Czy Ewangelię można wyrazić w każdej kulturze? Czy każda kultura zdolna jest, by wyrazić Ewangelię? I czy tylko o tym jest „Milczenie” Martina Scorsesego?

„Milczenie” Martina Scorsesego stawia bardzo wiele pytań. To najważniejsze dotyczy oczywiście milczenia Boga wobec ludzkiego cierpienia i kwestii, czy apostazja może być aktem miłości bliźniego. Ale pytania te osadzone są w szerszym kontekście, jakim jest problem misyjnego potencjału chrześcijaństwa i jego zdolności wzrastania w każdej kulturze. Shūsaku Endō, autor powieści, na kanwie której powstał scenariusz filmu, całe życie zmagał się z pytaniem, czy chrześcijaństwo da się pogodzić z japońskością. To pytanie pojawia się także w filmie. Problem nie dotyczy tylko Japonii i jest o wiele głębszy: czy chrześcijaństwo da się pogodzić ze współczesnością?

Ewangelia i kultura

„Prawda jest uniwersalna” – mówi o. Sebastião Rodrigues, jezuita, główny bohater filmu. A skoro tak, to powinna zostać wszędzie przyjęta. Inoue-sam, lokalny naczelnik i inkwizytor w jednym, przekonuje go jednak, że doktryna chrześcijańska może być prawdziwa w Hiszpanii i Portugalii. W Japonii nie ma ona żadnego zastosowania, ponieważ jest niebezpieczna i chce zniszczyć japońską tożsamość. Dlatego należy jej zakazać. Drzewo, które rozkwita w jednym rodzaju gleby, w innym zwiędnie i obumrze – tłumaczy naczelnik. Tak samo jest z drzewem chrześcijaństwa w Japonii: liście gniją, pączki usychają. Gleba Japonii nie jest dobra dla chrześcijaństwa. Czy tak jest na pewno? Żywe jest przecież wciąż wspomnienie działania św. Franciszka Ksawerego, za czasów którego chrześcijaństwo w Japonii rozkwitało. Ojciec Ferreira, który dopuścił się apostazji, przyjął buddyzm i napisał książkę o błędach chrześcijaństwa, nie ma już wątpliwości: „Nasza religia nie zapuści tu korzeni. Ten kraj to bagno. Nic tu nie rośnie”.

Od samego początku działalności misyjnej Kościół musiał sobie stawiać dwa pytania: Czy Ewangelię można wyrazić w każdej kulturze? Czy każda kultura zdolna jest, by wyrazić Ewangelię? Trzeba pamiętać, że misjonarze zawsze spotykali ludzi religijnych. Kultura, do której wkraczali misjonarze, czy to było w Japonii, Ameryce czy Afryce, ukształtowana była zawsze na jakiejś wizji religijnej. Ci ludzie wierzyli w jakieś „zbawienie”, które miało się dokonać za tego życia bądź za przyszłego, tutaj albo w zaświatach. Misjonarz nie trafiał w religijną pustkę. Spotykany człowiek to nie była tabula rasa, którą można by było zapisać od nowa, jak się tylko chce. A co zrobić, kiedy obie wizje świata: ta przyniesiona przez misjonarzy i ta tubylcza są – jak się przynajmniej wydaje – nieprzystające?

Gdzie jest raj?

W „Milczeniu” kwestia ta pojawia się przy okazji udzielania chrztu dziecku. Japońscy rodzice pytają, czy jest już ono w raju. Zresztą, słowo „raj” pojawia się w tym filmie często. O raju wspominać będzie także Japonka o imieniu Monika, pytając, czy po śmierci pójdzie do raju. Co może mówić słowo „raj” buddyjskiemu Japończykowi? Może to miał być po prostu etap w niekończącej się wędrówce dusz? Nawet ojcowie jezuici różnili się między sobą w rozumieniu raju, a cóż dopiero wyjaśnić je komuś z zupełnie innej kultury. Czy ten raj już się zaczyna, czy trzeba na niego jeszcze czekać? Zupełnie inna jest też koncepcja bóstwa. O. Fereira wyjaśnia o. Rodriguesowi, że Japończycy opacznie rozumieją ideę Jezusa. Dla nich to nie Syn Boży (Son of God), ale Słońce Boga (Sun of God). Przyjęcie chrześcijaństwa, w takiej formie, jak proponowali im jezuiccy misjonarze, domagało się totalnego odrzucenia dotychczasowej wizji świata.

Podobny problem pojawił się w o wiele mniej znanym filmie Bruce’a Beresforda „Czarna suknia” na podstawie powieści o tym samym tytule autorstwa Briana Moore’a. Akcja tego filmu rozgrywa się również w wieku XVII, tym razem w Ameryce Północnej, wśród Indian z plemienia Algonkinów i Huronów. Bohaterem jest także jezuita – ojciec Laforgue. Znamienna jest tutaj rozmowa jezuity z Chominą, wodzem indiańskim o ziemi i raju. „Nie widziałeś raju, o którym mówisz. Ja nie widziałem naszego świata nocy, ale wiem, że to nie raj. Żaden człowiek nie powinien się cieszyć na śmierć” – mówi wódz. O. Laforgue mu odpowiada: „Mylisz się. Dla nas ten świat jest światem nocy”. Wódz oponuje: „Rozejrzyj się dookoła. Słońce, las, zwierzęta. To wszystko, co mamy. Tylko dlatego, że wy jesteście ślepi i głusi możesz myśleć, że ten świat jest światem ciemności, a świat umarłych jest krainą światła. My, którzy potrafimy usłyszeć las i ostrzeżenia rzeki, którzy potrafimy rozmawiać ze zwierzętami i z rybami, którzy szanujemy ich kości, my wiemy, że prawda jest inna. Jeśli przybyliście tutaj nas zmienić, jesteście głupcami. To my znamy prawdę. Ten świat jest okrutny, ale jest dla nas światłem słońca” (cyt. za wersją książkową).

Rewaloryzacja życia

Obie historie pokazują bardzo istotny problem z punktu widzenia głoszenia Ewangelii. Ostatecznie chodzi bowiem o to, jak rozumiemy zbawienie i gdzie ono się dokonuje. Ewangelia głoszona przez misjonarzy w Japonii czy nad Rzeką św. Wawrzyńca opierała się na tej niepokonalnej opozycji między życiem doczesnym a przyszłym przedzielonym śmiercią, między wygnaniem na tym „łez padole” a rajem, który dopiero nastąpi pod warunkiem wszakże, że się na niego zasłuży. Czy to wizja pociągająca? To pytanie ma nie tylko wydźwięk teoretyczny i historyczny. To jest pytanie najbardziej praktyczne z praktycznych.

Dla wielu raj – podobnie jak i piekło – jest już pusty, bo jedno i drugie jest na ziemi

Bo jeśli tym, co Kościół miałby dzisiaj do zaoferowania, byłby tylko przyszły raj, to czy da się go jeszcze „sprzedać” jako pociągającą propozycję? Myślę, że wielu naszych dzisiejszych potencjalnych wierzących i niewierzących rozmówców już dawno opuściło tę wizję świata, w którym żyje się dla raju. Dla wielu raj – podobnie jak i piekło – jest już pusty, bo jedno i drugie jest na ziemi. Wielu chętnie by powtórzyło po indiańskim wodzu: „Ten świat jest okrutny, ale jest dla nas światłem słońca”. I na żaden inny nie czekamy.

Czym jest życie dla chrześcijanina? Raz jeszcze przypomnę, co mówiła św. Teresa z Avila (ona też się czasami myliła): „Życie jest jak noc spędzona w podłej gospodzie”. A taką noc chce się po prostu przeczekać, modląc się jednocześnie, by się szybko skończyła. Myślę, że czeka nas konieczność rewaloryzacji życia w perspektywie zbawienia. Bo zbawione jest przecież nie tylko to życie przyszłe, ale już to życie, które pędzimy tu i teraz. Ono jest zbawione i jest życiem zbawionych. I takie zbawienie trzeba głosić.

Nie znaczy to, że zbawienie – niczym buddyjska nirwana – uwolni nas od cierpienia. „Ten świat jest okrutny” i pozostanie okrutny. Jak pisze Philip Ryken, rektor Wheaton College, oblicze Jezusa, które w swym odbiciu dostrzega o. Rodrigues, to nie jest oblicze kogoś wywyższonego i triumfującego, to Jezus ukrzyżowany i uniżony. „To jest autentyczny Jezus, którego potrzebuje każda kultura: Jezus odrzucony, który cierpiał za nas i zna nasze słabości. Tylko taki Jezus jest w stanie zrozumieć nasz ból i pozwoli nam wytrwać do samego końca bez względu na to, jak wielka to cena”. Nie wiem, czy wizja przyszłego raju w zamian za doczesne cierpienie potrafi dzisiaj skutecznie pociągnąć człowieka. Wierzę, że może nią być wizja Boga, który już teraz zdolny jest współcierpieć. I o tym też jest film Scorsesego.