsamość obudowuje pancerzem z mięśni i emblematami gangsterskiej przynależności: ukrywa się pod kolejnym maskami stylu „gangsta”, ale nie gubi pamięci o sobie i dlatego aż do końca wierzymy w autentyczność jego cierpienia.

Jednocześnie „Moonlight” ucieka wszelkim schematom kina afroamerykańskiego – nie znajdziemy tu ani opowieści o „chłopakach z osiedla”, ani „białego zbawcy”, który ratuje bohatera przed ostateczną klęską. Zamiast tego Jenkins tworzy rodzaj biograficznego tryptyku – wybiera trzy etapy z życia czarnoskórego mężczyzny i nasyca je skondensowaną treścią: emocjonalną, wizualną, społeczną. Nie ma tutaj ani jednej niepotrzebnej sceny, ani jednego ujęcia, które – na poziomie obrazu – nie byłoby całkowicie autonomiczną, wybitną kompozycją – majstersztykiem sztuki malowania kamerą. Nominacje dla „Moonlight” nabierają także – niejako przypadkiem, w konsekwencji niespodziewanej zmiany akcentów w amerykańskim życiu publicznym – charakteru politycznego manifestu. W ksenofobicznej, dążącej do izolacji Ameryce Donalda Trumpa bohater Jenkinsa staje się wyrazicielem głosu marginesów – dowodem na istnienie innych wykluczonych niż biała biedota ze środkowego zachodu i innych „punktów widokowych” niż ociekający złotem gabinet milionera z Manhattanu. Tylko z daleka obraz czarnoskórych Stanów może wydać się piękny – Trump należy do tych ludzi, którzy poza perspektywę determinowaną statusem materialnym nigdy nie wyściubili nosa i nie skonfrontowali się z realnym, społecznym wymiarem „czarności” w USA.

„Moonlight” może być dla amerykańskich populistów niewygodny z jeszcze jednego powodu – pokazuje mianowicie, że pod maską szowinizmu i kultu tradycyjnej męskości kryje się miękkie podbrzusze frustracji i samooszukiwania. Mechanizm kontrrewolucji „zranionej męskiej dumy” jest więc podobny zarówno w przypadku czarnoskórej mniejszości, jak i białej niższej klasy średniej, która wyniosła ksenofobów do władzy. Emocje w trakcie tegorocznych oscarowych wyścigów mają tym samym wybitnie polityczny charakter – symbolicznego znaczenia nominacji nie sposób odsunąć na boczny tor.

Nowe otwarcie

Oniryczną, subtelną tonację „Moonlight” uzupełniają nominacje dla trzech dokumentów o rasowych uprzedzeniach i codziennej walce afroamerykańskiej mniejszości o wolność: „13th” Avy DuVernay o systemie więziennictwa, „I am not your Negro” Raoula Pecka – historia USA opowiedziana przez pryzmat trzech zamordowanych aktywistów działających na rzecz praw czarnoskórych – i wyprodukowany przez Netflix serial „O.J. Simpson: Made in America”. Efekt jest taki, że Oscary zamieniły się w tym roku – w stosunkowo wąskim zakresie, ale jednak – w prawdziwy festiwal afroamerykańskiej historii i manifestację czarnej dumy.

Dostaliśmy mozaikę wielu perspektyw, tematów i reżyserskich wrażliwości, dla których wspólnym punktem odniesienia stało się doświadczenie bycia czarnym – do tej pory – wbrew temu, co twierdzą przeciwnicy „poprawności politycznej” – autentycznie niedoreprezentowanej. Jeszcze dwa lata, przy okazji tekstu o fenomenie tzw. white savior movies, sam pisałem, że hollywoodzcy marketingowcy doskonale wiedzą, gdzie szukać zysku – kinowa publiczność wciąż oczekuje obrazów o białych zbawicielach i dobrze płaci za bilety. Idea społeczeństwa równych, przynajmniej w obrębie współczesnej kinematografii, pozostaje raczej papierową utopią. Teraz akcenty się zmieniły. Czy zwrot w kierunku historii mniejszości został podyktowany lękiem przed ksenofobią i antyliberalizmem Trumpa? Jest deklaracją poparcia dla równościowej polityki i hołdem dla ustępującej administracji Baracka Obamy? A może po prostu Afroamerykanie nakręcili w tym roku najlepsze filmy, wymykając się tym samym wołaniom o „rasowe parytety”?

Akademia doceniła w tym roku wybitne kino niezależne

Prawdą jest też, że Akademia doceniła w tym roku wybitne kino niezależne, przez co poziom konkursu okazał się zaskakująco wysoki. Inne, obok „Moonlight”, arcydzieło sztuki filmowej – nominowane w sześciu kategoriach „Manchester by the Sea” Kennetha Lonergana – to świetny przykład, jak z prostego pomysłu wycisnąć maksimum dramaturgicznej mocy. Obraz zanurzony w codzienności, chłodny i zdystansowany za sprawą tematu depresji i osobistej traumy, ani na chwilę nie wpada w pretensjonalność, nie zamienia się w tani, sentymentalny kicz. Wielka to sztuka – rozbawić i wycisnąć łzy, a przy tym pozostawić bohatera z możliwością wyboru własnej drogi i własnego zakończenia. Przeżycia żałoby na własnych zasadach, nawet jeśli społeczna umowa podpowiada, że wybraliśmy najbardziej destrukcyjny z dostępnych sposobów. „Manchester by the Sea” stoi w kontrze do hurraoptymistycznej kultury terapii – dopuszcza możliwość dobrowolnego wyłączenia się z życia społecznego, swoistej śmierci za życia, banicji w ból i pamięć o lepszych czasach. Nie ocenia jednak tych wyborów z pozycji moralnej wyższości, tylko zwyczajnie je portretuje i pozwala trwać na kinowym ekranie. Ten wielki film urodziła kinematografia, która uchodzi ostatnimi czasy za najbardziej ordynarną i skupioną na sobie.

Mógłbym jeszcze długo wymieniać przyczyny „wyjątkowości” tegorocznego oscarowego wyścigu. Powiedzieć, jak niehollywoodzkim thrillerem drogi jest „Aż do piekła” Davida Mackenziego i jak „Nowy początek” Denisa Villeneuva reinterpretuje klasyczne kino science-fiction, uzupełniając wytarte schematy gatunkowe o kobiecą perspektywę i kobiecą siłę polityczną. Najważniejsze jednak, żebyśmy w roku dla Ameryki – przynajmniej tej otwartej i społecznie wrażliwej – szczególnie trudnym, przyjrzeli się z uwagę jej kinematografii. Ta, z wyjątkiem „La la Land”, nie jest już wyłącznie błyskotką, błahą rozrywką dla zanurzonych w światach konsumpcji eskapistów. Kino zza Atlantyku nabrało ciężaru, a wiara w „american dream” jakby osłabła. Filmowa różnorodność pokazuje nam Amerykę wielu perspektyw, wewnętrznie niespójną, wstrząsaną konfliktami i konflikty generującą. To już nie znajoma kraina zwycięzców – tych którzy piszą historię i dyktują warunki, a własną dumę eksportują na cały świat. Zaiste, w takich ciekawych czasach przyszło nam żyć – korzystajmy z tego. Nawet oglądając przez łzy.