Być może prawdą jest, że list prezydenta Sopotu nie zawiera konkretnych danych. Prawdą jest jednak na pewno to, że pismo, które prezydent otrzymał od rządu, zawiera bardzo konkretną odpowiedź.

Historia „sierot z Aleppo”, które chciał zaprosić prezydent Sopotu, to już prawie legenda miejska. Dobrze, że opublikowano pisma stron tego sporu, bo niektórzy twierdzili bez mała, że żadnej prośby nie było, a już na pewno nie o sprowadzenie dziesięciu osieroconych dzieci z Syrii. W historii tej coraz trudniej oddzielić prawdę od komentarzy, intencje od interpretacji, słowa, które padły, od tych, które chciałoby się usłyszeć. Nawet Janina Ochojska powiedziała to, czego nie powiedziała i z czego się wycofywała. Nie bardzo już wiadomo, skąd wzięła się liczba dziesięciorga dzieci, która – przyznajmy – wcale nie pojawia się w oficjalnym piśmie prezydenta Sopotu do Rady Ministrów.

Ale w legendach jest zawsze jakaś prawda. A ta brzmi następująco. Być może prawdą jest, że – jak twierdzi rzecznik rządu Rafał Bochenek – list prezydenta Sopotu „nie zawiera konkretnych danych”. Prawdą jest jednak na pewno to, że pismo, które prezydent otrzymał od rządu, zawiera bardzo konkretną odpowiedź. W opinii bowiem MSWiA „najbardziej właściwym i skutecznym rozwiązaniem jest pomoc na miejscu”. I to jest sedno sprawy.

„Niefortunne” sformułowanie

Już w połowie grudnia ubiegłego roku pojawiły się informacje, że „Sopot chce przyjmować sieroty z Aleppo”. Plany nie były jeszcze precyzyjne.

Jak mówił wówczas Jacek Karnowski, Sopot „gotowy jest przyjąć 10 rodzin – to sieroty z Syrii lub kilka całych syryjskich rodzin (jeszcze nie wiadomo) oraz repatrianci ze wschodu”. Prezydent nadmorskiego kurortu wyjaśniał: „W 2017 roku chcieliśmy przyjmować 10 rodzin repatriantów, ale można to podzielić. Jeśli rząd polski się zgodzi, to przyjmiemy tu i dzieci z Aleppo, i repatriantów. Taka wspólnota jak Sopot nie powinna być głucha na to, że są dzieci na terenach objętych wojną. Przed okresem bożonarodzeniowym warto się zastanowić, czy wolne miejsce przy stole ma być tylko dla bogatego wujka z Ameryki czy też może być dla osoby biednej z terenów objętych działaniami wojennymi”.

Trudno się dziwić, że odpowiedź rządu została uznana przez dużą część opinii publicznej za nieludzką

21 grudnia 2016 r. prezydent Sopotu wystosował pismo do premier Beaty Szydło. Do napisania tego listu upoważniła go Rada Miasta Sopotu, która 19 grudnia przyjęła rezolucję. Rada zwraca się w niej „z pilnym wnioskiem do Prezydenta Miasta Sopotu o podjęcie działań prowadzących do umożliwienia osiedlenia się w Sopocie osieroconym dzieciom i rodzinom z miasta Aleppo”. Dwa dni później prezydent Jacek Karnowski pisze do Pani Premier: „W obliczu nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia bardzo proszę Panią Premier o pilną zgodę na podjęcie działań zmierzających do pomocy dzieciom, których życie jest zagrożone, umożliwienie im pobytu czasowego lub stałego w naszym mieście oraz wskazanie delegowanej osoby na poziomie rządowym, która od strony formalnej poprowadziłaby proces sprowadzenia w trybie pilnym dzieci z Aleppo do Sopotu”.

Prośby są więc dwie: o zgodę rządu (jak się wydaje, niezbędną dla legalnego sprowadzenia kogokolwiek z zagranicy) i wskazanie osoby z ramienia rządu, która byłaby dla miasta partnerem w tej sprawie. W piśmie datowanym na 27 stycznia 2017 r., wystosowanym przez MSWiA, przychodzi odpowiedź, w której faktycznie odpowiedzi na obie prośby nie ma.

Zamiast tego Departament Analiz i Polityki Migracji uprzejmie prosi „o przyjęcie następujących informacji…”. Tutaj pracownik biura szeroko wyjaśnia obecną sytuację polityczną, wskazuje, że Aleppo jest już pod kontrolą administracji rządowej, że nie ma możliwości prowadzenia ewakuacji, że przesiedlenie „z krajów trzecich” wymagałoby szczegółowych uzgodnień z innymi państwami, że „podstawową kwestią przy ewakuacji ofiar wojny domowej w Syrii jest problem z ustalenia [tak w oryginale] ich tożsamości i wyeliminowania zagrożeń, które mogłyby mieć negatywny wpływ na bezpieczeństwo Polaków”.

Właśnie to ostatnie zdanie przelało czarę goryczy i rozpętało medialną burzę. Jako pierwsze informację podało Radio Zet. Dość wieloaspektowy problem został sprowadzony do newsa: rząd nie zgodził się na przyjęcie dziesięciu sierot z Aleppo ze względów bezpieczeństwa. Wyszło na to, że dziesięcioro dzieci może stanowić zagrożenie terrorystyczne. Brzmi co najmniej kuriozalnie. Nawet rzecznik rządu przyznał, że pismo MSWiA „w sformułowaniach jest niefortunne”. Ale taka właśnie informacja poszła w świat.

Najgorszy argument z możliwych

Rzecz cała – być może – szybko rozeszłaby się po kościach, gdyby nie fakt, że tym razem nie chodziło o jakichś bliżej nieokreślonych uchodźców. Już samo słowo „uchodźca” wywołuje obecnie w Polsce bardzo różne skojarzenia. Dla wielu ikoną uchodźcy nie jest już zdjęcie grupy ludzi uciekających w popłochu przed frontem wojny, którzy za cały dobytek mają jeden przewiązany tobołek. Dzisiaj temu obrazowi przeciwstawia się zdjęcie młodych, zdrowych, śniadych mężczyzn z komórkami w dłoni, którzy – w najlepszym razie liczą na europejski socjal, w najgorszym – są forpocztą terrorystów.

Tym razem bezimienni uchodźcy stali się bardziej konkretni: poznaliśmy ich liczbę, stan i wiek (choć nie imiona i nazwiska, co na tym etapie sprawy nie było możliwe). Tym razem chodziło nie o nieopanowaną masę, lecz o dziesięć osób; nie o dorodnych mężczyzn, lecz o dzieci; nie o mężów, którzy chcieliby natychmiast sprowadzić cały klan, lecz o sieroty.

Tak określonym dzieciom zaczęto nadawać tożsamość. W sieci pojawiły się zdjęcia i memy, na których można zobaczyć twarze nieletnich ofiar wojny w Syrii. Można było odnieść wrażenie, że chodzi właśnie o „te dzieci”. Stały się one toposem i figurą retoryczną. Ktoś nawet ułożył wyliczankę o dziesięciu małych Syryjczykach na wzór tej o małych murzynkach. Przypomina się Jacek Kleyff, który pisał: „W telewizji pokazali / Wczoraj kości chudych dzieci, […] Świeże groby zawsze wzruszą / Obojętnie, gdzie kopane”.

Jednak tym razem obraz dzieci, których życie jest zagrożone, nie wzruszył. To one stały się zagrożeniem. Ten właśnie aspekt najbardziej zbulwersował krytyków poczynań rządu: owa wyobrażeniowa przepaść między tym, co się kojarzy z frazą „dziesięć sierot”, a argumentem z zagrożonego bezpieczeństwa państwa. Trudno się dziwić, że odpowiedź rządu została uznana przez dużą część opinii publicznej za nieludzką.

I słusznie. Biada krajowi, którego bezpieczeństwu zagrozić może dziesięć sierot. Autor odpowiedzi wystosowanej w ministerstwie użył argumentu najgorszego z możliwych, argumentu ośmieszającego rząd naszego państwa.

Skuteczna pomoc na miejscu?

Nie wiem, czy pismo prezydenta Sopotu jest poprawnie sformułowane. Nie wiem, jakie dokładnie są prerogatywy samorządu, a jakie rządu, jeśli chodzi o politykę imigracyjną. Nie wiem, na ile samorząd może podejmować samodzielne decyzje bez zgody czy wiedzy rządu, jeśli chodzi o sprowadzanie kogokolwiek z terenów zagrożonych wojną czy w ogóle z innego kraju ogarniętego jakimś politycznym niepokojem. Tego wszystkiego nie wiem, nie jestem ekspertem w tej dziedzinie. Ale spotkałem się z opinią, że prośba prezydenta Karnowskiego to wrzucenie granatu do rządowego ogródka, że to wykorzystanie tragedii dzieci dla krytyki rządu. Wystawienie rządu do bicia, bo wiadomo było od razu, jaka będzie odpowiedź.

Nie wierzę w tę przewrotną strategię. Jak wiadomo, prezydent nie działał sam, jego pismo poprzedziła rezolucja rady miasta, a ta z kolei była odpowiedzią na petycję skierowaną przez mieszkańców miasta. Być może prezydent poszedł na skróty. I na to gotów jestem się zgodzić. Być może można było wykazać więcej zaradności, zanim się zapyta rząd. Porozumieć się z organizacjami pozarządowymi, które są wyspecjalizowane w tego typu działaniach i są bardziej operatywne niż rząd. Jak się okazuje, przedstawiciele Polskiej Misji Medycznej dzisiaj (6 lutego) lecą na Bliski Wschód, żeby pomóc władzom Sopotu w sprowadzeniu na leczenie dziesięciu syryjskich sierot. Może nie będą to dzieci z samego Aleppo, ale – miejmy nadzieję – syryjskie dzieci przylecą do Polski, aby się leczyć i rehabilitować. Chociaż historia nieuruchomionych korytarzy humanitarnych pokazuje, że zupełnie bez rządu działać się jednak nie da. PMM również zapowiada, że musi mieć zgodę władz na przywiezienie chorych dzieci z zagranicy.

Odpowiedź, jaka nadeszła z MSWiA do Sopotu, współbrzmi z wypowiedzią premier Szydło podczas ostatniego nieformalnego szczytu UE na Malcie: „Problem migracji może być rozwiązywany tylko tam, gdzie powstaje”. To skądinąd prawda. Ktoś mi napisał na FB, że nie można wciąż tylko dowozić wody, trzeba na miejscu zbudować studnię. To też prawda. Ale zanim ta studnia powstanie, trzeba dowozić wodę, by ludzie – w oczekiwaniu na wodę ze studni – nie umarli z pragnienia. A czasami nie da się nawet dowieźć wody na miejsce. Wtedy trzeba najbardziej spragnionych przewieźć do jakiejś tymczasowej oazy.

I o to chodziło – jak rozumiem – w prośbie miasta Sopotu. Ta inicjatywa to jakby stwierdzenie: Wiemy, że w Aleppo ludzie cierpią z braku wody, zwłaszcza dzieci. A my mamy dużo wody i doświadczenie w jej dystrybucji. Zanim tam się zbuduje studnię, chętnie podzielimy się z najbardziej spragnionymi. Niech nam rząd pomoże i pozwoli to zrobić.

Trzymając się metafory wody i studni, trzeba powiedzieć: Nie, nikt nie chce przywieźć do Polski wszystkich cierpiących z braku wody. Nikt też nie chce wywieźć tam całej polskiej wody. Chodzi tylko o zaproszenie tych kilku najbardziej spragnionych: dziesięciu sierot z Syrii. O to, by choć na chwilę zabrać te dzieci z ruin, z pustyni, spod obozowego namiotu – do oazy. Tylko tyle. Nie bójmy się. Nie wypiją nam całej wody. Ani jej nam nie zarażą.