Dlaczego Prawu i Sprawiedliwości aż tak bardzo zależy na Warszawie?

Ustawa metropolitalna pojawiła się niespodziewanie i natychmiast wywołała zamieszanie i protesty. Na tyle gwałtowne, że szybko posypały się deklaracje pomniejszające jej znaczenie: że to tylko projekt, który najpierw zostanie skierowany do konsultacji społecznych i właściwie nie do końca wiadomo, jak on powinien ostatecznie wyglądać. W całej awanturze zwróciło moją uwagę przede wszystkim jedno – lekceważenie, które niejako przy okazji rządzący okazali mieszkańcom tzw. warszawskiego obwarzanka. A przecież w większości są to właśnie wyborcy Prawa i Sprawiedliwości.

Gdy zacząłem szukać opinii na temat metropolii wśród mieszkańców Piaseczna, Legionowa, Otwocka, Grodziska Mazowieckiego, Brwinowa, nie znalazł się nikt, kto wspierałby pomysł posła Jacka Sasina. Pojawiało się niedowierzanie, stwierdzenia typu „nie po to przeprowadzałem się tutaj z Warszawy, żeby teraz być do niej wcielony” lub gorzkie żarty. Przede wszystkim zaś objawiła się urażona lokalna duma. Jednym z jej fundamentów jest zresztą opozycyjność wobec stolicy, która według popularnych opinii może być miejscem pracy, nauki, czasami zabawy, ale generalnie nie nadaje się do życia.

Dlaczego konieczne jest wywracanie lokalnej struktury samorządowej?

Mieszkańców warszawskiego obwarzanka nikt nie zapytał o zdanie. Co ważniejsze, nikt im nie potrafił przekazać, jakie korzyści daje im przyłączenie do miasta stołecznego Warszawy. Prawie cała narracja, przynajmniej przez pierwsze dni od ogłoszenia projektu, skoncentrowana była na stolicy. Politycy PiS mówili o uproszczeniu zarządzania miastem, zmniejszeniu liczby radnych, przywróceniu znaczenia dzielnicom czy o nowych terenach inwestycyjnych (na których braki Warszawa nie narzeka). Mieszkańców okolicznych gmin kuszono jedynie ulepszeniami w publicznej komunikacji. Ale na czym miałyby one polegać, kto miałby za nie zapłacić i dlaczego do ich uzyskania jest konieczne wywracanie lokalnej struktury samorządowej – nie wiadomo.

Dlatego chyba nikt nie ma wątpliwości, że prawdziwym celem reformy jest przejęcie przez PiS władzy nad Warszawą: prezydent miasta stołecznego Warszawy wybierany przez mieszkańców wszystkich gmin metropolii miałby być równocześnie burmistrzem gminy Warszawa; na 50 radnych 32 pochodziłoby z okolicznych gmin, a tylko 18 z samej stolicy; wzmocnione mają być kompetencje władz dzielnic, ale równocześnie rada metropolii mogłaby je likwidować.

Cel polityczny jest ważniejszy niż uczucia, poczucie dumy lokalnej i wreszcie interesy mieszkańców obwarzanka. Blichtr wielkiego miasta okazał się ważniejszy od skromności małych miasteczek, które przecież w znacznej mierze zdecydowały o zwycięstwie Andrzeja Dudy i PiS w ostatnich wyborach. Nic dziwnego, że już nawet komentatorzy po prawej stronie sceny politycznej zwracają uwagę, że PiS na tej ustawie może się bardzo przejechać. Nie tylko nie zyska poparcia stolicy, ale może też stracić to, którym się cieszy w podwarszawskich gminach. Ta prawda dotarła chyba nawet do Jacka Sasina, który w ostatnich wywiadach zgadza się na lokalne referenda w sprawie przyłączenia gmin do Warszawy.

Pozostaje jeszcze jedno pytanie: dlaczego Prawu i Sprawiedliwości aż tak bardzo zależy na Warszawie? Decydują tylko względy prestiżowe, a może także świadomość historyczna partii? Wszyscy tam przecież dobrze pamiętają, że pierwszym wielkim sukcesem partii było wygranie warszawskiej prezydentury przez Lecha Kaczyńskiego w roku 2002. I to dzięki pracy w ratuszu udało mu się wypromować na tyle, że trzy lata później zamienił go na Pałac Prezydencki.

Skoro Hanna Gronkiewicz-Waltz nie będzie kandydować na trzecią kadencję, to ktokolwiek ją zastąpi – Rafał Trzaskowski? Robert Biedroń? ktoś inny? – może mieć ambicje, by powtórzyć sukces Lecha Kaczyńskiego. Czyżby właśnie na taki scenariusz przygotowywał się PiS?