Każdy bunt, każda walka z okupantem jest powstaniem? Z historykami Tomaszem Łabuszewskim i Rafałem Wnukiem rozmawiają redaktorzy „Więzi” Zbigniew Nosowski i Andrzej Friszke.

Zbigniew Nosowski: Jakim mianem historyk może określać treść wyrażaną popularnym pojęciem „żołnierze wyklęci”?

Tomasz Łabuszewski: Moim zdaniem, najuczciwszym pojęciem dla historycznego opisu sytuacji tej grupy jest: powstanie antykomunistyczne.

Rafał Wnuk: Z tym nie zgadzam się fundamentalnie. Jeśli mamy mówić o czymś takim jak antykomunistyczne powstanie, które wybuchło w 1944 roku i trwało do roku 1963 (bo tak ono jest przecież rozciągane), to trzeba by powiedzieć, że powstanie antynazistowskie zaczęło się we wrześniu 1939 roku i trwało do stycznia 1945 roku. Bo przecież bezustannie ktoś gdzieś z karabinem po lasach chodził. Nie idźmy w takie absurdy.

Łabuszewski: Dla mnie czynnikiem, który tworzy jakościowo nową sytuację, jest zamiana głównego wroga niepodległości Polski z hitlerowskich Niemiec na Rosję sowiecką. Od kwietnia 1943 roku mamy do czynienia z uruchomieniem pewnej spirali działań wrogich wymierzonych w struktury Polskiego Państwa Podziemnego, ale również w całą społeczność polską zamieszkującą tamte tereny, które uważane są za prawnie inkorporowane do Rosji sowieckiej.

Przypomnę mord w Nalibokach 8 maja 1943 roku (sto kilkanaście ofiar); wymordowanie pierwszego oddziału partyzanckiego okręgu wileńskiego w sierpniu 1943 roku; rozbrojenie w zimie roku 1944 zgrupowania Stołpeckiego i wymordowanie większości jego żołnierzy. Mamy zresztą zachowaną dokumentację Ponomarienki z czerwca 1943 roku, gdzie jest wyraźny nakaz rozpoczęcia działań wymierzonych w legionistów polskich i zwalczania ich wszelkimi możliwymi metodami.

Danuta Siedzikówna „Inka”

Danuta Siedzikówna „Inka”

Moim zdaniem, mamy tutaj do czynienia z pewnym elementem ciągłości: w miarę przesuwania się linii frontu ta sama sytuacja postępuje coraz bardziej na zachód. W roku 1944, do lata, takie same akcje mają miejsce na terenie Polski Lubelskiej, od stycznia 1945 r. – w dalszych częściach kraju. I tak naprawdę ta sekwencja zmagań Armii Krajowej i formacji poakowskich jest niczym innym jakościowo niż walki oddziałów Armii Krajowej z grudnia 1944 roku na terenach tzw. Kresów Wschodnich (obecnej Białorusi i na terenie obecnej Litwy). To samo dzieje się jesienią 1944 roku na Białostocczyźnie, na Lubelszczyźnie, a w roku 1945 przenosi się bardziej na zachód.

Skala oporu zbrojnego (masowego biernego oporu); jego zdecydowana eskalacja wiosną-latem 1945 r.; decydujący wpływ obcego, wrogiego Polsce państwa na sytuację w kraju; zwalczanie przez obce formacje (NKWD, Smiersz) struktur legalnego, uznawanego nadal przez społeczność międzynarodową, rządu polskiego na emigracji – te wszystkie czynniki wyraźnie wskazują, że przynajmniej w 1945 r. możemy mówić o powstaniu antykomunistycznym jednoczącym prawie całe społeczeństwo.

Wnuk: Nie rozumiem tej logiki. Jesteśmy historykami, musimy mieć jakieś narzędzia obiektywizujące, pozwalające porównywać zjawiska. Czy każdy bunt, każda walka z okupantem jest powstaniem? Moim zdaniem, nie. Nie można przyjąć, że powstaniem jest działanie zbrojne angażujące jeden promil ludzi w kraju. Nawet jeśli przyjmiemy, że w lesie było około 20 tys. osób (a nigdy tylu ich jednocześnie nie było), to jest to mniej niż promil polskiego społeczeństwa, które liczyło wówczas 21 milionów.

Łabuszewski: Ale w Powstaniu Styczniowym miałeś jednocześnie nie więcej niż 30 tys. ludzi w oddziałach, a bezpośrednio zaangażowanych w działalność insurekcyjną było 200–300 tysięcy.

Wnuk: Odpowiem za chwilę, bo najpierw chciałbym to pokazać porównawczo w skali międzynarodowej. Rozumując w sposób, jaki proponujesz, trzeba automatycznie przyjąć, że w Estonii powstanie zaczęło się w 1944 roku i trwało pewnie do 1972 roku; że na Litwie powstanie trwało do lat 60. (tam było nawet 30 tys. partyzantów w trzymilionowym państwie); zaś na Łotwie powstanie trwało od maja 1945 do połowy lat pięćdziesiątych, prowadzone głównie przez byłych żołnierzy łotewskiej Waffen SS. Tam wszędzie działali „leśni bracia” – odpowiednicy naszych „żołnierzy wyklętych”. W tamtych krajach partyzantka miała o wiele większy zasięg niż w Polsce – procentowo w stosunku do liczby ludności – ale nikt tam nie mówi o powstaniu.

Przyjmując sposób rozumowania proponowany przez Tomasza musielibyśmy też uznać, że w 1943 roku wybuchło powstanie ukraińskie, najpierw wymierzone w Polskę i w ludność polską, później trwało ono jako powstanie antysowieckie, do końca lat 50., albo i dłużej. To są proste konsekwencje tezy o powstaniu antykomunistycznym w Polsce, które wybucha gdzieś w 1944 roku. Ja na taki sposób myślenia się nie godzę.

Przywołujesz, Tomku, skalę Powstania Styczniowego. No to porównajmy. Powstanie Styczniowe miało władze centralne, które je ogłosiły i starały się koordynować. Miało cele opanowania terytorium i ustanowienia nad tym terytorium swojego rządu, swojej administracji. To samo było w Powstaniu Warszawskim. Uczestnicy walk uważali się za powstańców i to, w czym brali udział, sami nazywali powstaniem. Nie znam żadnego dokumentu, żadnego przekazu, w którym członkowie podziemia antykomunistycznego definiowaliby swą działalność terminem „powstanie”.

Niektórzy usiłują nazywać „powstaniem strefowym” akcję „Burza”, ale jest to wysoce problematyczne. A jeżeli mamy ten problem przy „Burzy”, w której wzięło udział – bez Powstania Warszawskiego – 70 tys. ludzi, to używanie tu określenia „powstanie antykomunistyczne” w ogóle nie wchodzi w grę. Nie możemy stosować dwóch miar – absolutnie różnych miar! – do dwóch różnych okupantów i dwóch różnych okresów.

Andrzej Friszke: Mnie teza o powstaniu antykomunistycznym nie odpowiada także w innym wymiarze. Takie myślenie zakłada, że to „powstanie” – czyli 20 tys. ludzi w lesie plus jeszcze trochę innych, którzy ich wspierali – wypełnia sens polityki polskiej w tym czasie. A to by oznaczało, że musimy unieważnić, jako elementy nieznaczące, cały wachlarz legalnego życia politycznego i legalnej walki z dominacją komunistyczną, od PSL poczynając, aż po rząd w Londynie, który był przeciwny walce zbrojnej. Mało tego, rząd londyński mówił o „groźbie powstania”. Groźbie! Czyli nasza elita polityczna uważała, że to byłoby najgorsze, co by mogło się stać: że Polacy zrobią powstanie przeciwko Sowietom, którzy utopią Polskę we krwi.

Musielibyśmy też unieważnić całą historię oporu cywilnego, politycznego, kulturalnego, który się toczył, ale wchodził zarazem w różne kompromisy z istniejącą sytuacją. A cóż dopiero cały problem odbudowy Polski, odgruzowywania kraju, tego ogromnego wysiłku społecznego ukierunkowanego na zagospodarowanie przestrzeni życiowej, który trwał niezależnie od kształtu państwa, ale który nie jest przecież walką zbrojną.

Za w gruncie rzeczy nieistotne musielibyśmy wreszcie uznać takie wielkie posunięcia, jak przejęcie przez Polskę Ziem Zachodnich. Bo jeżeli PRL to twór wyłącznie wrogi, obcy, wobec którego jedyną w zasadzie właściwą postawą jest walka z bronią w ręku – to cała „operacja popoczdamska” nie ma sensu. Zresztą z takim myśleniem już mamy do czynienia. Znam publikacje polskich autorów o tym okresie, w których są zaledwie dwie linijki o tym, że Polska dostała Ziemie Zachodnie. A to przecież prowadzi do anachronizmu. Nie muszę chyba tego tłumaczyć.

Łabuszewski: Może powinniśmy przewartościować nasze spojrzenie na to, co działo się w latach wojny w Polsce (zwłaszcza w czasie Akcji „Burza”), a także po 1944 r. na Łotwie, Litwie, Estonii i Ukrainie – z wyraźnym wskazaniem na korzenie owych powstań?

Nie mogę też zgodzić się, że porównanie z Powstaniem Styczniowym jest bezsensowne. Jest, moim zdaniem, wprost przeciwnie. Jeśli spojrzymy na podobną skalę zaangażowania zbrojnego (po około 200 tysięcy ludzi) oraz na mapę aktywności powstańczej z lat 1863–1864 i lat 1944–1947, to okaże się, że one dokładnie się ze sobą pokrywają – dając dowody głębokiego przywiązania społeczności lokalnych Podlasia, Kurpiów, Mazowsza, Wileńszczyzny do tradycji insurekcyjnej. Jest rząd emigracyjny – symbolizujący idee niepodległego państwa polskiego, uznawany przez większość uczestników konspiracji antykomunistycznej. Jest wspólny cel – jakim jest walka z okupacją sowiecką. To prawda, że rząd ów odmiennie od uczestników konspiracji zbrojnej postrzega środki, jakimi o tę wolność walczyć należy, ale dlaczego?

Witold Pilecki

Witold Pilecki

Wśród przywódców strony niepodległościowej dominowała wówczas świadomość, że społeczeństwo polskie stanęło na granicy bezpieczeństwa biologicznego. I że – nawet jeśli uznajemy, iż mamy do czynienia z okupacją sowiecką, a okupacji należy się przeciwstawiać – to hekatomba, jaką przeszło społeczeństwo polskie w czasie II wojny, jest tak wielka, że nie należy ludzi narażać na ryzyko śmierci. Przypomnijmy, że jakościowo były to straty zupełnie gigantyczne w pewnych kategoriach zawodowych: zginęło 40 proc. inżynierów, 50 proc. lekarzy, 60 proc. adwokatów. Należało więc walkę ograniczyć w poczuciu odpowiedzialności, nie zaś kapitulować wobec nowego reżimu.

Granicą pomiędzy kapitulacją a dalszą walką – polityczną, zbrojną, biernym oporem – był nie udział w odbudowie kraju, ale wikłanie się części polskich elit w relacje z władzą komunistyczną, co jej rządy w konsekwencji legitymizowało wobec całego społeczeństwa, tworząc niejednoznaczną sferę podziału. Tak było np. z Tymczasowym Rządem Jedności Narodowej i udziałem w nim Stanisława Mikołajczyka.

Druga strona – władza komunistyczna – prezentowała całkowicie odmienną postawę: konsekwentnie dążyła do fizycznego wyeliminowania grupy społeczeństwa polskiego nastawionej najbardziej radykalnie antykomunistycznie. Poszczególne akty prawne, począwszy od lata 1944 r. (myślę tutaj o dekrecie mobilizacyjnym, dekrecie rozwiązującym wszystkie organizacje konspiracyjne, tzw. dekrecie sierpniowym, dekrecie październikowym o ochronie państwa, dekrecie o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa, o postępowaniu doraźnym) wyraźnie wskazują na jej intencje. Stąd te 50 tysięcy ofiar pierwszego powojennego dziesięciolecia.

W tej sytuacji odruch samoobrony u większości członków konspiracji niepodległościowej uważam za naturalny i niezbywalny. Jeśli ich wybór brzmiał: zginąć w lesie, czy też zostać zatłuczonym w powiatowych urzędach bezpieczeństwa – to znaczy, że w gruncie rzeczy stali oni przed takim samym wyborem jak powstańcy żydowscy w getcie warszawskim. Jeżeli ofiarę tamtych umiemy uhonorować, dlaczego bagatelizuje się lub wręcz dezawuuje ofiarę „ostatnich leśnych”?

Znacznie ważniejsze od dyskusji na temat źródeł fenomenu popularności „żołnierzy wyklętych” wydają mi się jednak inne dylematy. Do lata 1944 r. dowódcy Armii Krajowej „pompowali” szeregi tej organizacji aż do blisko 400 tysięcy, po czym w gruncie rzeczy zostawili tych ludzi samych sobie – i to w sytuacji, kiedy większość z nich stała się celem działań represyjnych ze strony komunistów.

Która postawa była uczciwsza? Czy postawa ppłk. Władysława Liniarskiego „Mścisława”, komendanta Okręgu Białostockiego AK, który pisze w marcu 1945 roku do Okulickiego, że rozwiązanie Armii Krajowej to coś nieuczciwego, na co nie może zdobyć się odpowiedzialny za swoich podkomendnych oficer Wojska Polskiego, bo ci ludzie zbiorą się w „bandy” i po prostu będzie wielkie nieszczęście? Czy też postawa dowódców konspiracji akowskiej-poakowskiej, np. z Małopolski, Podkarpacia, Pomorza, Kujaw, którzy doprowadzają w kilka tygodni do całkowitej dekompozycji wielotysięcznych struktur? A owocem takich procesów są fenomeny Kurasia „Ognia”, Wądolnego „Mściciela”, Kukolskiego „Groźnego”, których oddziały rekrutowały się z bardzo różnych ludzi, wśród których niejednokrotnie trudno było wprowadzić dyscyplinę. Co było w tym momencie uczciwsze? Czy jakaś próba stopniowego niuansowania tych działań, czy też powiedzenie sobie przez niektórych dowódców, że oto idziemy „do domu” i nic nas już nie obchodzi? A na sporej części terenów dokładnie tak to wyglądało.

Wiem, że nie było wtedy dobrego wyjścia z tej sytuacji, tyle że jestem przeciwny określaniu konspiracji zbrojnej jako z definicji „wyrodzonej”, antyobywatelskiej, w przeciwieństwie do konspiracji cywilnej (rzekomo „intelektualnej”), która ma być jakoby tą właściwą. Sytuacja jest zdecydowanie bardziej złożona. Protestuję także w dalszym ciągu przeciw stosowaniu zasady wykluczania przez konspirację zbrojną innych modeli konspiracji czy postaw oporowych, zwłaszcza że koegzystowały one ze sobą w większości przypadków bezkonfliktowo. Nie wiem też doprawdy, jaki związek z historią podziemia antykomunistycznego ma sprawa Ziem Zachodnich. Ich przejęcia i zagospodarowania domagały się właściwie wszystkie organizacje konspiracji powojennej.

Wnuk: Poruszyłeś wiele wątków. Spróbuję się do nich jakoś odnieść. Po pierwsze, nie budowałem dychotomii: „dobra” konspiracja cywilna kontra „zła” i „wyrodzona” zbrojna. Dyskutujmy z faktycznie wygłaszanymi tezami.

Po drugie, znana mi historiografia dotycząca podziemia w państwach bałtyckich i OUN-UPA – tak estońska, litewska, łotewska, ukraińska, rosyjska, jak i anglosaska – nie definiuje walki tamtejszego podziemia antykomunistycznego w kategoriach powstania. Moim zdaniem, nie czyniąc tego, tamci historycy pozostają w zgodzie z naukowymi standardami.

W przypadku polskim odejście od oporu zbrojnego wynikało z kalkulacji, że nie będzie III wojny światowej. A skoro jej nie będzie, to odpowiedzialny lider musi uznać, że nie ma sensu się bić.

Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”

Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”

Masz rację, Tomaszu, opowiadając o dylematach dowódców w chwili, gdy spływały rozkazy o złożeniu broni. Masz rację, opisując stan, w jakim znaleźli się żołnierze Armii Krajowej (na początku roku 1945), żołnierze NSZ (jesienią roku 1945) i inni, gdy ich dowódcy mówią: „Idźcie do domu”. To jest grecka tragedia: nie ma dobrego wyjścia. Trzeba jednak powiedzieć, że większość dowódców i żołnierzy posłuchała rozkazów – i na szczęście antykomunistycznego powstania nie było. Uważam to za wielki sukces powojennego podziemia!

Trafnie zauważasz, że w ówczesnej sytuacji geopolitycznej należało walkę ograniczyć „w poczuciu odpowiedzialności”. Dlatego terminy adekwatnie opisujące działania podziemia w latach 1945–1946 to: szeroka samoobrona, ograniczanie wpływów władz komunistycznych, okresowe opanowywanie terenu przez jakiś oddział czy organizację (zakładając, że „opanowanie terenu” to nie jest opanowanie wioski, lecz okolicznych lasów).

Odwoływanie się do Powstania Styczniowego i użycie przy tym argumentu ilościowego tylko pozornie wspiera tezę o „antykomunistycznym powstaniu”. W 1860 r. na terenach objętych Powstaniem Styczniowym mieszkało około 6 milionów ludzi. Wykrystalizowaną świadomość polityczną miała wówczas niemal wyłącznie szlachta, stanowiąca mniej niż 10 proc. społeczeństwa. Co oznacza, że w Powstanie Styczniowe zaangażowała się bardzo poważna część ludzi mających polską świadomość narodową. W powojennej Polsce mieszkało ponad 20 milionów ludzi, a świadomość narodowa miała charakter powszechny. Gdy uwzględnimy osoby posiadające polską tożsamość, to okaże się, że w 1945 r. odsetek osób walczących w oddziałach leśnych był kilkadziesiąt razy niższy niż podczas Powstania Styczniowego.

I jeszcze jeden szczegół – przywódcy emigracyjni w 1945 r. i dowódcy największej organizacji podziemnej Zrzeszenia WiN czynili wszystko, by do powstania nie doszło. Władze powstańcze z lat 1863–64 starały się za wszelką cenę powstanie podtrzymać. To zasadnicza różnica.

Zaskoczyły mnie też padające w dyskusji wielkości. Stwierdzenie, iż 90 proc. członków podziemia, czy choćby 90 proc. członków kadry dowódczej powojennego podziemia zginęło lub zostało zamordowanych, stoi w sprzeczności z moją wiedzą na ten temat. Nie wiem też, skąd wzięła się liczba 50 tys. ofiar komunistycznego aparatu bezpieczeństwa w pierwszym dziesięcioleciu Polski ludowej. Znane mi szacunki mówią o około 10 tys. członków i współpracowników podziemia (w tym OUN-UPA) zabitych na skutek operacji zbrojnych i 5 tysiącach ludzi skazanych na śmierć (w tym kryminalistów), przy czym faktycznie została wykonana połowa tych wyroków. Być może są jakieś nowe ustalenia diametralnie zmieniające dotychczasowy stan wiedzy. Ja ich nie znam.

Rozmowę prowadzili Andrzej FriszkeZbigniew Nosowski

Tomasz Łabuszewski – doktor historii. W latach 90. współpracownik Archiwum Wschodniego i Fundacji Archiwum Polski Podziemnej. Od 2001 r. kierownik referatu naukowego, a następnie naczelnik Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN w Warszawie. Dokumentalista, badacz historii polskiego podziemia niepodległościowego z okresu II wojny światowej i lat powojennych. Autor i współautor wielu publikacji, m.in. książek: „Okręg Białostocki AK-AKO; «Łupaszka», «Młot», «Huzar». Działalność 5 i 6 Brygady Wileńskiej AK” (z Kazimierzem Krajewskim). Redaktor naukowy albumu „Śladami zbrodni. Przewodnik po miejscach represji komunistycznych 1944–1956”.

Rafał Wnuk – historyk, dr hab., profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, kierownik Katedry Europy Wschodniej i Historii Historiografii. Kierownik Działu Naukowego powstającego Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. W latach 2002–2009 redaktor naczelny półrocznika IPN „Pamięć i Sprawiedliwość”. Redaktor naczelny wydanego w 2007 r. „Atlasu polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956”. Autor i współautor wielu publikacji, m.in. książek: „«Za pierwszego Sowieta»”. Polska konspiracja na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej (wrzesień 1939 – czerwiec 1941)”; „Czerwone Bagno. Konspiracja i partyzantka antysowiecka w Augustowskiem” (wraz z Tomaszem Strzemboszem); „Wojna po wojnie. Antysowieckie podziemie w Europie Środkowo-Wschodniej w latach 1944–1953” (wraz z Grzegorzem Motyką, Tomaszem Stryjkiem i Adamem F. Baranem). Obecnie jego badania koncentrują się na wojennej i powojennej konspiracji i partyzantce w krajach bałtyckich.

To fragment artykułu, który ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 3/2016. Zapraszamy również na dyskusję, która będzie rozwinięciem powyższej rozmowy, a która odbędzie się 22 lutego o godz. 18 w Domu Spotkań z Historią w Warszawie.