Czy jako chrześcijanie potrafimy, zamiast bronić małżeństwa, wskazać na coś pięknego, energetycznego, radosnego, możliwego tylko w nim?

Jednej z nas zdarzyło się usłyszeć mimochodem fragment rozmowy dwóch studentów. Dyskutowali o potrzebie formalizowania związków. Gdy jeden uważał takie dążenie za kompletnie niezrozumiałe, drugi bronił się, mówiąc, że jego dziewczyna bardzo nalega, i że już długo są razem. Jego rozmówca powiedział w końcu lekko zniecierpliwiony: „Po co ci małżeństwo, po co tak ryzykować?”.

Tak, to prawda, z punktu widzenia młodych ludzi, małżeństwo oznacza dziś przede wszystkim ryzyko. Niegdyś uważane za port, do którego naturalnie i zwyczajnie zawija się po burzliwych perypetiach młodości, dziś nie jest już jednak postrzegane ani jako naturalna, ludzka rzecz, na którą w pewnej chwili „przychodzi czas”, ani jako bezpieczne schronienie, w którym można osiąść, ani jako najlepszy sposób na życie razem.

Małżeństwo jest dla ryzykantów

Koncepcja małżeństwa jako bezpiecznego portu zakładała, że po czasie eksperymentów, wyszumienia się („mężczyzna musi się wyszaleć”), podróży duchowych i fizycznych dobrze jest osiąść, skończyć czas prób i błędów, zacząć żyć na poważnie. Założenie małżeństwa było dla poprzednich pokoleń oznaką dojrzałości, gotowości do przyjęcia odpowiedzialności za rodzinę, podjęcia zobowiązań.

Dziś jednak ludziom wydaje się, że zawierając związek małżeński, wiele tracimy: wolność, niezależność, autonomię działania, szansę na karierę zawodową (to znaczny, choć nie zawsze wyrażany wprost, lęk współczesnych kobiet, kojarzących wciąż małżeństwo z „przeciążeniem” kobiety w sferze domowej). Ryzykujemy, że stracimy beztroskę, prawo do zabawy, dysponowania swoim czasem i swoim majątkiem, życie towarzyskie. Być może naprawdę mamy dużo do stracenia, bo jeszcze nigdy w historii osoba ludzka — jako jednostka — nie miała takiej szansy jak dziś na wygodne życie bez innych ludzi, na urządzenie sobie własnego, komfortowego świata, zapewnienie sobie samej właściwie wszystkiego.

Przez wieki było przecież zupełnie inaczej — jednostka bez rodziny, przymierzy, solidarności z innymi nie miała najmniejszych szans na przetrwanie ani na rozwój. Oczywiście poczucie, że staliśmy się samowystarczalni, jest wielką iluzją, która rozpada się jak domek z kart w momencie, gdy los się od nas odwróci — gdyż, jak mówi Pismo, „Biada samemu, gdy upadnie, bo nie ma kto, by go podniósł”.

Odkrycie sensu małżeństwa chrześcijańskiego tak naprawdę jest dopiero przed nami

Małżeństwo jednak nie kojarzy się dziś z wejściem w jeszcze większą bliskość, lecz z podwójnym zagrożeniem. Oprócz ryzyka strat osobistych, w postaci drogich nam zasobów i wartości, być może jeszcze większym ryzykiem, jakie ponosimy, jest niestabilność zobowiązań. Ludzie często zmieniają miejsce zamieszkania, sąsiadów, parafię, a nawet swoją religię czy państwo, w którym żyją. Wiążąc się z drugim człowiekiem na dobre i złe, odważamy się polegać na miłości i przyjaźni w świecie, który w ogóle nie sprzyja podtrzymywaniu zobowiązań. Ryzykujemy tym samym ból związany z osłabnięciem więzi, zanikaniem, w końcu rozstaniem.

Jest to ryzyko tym bardziej dotkliwe, że coraz więcej młodych ludzi dorasta właśnie w takich rodzinach, które się rozpadły. Wzrost liczby rozwodów w Polsce jest silną tendencją. Jedynie w najbliższych latach, zgodnie z prognozami GUS, w Polsce rozwiedzie się ok. 600 tysięcy małżeństw. Młodzi ludzie wychowani w rozbitych rodzinach nie znają dobrych wzorców, nie widzą wokół siebie przykładów trwałych, wieloletnich relacji międzyludzkich, takich przyjaźni i miłości, które przetrwały całe życie. A przecież bycia z innymi uczymy się na podstawie dostępnych nam wzorów. Przyjaźń i miłość są w tym sensie bardzo podobne do poezji, tańca, po prostu do wielkiej sztuki — jeśli nie mamy wokół siebie „mistrzów” tej sztuki, jest nam bardzo trudno nauczyć się tworzenia odpornych na „siłę odśrodkową” relacji. Nie mamy od kogo.

Opisany na wstępie młodzieniec miał zatem sporo racji, ostrzegając kolegę. Decydując się na małżeństwo, podejmujemy ryzykowną grę z losem. Narażamy się z jednej strony na rezygnację z czegoś istotnego, na stratę, a z drugiej strony — na cierpienie, związane z przemijaniem siły relacji…

Dlatego — jeśli chcemy dotrzeć do ludzi z chrześcijańską wizją małżeństwa, przedstawić im wiarygodną „zachętę do małżeństwa” — należałoby wyjść nie tylko z przesłanek normatywnych (małżeństwo jest dobre, bo tak mówi Katechizm Kościoła czy ksiądz proboszcz; jest dobre dla państwa, społeczeństwa i dzieci), co raczej zaczynać z poziomu znacznie niższego: zwykłych ludzkich doświadczeń i przeżyć. Należałoby bardzo poważnie brać pod uwagę obawy, zagubienie i niepewność młodych ludzi, zamiast oskarżać ich o samolubstwo.

Jak zauważył jeden z niemieckich socjologów, Ulrich Beck, choć wzrasta bezpieczeństwo materialne społeczeństw rozwiniętych, jednocześnie w każdym pokoleniu zwiększa się ryzyko egzystencjalne. Innymi słowy, każde pokolenie ma szansę na życie coraz dłuższe i bardziej udane pod względem materialnym, ale jednocześnie decyzje podejmowane przez jednostki (w sprawie zawodu, pracy, związku, rodziny) są coraz trudniejsze. Dzisiejsi młodzi ludzie, zawierając małżeństwo, muszą się liczyć ze znacznie większym ryzykiem jego rozpadu niż ich dziadkowie. Muszą się liczyć z ryzykiem częstych zmian na rynku pracy, a także z ryzykiem zerwania kontaktów z dorosłymi dziećmi, co jeszcze przed kilkudziesięciu laty było nie do pomyślenia.

Dziadkowie współczesnych trzydziestolatków zawierali małżeństwa w czasie wojny lub tuż po wojnie w wielkim pośpiechu, z niepewnością, ale i niezłomną nadzieją na to, że przeżyją ze współmałżonkiem całe długie życie. Dziś patrzą na swoje wnuki i z niedowierzaniem obserwują, jak ciężko przychodzi im podejmowanie decyzji życiowych i jak bardzo podejmowane przez nich zobowiązania są kruche.

Międzypokoleniowe konflikty dotyczące wyborów młodych ludzi związanych z małżeństwem i rodziną biorą się często z braku świadomości starszego pokolenia, jak wieloma rodzajami presji jest obciążone życie ich wnuków. Istnieje presja na osiąganie sukcesu, na bycie doskonałym, modnym, nadążającym za kolejnymi trendami. Coraz mocniejszy jest kulturowy nacisk na posiadanie pięknego ciała. W kwestiach zawodowych panuje skłonność do bycia efektywnym pracownikiem, ale jednocześnie modne jest, aby spędzać dużo czasu na rozrywkach.

Czymś, co jest najtrudniej dostrzegalne dla starszych pokoleń, a co prześladuje młode pokolenia, jest problem braku sensu. Gabinety psychoterapeutów w krajach Zachodu odwiedzają tysiące całkiem młodych ludzi zmagających się z poczuciem izolacji od innych i z depresją. Wielu z nich jednocześnie doskonale wypełnia swoje liczne role społeczne i zawodowe: są wspaniałymi uczniami, studentami, pracownikami, kochankami, niekiedy już rodzicami, wolontariuszami, konsumentami itp. Mimo to, pośród tych wielu doskonale wypełnianych ról nie znajdują sensu swego życia.

Widać zatem, że u źródeł obaw przed małżeństwem kryją się lęki znacznie głębsze. My, dzisiejsi wykształceni i nowocześni ludzie, bardzo boimy się utraty czegokolwiek i cierpienia. Łatwo tracimy poczucie sensu naszych „wielkich” działań. Ukrywamy sami przed sobą fakt, że niespełnienie, strata i cierpienie naprawdę istnieją, robimy wszystko, aby się z nimi nigdy nie skonfrontować. Życie zdominowane jest przez obowiązek sukcesu, a wpadki i porażki, zwłaszcza intymne i zawstydzające, nie są zakładane. Trudno wtedy przyjąć to co inne, niewiadome, nieprzestestowane, bez gwarancji. Łatwiej jest „tylko spróbować”, w razie czego wycofać się, mówiąc, że to nie było aż tak na poważnie…

Pęknięcie iluzji o ideale

Jak w tej sytuacji powinna wyglądać „zachęta do małżeństwa”, skoro jest ono obarczone aż takim ryzykiem? Być może powinna się ona zacząć od rozbicia pewnych iluzji, nierealistycznych oczekiwań, jakie mamy od życia i od siebie samych.

Julia Child, gwiazda telewizji, autorka programów kulinarnych i najsłynniejsza nauczycielka gotowania w Stanach Zjednoczonych, kobieta odznaczona francuską Legią Honorową za zasługi dla sztuki kulinarnej, przeżyła ze swoim mężem Paulem Childem ponad 50 lat bardzo szczęśliwego małżeństwa. Było to małżeństwo bardzo dalekie od „idealnego wzorca”. Zawarli je późno — ona miała 34 lata, on był kilka lat starszy. Pochodzili z rodzin o bardzo różnych tradycjach. Nie dochowali się dzieci. Ona, jak mówi angielskie powiedzenie, „nosiła spodnie”: zarabiała znacznie więcej niż mąż. Zrobiła błyskotliwą karierę w mediach, w której mąż, znakomity dyplomata, przez całe życie wytrwale ją wspierał, będąc najważniejszym wspólnikiem i partnerem w jej wielkim kulinarnym przedsiębiorstwie. Wiele czasu byli zmuszeni spędzać z daleka od siebie, ale to im nie przeszkadzało. Mimo odbiegania od standardów, wygląda na to, że przez 50 lat małżonkowie Julia i Paul Child znakomicie się ze sobą bawili. Świadczy o tym uroczy zwyczaj tej pary, mianowicie co roku w Walentynki wysyłali do swoich licznych przyjaciół najnowsze zdjęcie obojga, w wannie pełnej piany, z podpisem: „Jest cudownie. Szkoda, że Was tu nie ma!”

Wiele daje do myślenia w tej całej historii dystans tych dwojga do siebie samych i gotowość do przyjęcia życia takiego, jakim ono jest. Być może też po prostu wiedzieli, że nie powinni oczekiwać od siebie zbyt wiele, a zwłaszcza tego, co jest po prostu niemożliwe.

Może dopiero w świecie po emancypacji i wyzwoleniu kobiet — łatwiej dotrzeć do istoty małżeństwa?

Tymczasem większość młodych ludzi żywi dziś wobec swoich ukochanych gigantyczne wprost wymagania, które dotyczą szczególnie przyszłego współmałżonka. To rodzaj warunkowej zgody na związek — pod warunkiem, że będzie idealny. Niegdyś nie oczekiwano aż tak wiele od jednej osoby, ponieważ rodziny nie były tak małe i izolowane od innych. Potrzeby psychiczne, ekonomiczne, wspólnotowe można było realizować nie tylko w małżeństwie, ale w szeroko rozumianym kręgu krewnych i znajomych. Więcej było spotkań, sposobów spędzania czasu i wzajemnego wsparcia, wymiany doświadczeń w środowiskach męskich czy kobiecych, synchronizowanych przez wspólną pracę, wyprawy, zajęcia okresowe, święta religijne, wydarzenia rodzinne. Rytuały i obyczaje dawały pewną przewidywalność realizacji, np. potrzeb towarzyskich. Dziś wiele z tych potrzeb ma spełniać wyłącznie współmałżonek. Jest to wielkie obciążenie, które często prowadzi do rutyny i znudzenia sobą.

Dzisiejsze spotkania z innymi są bardziej warunkowane pracą niż rytuałem. Spotkania w granicach jednej płci — służące wymianie myśli i potrzeb, międzypokoleniowych doświadczeń, przepracowania przeżyć — zostały bardzo zredukowane. W praktyce oznacza to większy ciężar spoczywający na współmałżonku, który coraz częściej powinien równocześnie wypełniać role na kilku płaszczyznach: przyjacielskiej, romantycznej, erotycznej, wsparcia ekonomicznego, duchowego, towarzyskiego, współrodzicielskiego i jeszcze paru innych. W historii małżeństwa ta sytuacja jest nowa i brak nam wypróbowanych zasad. Otwarte pozostaje pytanie, czy spełnienie wszystkich marzeń jednej osoby jest możliwe i czy w ogóle temu służy małżeństwo.

Nie da się także dać wszystkim równych szans, choć można je poszerzyć. Realnie może się to jednak wiązać również z ujednoliceniem wymagań wobec ludzi, którzy te wymagania nie zawsze będą mogli, chcieli czy potrafili spełnić — co więcej, być może byliby szczęśliwsi, gdyby mogli zachować swoją odmienność.

W przypadku małżeństwa radykalna demokratyzacja może przynieść fatalne skutki. Dobre wspólne życie pary nie jest jednoznaczne z równym podziałem obowiązków i praw. Niekiedy narzucanie demokratycznej wizji małżeństwa może zachwiać związkiem, który na własny sposób wypracował wspólne i dogodne dla siebie zasady życia. Małżeństwo może mieć swoje priorytety, własną hierarchię wartości i potrzeb, która nie wyraża się w równości obowiązków czy przywilejów. Dzisiejsza demokratyzacja małżeństwa narzuca z góry pewne ujednolicenie. Przypomina to sytuację, w której każde z małżonków — w ramach bycia correct — ma dostać pół piętki chleba, by było sprawiedliwie; tymczasem jedno z pary lubi dostawać piętkę, a drugie właśnie nie.

Pęknięcie iluzji o wiecznej rozkoszy

Młodsze pokolenia są coraz bardziej przyzwyczajone do zasady życia mówiącej, że ważne i dobre jest to, co ekscytujące. Spokój, brak wielkich wydarzeń, wydaje się końcem przeżyć. W świecie rozwiniętym nie ma globalnych wojen, nie ma rewolucji, więc trzeba na własną rękę szukać niespokojności, dziwności, krańcowych wrażeń. W rezultacie „szare” życie codzienne wydaje się nudne i mało wystarczające, stąd próby „sprawdzania” możliwości, a także życia życiem innych ludzi — także wymyślonych (niczym marzenie o własnej telenoweli).

Horyzontu oczekiwań wobec małżeństwa nie wytycza już tylko doświadczenie własne czy swojej rodziny i znajomych, ale bardziej niż kiedykolwiek: rozrywka, show business, film i literatura. Bohaterowie filmowi pozornie ukazują życie, realnie — stanowią zlepek atrakcyjnych, chwytliwych emocjonalnie kawałków migotliwej mozaiki. Codzienność nigdy nie odpowiada tempu filmu ani idealnemu wizerunkowi ciał bohaterów wybranych na wielu castingach. Za sprawą mediów bardzo na przykład wzrosły oczekiwania wobec fizycznej strony ewentualnych kandydatów do małżeństwa oraz własnej osoby. Filmy z pięknymi bohaterami wydają się podpowiadać, że najważniejszą zaletą w codziennym życiu w jego trudnościach, obowiązkach, wysiłkach, niepowodzeniach i staraniach — jest wygląd zewnętrzny, dopracowany do perfekcji. Idealne, a najlepiej „nieśmiertelne” ciało ma zaś stanowić gwarancję szczęścia i rozkoszy niezależnie od sytuacji szczegółowych.

Niegdyś często zawierano małżeństwa w niewielkim stopniu oparte na „odczuciu” miłości, a bardziej na wspólnocie nawyków i wartości, szacunku i przyjaźni, zrozumienia i oparcia; dziś oczekuje się przede wszystkim „gorącej” miłości. Niegdyś chyba za mało mówiło się o małżeństwie w kontekście miłości, dziś można odnieść wrażenie, że małżeństwo zaczyna się i kończy na samych uczuciach, które zmieniając się bez przerwy, pociągają za sobą jak lawina cały świat tych dwojga. Oczekuje się emocji, w nieustająco mocnym natężeniu, jako podstawy związku. Tymczasem uczucia nie są jedynym elementem dobrego małżeństwa.

Kiedyś uznawano, że miłość w małżeństwie nie jest konieczna; dziś jawi się ona jako jedyny ważny punkt. Odwrotną stroną medalu jest więc niepewność i „otwarta furtka” przy większych wątpliwościach. Czy warto być razem, skoro uczucia się ze swej natury zmieniają, a czasem wypalają? Jak w ogóle być razem, skoro istnieje realna możliwość zmiany uczuć po obu stronach i w każdej chwili?

Małżeństwo jest możliwe, bo człowiek jest osobą potrzebującą relacji i trwałych więzi

Uznaje się, że małżeństwa tradycyjne były trwalsze. Jednak co było ich podstawą? Wydaje się, że w dużej mierze wynikało to ze względów ekonomicznych, pewnej kontroli społecznej, która zobowiązywała do stałości związków, nawet jeśli była to stałość względna. Szeroko rozumiana rodzina wspierała małżeństwo nie tylko emocjonalnie, ale i towarzysko, również wymagając, szczególnie od mężczyzny, zawarcia małżeństwa w przypadku dłuższej znajomości i wspólnego spędzania czasu z kobietą. Dziś chęć wsparcia ze strony społecznej uznaje się za zamach na wolność, nie wydaje się jednak, aby ludzie byli dzisiaj szczęśliwsi, marnotrawiąc uczucia swoje i innych, oferując swoją obecność bez żadnych zobowiązań. Kobiety mają dziś nieograniczoną wolność w przyjmowaniu mężczyzn, którzy ich nie szanują, nie chcą bliżej poznać ani przyjąć do swego życia.

Być może kiedyś żądano zbytniej jednoznaczności i deklaratywności, jednak dziś bez żadnych konsekwencji za dopuszczalne uznawane są wszelkie zachowania, nawet te bolesne dla drugiej strony. W rezultacie jedni ludzie mają prawo do wolności niedeklarowania się i nieprzyjmowania zobowiązań, inni ludzie — najczęściej kobiety — wiedzą, że nie mogą ograniczać wolności innych. Niechęć do uczuciowej jednoznaczności może prowadzić do trwających długo, ale dość iluzorycznych związków, które zajmują przestrzeń, czas, uczucia, jednak strony nie przyjmują w nich odpowiedzialności za drugą osobę.

Ratunek w tradycji?

Tak zwane „małżeństwa tradycyjne” mogą występować w wielu kulturach i religiach za każdym razem inaczej, zatem małżeństwo tradycyjne to niekoniecznie małżeństwo chrześcijańskie. W historii chrześcijańskiego nauczania o małżeństwie, z Nowego Testamentu najchętniej cytowano zalecenie posłuszeństwa żony wobec męża. Jednak przemilczano już to, że Biblia zalecała też mężom wierność i absolutne oddanie żonie, podczas gdy kultura świecka uczyła, że wierna ma być tylko żona, a mężczyzna potrzebuje się wyszumieć. Chrześcijaństwo wskazywało małżeństwo jako stan łaski, kultura mówiła częściej o interesach rodu, posłuszeństwu rodzinie. W dzisiejszych czasach natomiast jeszcze mniej się mówi zarówno o łasce, jak i o obowiązkach.

W kulturze traktowano również małżeństwo jako swoisty korytarz przechodni do posiadania dzieci bądź bliskości danej osoby. Jednak dziś państwo potrafi znaleźć formy zabezpieczenia praw dzieci, wspierać samotne matki, zaś społeczeństwo nie oczekuje tak jednoznacznych zobowiązań. Po co więc małżeństwo? Być może w sytuacji, w której małżeństwo nie jest ani ekonomicznym lądowiskiem, ani nie jest wymagane jako „mandat” do posiadania dzieci, łatwiej będzie zastanowić się nad jego wartością samą w sobie, niezależnie od kwestii przetrwania jednostki czy reprodukcji gatunku?

Wydaje się, że na kryzysie małżeństwa zaważyło też swoiste lekceważenie jego znaczenia i wartości. Przez całe wieki uznawano je za równie oczywiste jak jedzenie i picie, ale przecież trudno do tak „naturalnych” spraw zachęcać — raczej wskazywano zatem na konieczność ograniczeń, umiaru i na wyższe funkcje. W rezultacie zauważano wspaniałość małżeństwa głównie wtedy, gdy jedna strona znosiła niewygodne cechy współmałżonka, najczęściej — żona wady męża.

Czy jako chrześcijanie potrafimy, zamiast bronić małżeństwa, wskazać na coś pięknego, energetycznego, radosnego, możliwego tylko w nim?

Niegdyś schemat małżeństwa, także chrześcijańskiego, był prosty: mąż miał zapewniać finanse żonie i dzieciom, ona budowała dom — zapewniała ciepło rodzinne, pozytywne emocje, wsparcie psychiczne, w miarę potrzeb wyciszanie negatywnych emocji męża. W praktyce taka żona była jednak niewładna w kwestii decyzji, samodzielności ekonomicznej i prawnej. Żyła nie swoim życiem, a wyłącznie życiem męża i dzieci, a mąż realizował swe potrzeby „poprzez” żonę. Dzisiaj w Polsce, a w wielu krajach znacznie wcześniej, zasady te przestały już wystarczać. Przyczyniły się do tego m. in. czasy powstań, wojen, wstrząsów ekonomicznych, awans społeczny kobiet.

Szczególnie w związku z przemianą sytuacji kobiet, widać dziś w krajach rozwiniętych różne próby stworzenia nowych zasad małżeństwa. Proponuje się nowe rozwiązania. Jednym z propagowanych schematów jest perspektywa lewicowa — założenie radykalnej demokratyzacji wszelkich wspólnot, a więc także małżeństwa. Każdej osobie usiłuje się przyznać pewne prawa, każda osoba jest jednostką — podmiotem prawa. Koncepcja lewicowa może chronić w przypadku większych nadużyć, jednak czy daje możliwość tworzenia wspólnoty?

Czeka nas przyjęcie „ludzkiego” aspektu małżeństwa: jego niedoskonałości, grzeszności, nieporadności dwojga

Sęk w tym, że jesteśmy uczeni dochodzenia swoich praw w sklepie, w urzędach, instytucjach, jednak nie za bardzo umiemy wyrażać naszą ludzką bezbronność i nasze ludzkie potrzeby bycia kochanym; pragnienia, by ktoś przyjął wobec nas zobowiązanie wierności niezależnie od upływu czasu, aby ktoś chciał naszego wsparcia w trudnościach, niezależnie od własnych słabości, aby ktoś nie obawiał się, że wybrana osoba lada moment spotka kogoś, kto bardziej poruszy jej uczucia. Niegdyś uczciwością określano wierne trwanie przy przyjętym zobowiązaniu, dziś można usłyszeć, że młoda para w ramach uczciwości zamierza się wzajemnie informować o każdej sytuacji, gdy atrakcyjna wyda się inna osoba…

„Wolność” kojarzy się przede wszystkim z brakiem zobowiązań (naszych czy istniejących wobec nas) nie umiemy jednak godzić wolności z byciem we wspólnocie, która z natury — jak każda miłość, przyjaźń i życie wspólne — wytycza horyzont wolności. Wydaje się, że pragniemy dziś więcej wolności niż jesteśmy w stanie znieść i niż jest to dla nas samych dobre.

Jednocześnie, w wieku wielkiej tolerancji, nie umiemy znaleźć tolerancji, cierpliwości i pokory wobec własnych (i innych ludzi) ułomności, przemian, etapów. To, na co kiedyś przymykano oko i tolerowano, nazywamy fałszem i nie jesteśmy w stanie zdobyć się na jakąkolwiek tolerancję. To, co chcemy tolerować dzisiaj, przynosi nieraz znacznie więcej nieszczęścia niż dawna tolerancja lub dawny jej brak.

Jeszcze inną wersją „nowych zasad małżeństwa”, bardziej romantyczno-terapeutyczną, jest propozycja new age. Sięgając do pomysłów Junga, w popularnej wersji psychologii i terapii propaguje się wiarę w „idealnie dopasowane połówki”, które w końcu spotkają się i osiągną jedność, nirwanę, doskonałe stopienie się. Celem staje się więc wzajemne dopasowanie, coraz doskonalsza komunikacja, którą osiąga się różnymi technikami i coraz to nowymi sposobami. Lekarstwem staje się jakaś metoda, technika, schemat działania.

Taka wizja małżeństwa jako drogi duchowej wydaje się bardzo ponętna — zdaje się, że za pomocą odpowiedniej komunikacji, dwunastu kroków, dziesięciu rad, siedmiu wskazówek można osiągnąć wymarzony wyższy poziom w każdej ze sfer życia małżeńskiego, począwszy od perfekcyjnej komunikacji do doskonałego seksu w stylu tao, tantry czy innych wytyczanych kierunków marzeń. To rodzaj gnozy — wiedza ma zbawiać, ratować, określać osobę całkowicie Wystarczy więc wiedza o dobrym żywieniu i gimnastyka, by wszyscy mieli idealne ciało; wiedza z muzyki i trening, by wszyscy grali na skrzypcach; wystarczą wytyczne do idealnego seksu i wytyczne do doskonałej rozmowy. To prawda, że wiedza jest potrzebna, jednak założenie, że wiedza i trening na pewno zaprowadzą każdego do nagrody Nobla, złotego medalu i idealnego małżeństwa nie uwzględnia ani różnorodności potrzeb czy talentów, ani pragnień ludzi. Małżeństwo nie jest konkursem — ani piękności, ani sprawności erotycznych, ani możliwości intelektualnych pary.

Małżeństwo przed nami

Co na to mogą powiedzieć chrześcijanie? Jeśli naprawdę badamy tradycję chrześcijańską, to widzimy, że małżeństwo rzadko było opisywane jako stan godny przyjęcia czy obdarzony szczególnymi łaskami, jako „coś ekstra”.

W katolicyzmie małżeństwo — mimo że było uznawane za sakrament, czyli źródło szczególnej łaski Bożej — najczęściej pojawiało się w kontekście wymagań wierności, wychowania dzieci, naturalnych metod planowania rodziny a najlepiej w kontekście szczytnej rezygnacji z niego na rzecz wyższego stanu życia, określanego jako Bogu poświęcone. W protestantyzmie wprawdzie nie zalecano rezygnacji z małżeństwa dla oddania się Bogu, jednak małżeństwo nie jest już tam znakiem łaski, jednym z uprzywilejowanych sakramentów, tylko wydarzeniem prywatnym i zazwyczaj bez większych trudności można je rozwiązać. Być może najbardziej zachowało małżeństwo swój szczególny status — jako miejsca spotkania z Bogiem — w prawosławiu. Prawosławni, niezależnie od wymagania celibatu mnichów i biskupów, uznają małżeństwo za sakrament i znak wielkiej łaski.

Dlatego być może odkrycie sensu małżeństwa chrześcijańskiego tak naprawdę dopiero jest przed nami. Może paradoksalnie dopiero teraz — w świecie po rewolucji seksualnej, po emancypacji i wyzwoleniu kobiet — łatwiej będzie można dotrzeć do istoty małżeństwa? Czeka nas przyjęcie „ludzkiego” aspektu małżeństwa: w jego niedoskonałości, drodze, zmienności, grzeszności, nieporadności dwojga niedojrzałych, zmiennych, rozwijających się osób — o równej godności i talencie do miłości. Kojarzono przez wieki małżeństwo tylko z dogadzaniem ciału, uważano za niższe powołanie, związane z przyjemnościami krótkotrwałymi. Wyżej stawiano ideały ascetyczne. Małżeństwo było dopuszczalne, ale nie stanowiło jakiegoś wydarzenia duchowego, o które warto zabiegać. Z trudem zauważano, że samo trwanie małżeństwa zawiera pewien rodzaj ascezy, stawia nieustające wymagania duchowe i — jak każde życie wspólne — nie jest ani oczywiste, ani idealne.

Chrześcijan dopiero czeka zatem odkrycie głębokiego duchowego ascetyzmu małżeństwa (czyli decyzji dotyczących stabilności swoich zobowiązań w codzienności). Ascetyzm ten, niezależnie od zmian i uwarunkowań, do tej pory uchodził uwadze teologów. Czeka nas też odkrycie wielkiej roli ciała — energii cielesnej i miłości okazywanej przez ciało — w uświęcaniu się na co dzień; odkrycie roli ciała w otwarciu na małżonka i poznawaniu się wzajemnym, do czego tak mocno zachęcał Jan Paweł II w swoich sławnych katechezach dla małżonków. Być może będzie to nawet rodzaj rewolucji — w sytuacji, gdy bardzo wielu katolików wciąż nie jest w stanie dostrzec niesamowicie radosnej i pozytywnej energii, jaką obdarzać się mogą małżonkowie nie tylko dzięki miłości fizycznej, ale i najszerzej pojętej zmysłowości.

Można się zastanawiać, na ile doszliśmy w ogóle do pojmowania małżeństwa jako trwałej więzi dwóch różnych osób. Niegdyś ważniejsze były związki narodowe, plemienne, stanowe, rasowe. Być może aktualny stan małżeństwa sprzyja uznaniu, że umiejętność bycia razem — bez względu na różne wydarzenia i własną niedoskonałość — nie jest człowiekowi przyrodzona, ale mimo to warto być razem. Bo przecież człowiek rzeczywiście poznaje i rozwija siebie jedynie w spotkaniu z kimś, nie zaś w kokonie oddzielności, chroniącym od zranień i zobowiązań.

Na koniec warto zastanowić się, jakie czynniki mogą sprzyjać i wspierać małżeństwo chrześcijańskie w dzisiejszych, trudnych dla niego czasach. Wydaje się, że są to przede wszystkim dobry wzór i towarzystwo innych małżeństw. Trudno chcieć czegoś, czego się nie widziało, trudno realizować coś, co nie wiadomo, czy i jak jest możliwe. Krytykowanie par, które unikają trwałych związków, nie leczy obaw i złych doświadczeń. W takich sytuacjach pomocna jest raczej bliskość rodzin, które wzajemnie wspierają się w dobrej atmosferze, sposobach spędzania czasu rodzinnie, mają zrozumienie dla własnych i innych małżeńskich etapów życia.

Taki styl życia propagują — w różnych formach — nowe ruchy katolickie, jak Equipes Notre Dame, Spotkania Małżeńskie, Domowy Kościół, Chemin Neuf, Wspólnota Błogosławieństw czy Opus Dei. Podobnie jak osoby o wspólnych celach czy zainteresowaniach wpływają na siebie twórczo i wspierają się samą swą obecnością, tak małżeństwo otoczone innymi małżeństwami bardziej realnie widzi swe problemy i sukcesy. W otoczeniu większości osób po rozwodach, żyjących w separacji czy zdeklarowanych singli nie ma łatwej drogi dla stabilnego bycia razem.

Ważne jest ukazywanie (już dzieciom i młodzieży) małżeństwa jako zobowiązania, jako formacji, jako przyjaźni, jako miłości widzianej nie tylko przez pryzmat poruszenia uczuć. Małżeństwo — jak wszystko, co trwałe — ma przecież swoje etapy rozwoju, nie jest tylko układem opartym na przyjemności, „rozwiązywanym na każde życzenie jednej ze stron” (taką formułę podpisywano w wersji komunistycznej).

Dzisiejsze kobiety i dzisiejsi mężczyźni mają takie samo pragnienie harmonijnego łączenia twórczości, pracy i życia domowego. Ważny jest też pewien dystans do siebie samego i swoich celów, pogodna zgoda na różnorodność i zmienność w małżeństwie, danie sobie przestrzeni bez narzucania uszczęśliwiających recept ze strony państwa czy środowiska. Porady i próby pomocy małżeństwu z zewnątrz proponują niekiedy leczenie gorsze od choroby.

Być może jedną z najważniejszych spraw jest głębsza refleksja nad sensem małżeństwa — z szacunkiem do rodziny, ale bez myślenia, że małżeństwo jest tylko dodatkiem do rodziny, podstawowej komórki społecznej. Dzieci nie są jedynym celem małżeństwa. To skądinąd prawda, że w dobrych małżeństwach lepiej się chowają dzieci, mężczyźni i kobiety są zdrowsi, domy bardziej zadbane, a społeczeństwo żyje spokojniej — ale to raczej skutki uboczne. Małżeństwo to niewidzialna rzeczywistość duchowa, to coś więcej niż tylko jego społeczne i ekonomiczne owoce. Małżeństwo jest możliwe, bo człowiek jest osobą potrzebującą relacji i trwałych więzi. W ogóle — niedobrze, by człowiek był sam.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” 2009 nr 11-12.