Wszystko zaczęło się w 1968 roku, w pamiętnym czasie studenckiej kontestacji na Zacho­dzie. Grupka licealistów i studentów postanowiła wtedy zrobić coś kon­kretnego dla najuboższych mieszkańców rzymskich przedmieść, biorąc serio wezwanie Ewangelii.

Modlitwa i braterstwo

Późnym wieczorem w dzień powszedni pustoszeją wąskie uliczki sta­rego Zatybrza. Tylko w zaułku przed barokową fasadą kościółka Sant’Egidio, parę kroków od słynnej bazyliki Santa Maria in Trastevere (tytularny kościół rzymski kardynała Glempa), gromadzi się sympatyczny, gwarny tłum, w którym przeważają młodzi ludzie, w kurtkach lub długich zielonych płaszczach, z szalikami owiniętymi wokół szyi. Punktualnie o godzinie 20:30 dwoje młodych otwiera drzwi od kościoła i tłum z ulicy w ciągu paru minut wypełnia go po brzegi. Wnętrze niewielkiej świątyni (przypominającej trochę warszawski kościół Świętego Marcina) byłoby surowe — na ścianach nie ma bowiem żadnych fresków ani złoceń, tak typowych dla wielu rzymskich kościołów — gdyby nie niezwykły efekt cie­pła i sakralności, jaki dają dyskretnie podświetlone ikony, zawieszone na tle szarego płótna, a przedstawiające Chrystusa i Jego Matkę. We wnęce po prawej stronie wielka czarno-biała fotografia kloszarda — to ołtarz „povero di Dio” (wł. bożego biedaka).

Wieczorną modlitwę rozpoczyna silny, dynamiczny śpiew pieśni na wejście. Potem dwa psalmy, śpiewane przepięknie, jak to tylko Włosi potrafią, na dwa głosy, przez mężczyzn i kobiety. Młoda dziewczyna czyta Ewangelię po hiszpańsku, potem mężczyzna — po włosku. Dopiero w tym momencie „na scenie” pojawia się kapłan: czarny biskup z Afryki wygłasza krótką homilię, której zebrani wysłuchują w wielkim skupieniu. Potem modlitwa powszechna: poszczególne intencje wypowiadane są spontanicznie z różnych miejsc, po nich śpiew Kyrie eleison. Ojcze nasz, pieśń na zakończenie, błogosławieństwo. Modlitwa trwała trzydzieści minut. Po wyjściu, na ulicy, znów rozmowy, serdeczne powitania, grupki osób nie rozchodzą się długo. Wrażenie, któremu trudno się oprzeć: oto młody, żywy Kościół, który jest prawdziwą wspólnotą.

Wspólnota działa według zasady: „rozpoznać w ubogim twarz Jezusa”

Tak właśnie się nazywają: Comunità di Sant’Egidio. Wszystko zaczęło się w 1968 roku, w pamiętnym czasie studenckiej kontestacji na Zacho­dzie. Grupka licealistów i studentów postanowiła wtedy zrobić coś kon­kretnego dla najuboższych mieszkańców rzymskich przedmieść, biorąc serio wezwanie Ewangelii. Pierwszą formą ich działalności były przed­szkola, a nawet szkoły podstawowe, organizowane w zaniedbanych, pery­feryjnych dzielnicach Rzymu. Dziś, po dwudziestu pięciu latach, nie ma już takiej potrzeby, bo system państwowej oświaty objął równomiernie wszystkie dzielnice — przestawili się więc na służbę „nowym ubogim”: kloszardom, emigrantom, chorym psychicznie, ludziom starym odrzuca­nym przez społeczeństwo konsumpcyjne. W swoim działaniu kierują się dewizą: „rozpoznać w ubogim twarz Jezusa”. Nawiązują z człowiekiem potrzebującym więź osobistą i nie ograniczają się do udzielenia mu jed­norazowej pomocy, ale dążą do zmiany warunków jego życia. W tym celu zdobywają wiedzę na temat konkretnych problemów, z którymi mają do czynienia, a także dzielą się doświadczeniami w małych grupach. Wszyst­kich członków wspólnoty, którzy prowadzą normalne życie zawodowe, a także rodzinne (przy czym niektórzy dobrowolnie decydują się na celibat) w świecie, łączy braterska więź, wyrażająca się między innymi w codzien­nej wspólnej modlitwie wieczornej w kościółku na Zatybrzu. Wspólnota Sant’Egidio rozrasta się. W Rzymie, gdzie się narodziła i gdzie znajduje się jej centrum, liczy dziś 8 tysięcy osób. W całym świecie — 15 tysięcy [na początku 2017 roku wielkość Wspólnoty szacuje się już na 60 tysięcy osób — red.].

„Nie jesteśmy nastawieni misyjnie — mówi Francesco Dante, jeden z koordynatorów — i nie zakładamy z własnej inicjatywy nowych wspólnot za granicą, ale przyjaźń z młodymi ludźmi z innych krajów owocuje. Odwiedzają nas w Rzymie, a potem – po powrocie do swego miejsca zamieszkania — idą w nasze ślady. Braterstwo przeżywamy bardzo kon­kretnie: odwiedzamy się, piszemy do siebie listy. Kontakty są bardzo ser­deczne”.

Od kilku lat Wspólnota Sant’Egidio prowadzi też działalność na rzecz pokoju i pojednania. Zrodziła się ona w naturalny sposób z pewnej kon­kretnej potrzeby. Otóż odwiedził ich kiedyś w Rzymie pewien ksiądz z Mozambiku. Potem napisał do nich list i nawiązała się korespondencja. Kiedy w 1985 roku Mozambik dotknęła wielka susza i klęska głodu, ksiądz napisał z prośbą o pomoc. Zorganizowali w Rzymie zbiórkę żyw­ności i lekarstw na dużą skalę — pierwszy transport wysłano samolotem, następny to był już „statek życia”. Z czasem kontakty z Mozambikiem sta­wały się coraz bliższe, zarówno z Kościołem katolickim, jak z przedstawi­cielami lokalnych władz (ze względu na konieczność organizowania transportów). To nasunęło myśl, aby podjąć próbę poprawy kontaktów między Kościołem a państwem, rządzonym przez wrogo nastawioną do religii partię marksistowską Frelimo. Następnym krokiem była mediacja pomiędzy dwoma partiami prowadzącymi od lat krwawą i wyniszczającą kraj wojnę domową, Frelimo i Renamo. W 1990 roku Sant’Egidio organi­zuje w Rzymie kolokwium na rzecz pokoju, w którym biorą udział obie zwaśnione strony (opozycyjna partia Renamo po raz pierwszy zgodziła się wówczas na dialog). Wreszcie w 1992 roku dochodzi do porozumienia o zawieszeniu broni i wspólnych wyborach.

Inna inicjatywa Sant’Egidio to słynne „międzyreligijne modlitwy o pokój”. W ten sposób realizują prośbę papieża Jana Pawła II wyrażoną w Asyżu w 1986 roku, by kontynuować takie spotkania. Następne spotkania są już organizowane przez Sant’Egidio w różnych europejskich stolicach (w Warszawie w 1989 r.). Sant’Egidio pragnie stykać ze sobą ludzi, którzy sami z siebie nigdy by się zapewne nie spotkali. Na przykład na ich zapro­szenie muzułmanie wzięli ostatnio udział w międzynarodowej pielgrzym­ce do Oświęcimia, gdzie mogli naocznie zetknąć się z problemem Holokaustu — zagłady Żydów.

Służba ludziom ubogim jest wyborem (charyzmatem) całej wspólno­ty

Wspólnota Sant’Egidio została w 1986 roku zatwierdzona przez Stoli­cę Apostolską jako stowarzyszenie świeckie, na którego czele stoi prze­wodniczący (człowiek świecki). Do wspólnoty należą także księża (wielu z nich wstąpiło jako świeccy i dopiero tutaj odkryło powołanie). Formacja nowych członków prowadzona jest zarówno przez księży, jak przez świec­kich. Służba ludziom ubogim jest wyborem (charyzmatem) całej wspólno­ty, a nie poszczególnych osób. Do Sant’Egidio przychodzą dziś młodzi ludzie z różnych warstw i środowisk — zdarzają się tacy, którzy do tej pory w swoim życiu nie mieli żadnego kontaktu z ubóstwem, ale także i tacy, którzy nie mają pojęcia o Ewangelii (a nawet nieochrzczeni). Wszyscy muszą jakiś czas w tygodniu poświęcić na pracę z ubogimi.

Nikogo nie urazić w ludzkiej godności

Stołówka przy via Dandolo na Zatybrzu, prowadzona przez Wspólno­tę Sant’Egidio, jest jedną z trzech darmowych jadłodajni na terenie Rzy­mu („Caritas” prowadzi stołówkę na Primavalle, a siostry Miłosierdzia od Matki Teresy — na terenie Watykanu). Dyżurni stojący w bramie każdej zbliżającej się osobie bez pytania wręczają mały bilecik — kupon na dzi­siejszy posiłek. Ja też machinalnie wyciągam rękę i po chwili wchodzę z kuponem do środka, na niewielki dziedziniec, wypełniony ludźmi. Są to głównie młodzi mężczyźni o różnych odcieniach i kolorach skóry, wielu Afrykańczyków i Azjatów — większość ubrana czysto i ładnie, w dżinsowe kurtki i adidasy. Tu i ówdzie „rodzynki”: brodaci kloszardzi, bardzo stare, zaniedbane kobiety. Na ścianie domu wywieszone jest menu na dzień dzi­siejszy: makaron z sosem pomidorowym, hamburger ze szpinakiem, chleb, jabłko lub pomarańcza. Stołówka czynna jest od godziny 1630 do 2030. Z dziedzińca wchodzi się na korytarz, a tu w drzwiach znów stoją dyżurni, którzy stopniowo wpuszczają na salę, w miarę jak zwalniają się miejsca przy stolikach. Dwie sale mogą pomieścić jednorazowo kilkadzie­siąt osób, stoliki są cztero- i ośmioosobowe. Dyżurni „kelnerzy” (są nimi członkowie Wspólnoty) zapraszają kolejną osobę i odprowadzają na samo miejsce. Każdy jest obsłużony przy stole, nie trzeba stać i czekać w żadnej kolejce. „Zachowujemy się wobec naszych gości tak, jak chcieliby­śmy, aby nas traktowano, gdybyśmy się znaleźli w podobnej sytuacji — tłumaczy mi Francesco. — Nikt tutaj nie jest dotknięty w swojej ludzkiej godności”. Włosi jedzą w osobnej sali, ponieważ zdecydowana większość z nich to kloszardzi — ich zachowanie i wygląd odbiega od normy i chodzi o to, by uniknąć zadrażnień.

Dom przy via Dandolo został zakupiony przez Wspólnotę i odpowied­nio zaadaptowany — na górnych piętrach mieści się szkoła języka włos­kiego dla cudzoziemców, a także ośrodek szkolenia zawodowego, gdzie można zdobyć fach stolarza bądź hydraulika. Dom obsługiwany jest przez członków Wspólnoty, ale samo prowadzenie stołówki wymaga ogromnych nakładów finansowych. Żywność kosztuje dziennie około 6 milionów lirów (licząc najskromniej po 5000 lirów od osoby, a wydaje się przecięt­nie 1200 posiłków dziennie), do tego trzeba doliczyć talerze i kubki jed­norazowego użytku, kosze do roznoszenia owoców, sztućce, środki czystości itd. Władze miejskie dają pieniądze, które starczają na wydawa­nie posiłków cztery razy w tygodniu. Członkowie Wspólnoty mogliby obsługiwać stołówkę nawet siedem razy w tygodniu. Dlatego szuka się innych źródeł finansowania, prywatnych.

Większość odwiedzających stołówkę to emigranci z Trzeciego Świata — głównie z Somalii, Etiopii, krajów Maghrebu, często ludzie kompletnie zagubieni, nie znający języka włoskiego, bez dokumentów i stałego adresu. Dla tych prowadzi się pocztę: rodziny mogą pisać do nich na adres Via Dandolo 10. Nazwiska osób, do których nadeszły listy, wywieszane są na tablicy w podwórzu. Każdy może też dostać legitymację „podopiecz­nego” — wystarczy podać imię, nazwisko i przynieść zdjęcie. Taka le­gitymacja przydaje się osobom bez odpowiednich dokumentów i zameldowania, kiedy zaczepi je policja.

Dla bezdomnych emigrantów Sant’Egidio prowadzi schronisko pod nazwą „Namiot Abrahama”, mieszczące się w starym, trzypiętrowym domu na Zatybrzu. Raz w tygodniu potrzebującym wydaje się ubrania, dlatego wśród stałych bywalców stołówki na via Dandolo nie spotyka się ludzi obdartych.

[…] Praca z ubogimi, którymi są dziś w Rzymie albo bezrobotni emigranci, albo włoscy kloszardzi, wymaga duchowej siły, ale też fachowego przygo­towania. Dlatego ekipa odpowiedzialna za stołówkę spotyka się co 15 dni, by wymienić doświadczenia i przedyskutować problemy. Obserwuje się, kto przychodzi do stołówki, a także, jakie zmiany zachodzą w gościach od chwili, gdy przekroczą bramę. Zapraszani są też eksperci z różnych dzie­dzin, którzy mówią o analogicznych zjawiskach w innych krajach czy w dawnych epokach.

Oryginalną formą pomocy ludziom bezdomnym jest nawiązywanie z nimi przyjaźni

Rozmawiam z jednym z członków Wspólnoty pełniącym akurat dyżur w stołówce. Franco, lat 37, żonaty (żona też jest we Wspólnocie), z zawodu bibliotekarz, oprócz stałych popołudniowych dyżurów w stołówce zajmuje się rzymskimi Cyganami — odwiedza ich, załatwia dla nich różne sprawy. Jego żona, z zawodu asystentka socjalna, we Wspólnocie odpo­wiedzialna jest za duszpasterstwo kobiet i posługę starym ludziom na przedmieściu Primavalle (dobrze zna siostrę Urszulę). Franco i jego żona starają się, by życie rodzinne nie oddzielało ich od Wspólnoty, dlatego utrzymują bliską więź z kilkoma innymi rodzinami i zastępują się wzajem­nie przy małych dzieciach, tak by matki mogły brać udział w wieczornej modlitwie. W Sant’Egidio są także celibatariusze. Niektórzy z nich miesz­kają w małych wspólnotach. „Każdy szuka u nas własnej drogi — mówi Franco — i dokonuje wyboru w pełnej wolności. Kilku z naszych przyja­ciół wybrało kapłaństwo. Kiedy wstępowali do Wspólnoty, nie wyobrażali sobie nawet, że mogą pójść taką drogą…”.

Franco jest we Wspólnocie od 18 lat. Był jeszcze licealistą, kiedy zaczął po szkole pomagać w nauce dzieciom z ubogiej dzielnicy Cinodromo, za bazyliką Św. Pawła. Wkrótce potem „odkrył” Primavalle, gdzie podjął pracę z dorastającymi chłopcami. Były to lata siedemdziesiąte, narkotyki dopiero się we Włoszech zaczynały. Młodzież była trudna, bez pracy, często po poprawczakach, z rodzin rozbitych. Franco i jego przyja­ciele zajęli się dokształcaniem młodych ludzi, by łatwiej mogli znaleźć pracę. Z niektórymi z nich zaprzyjaźnili się. Dziś do Wspólnoty wstępują też prości chłopcy ze środowisk robotniczych. Pozostając w swoim środo­wisku, otrzymują formację duchową, która jest jedna dla wszystkich. „Nie ma u nas duchowości związanej z rolą społeczną. Nikt nie jest ważniejszy od innych”.

Wierność w przyjaźni

Francesca, lat 36, z zawodu asystentka socjalna, we Wspólnocie od lat 15, od dziesięciu lat zajmuje się bezdomnymi. „To nieprawda, że bezdom­ni to ludzie, którzy chcą właśnie tak żyć. Nigdy jeszcze nie spotkałam klo­szarda, który byłby ze swego losu zadowolony!” We Włoszech nazywa się ich „barbone”, od „barba” — broda. Praktycznie jest to zjawisko występu­jące tylko w wielkich miastach, głównie w Rzymie i Mediolanie (w porto­wej Genui jest ich na przykład tylko 50). W Rzymie jest w noclegowniach 600 miejsc, podczas gdy liczbę bezdomnych szacuje się na 3000. Połowa z nich to cudzoziemcy, emigranci, którzy z reguły mieszkają na ulicy tylko przejściowo, dopóki nie znajdą sobie stałej pracy. Tymczasem Włosi, jeśli są bezdomni, to z reguły na stałe. Jest ich w Rzymie około 1500.

Są bardzo konkretne okoliczności, które sprawiają, że w bogatym, europejskim kraju, w końcu XX wieku, pewni ludzie żyją na ulicy, bez dachu nad głową: — zaburzenia psychiczne, niezaradność, a ostatnio tak­że napięcia i kłótnie w rodzinie. Rodzina włoska jest za słaba, by poradzić sobie z narastającym problemem narkomanii wśród młodzieży. Dlatego między bezdomnymi coraz więcej spotyka się młodych narkomanów. Wie­lu z nich to wychowankowie różnych zakładów opiekuńczych. Klasyczny wizerunek kloszarda to stary, brodaty abnegat. Tymczasem dziś coraz częściej spotkać można młodych bezdomnych, którzy noszą się z godnoś­cią. Coraz łatwiej bowiem znaleźć się na ulicy z banalnych powodów.

Życie rzymskich kloszardów jest bardzo trudne, i z dnia na dzień trud­niejsze. Korzystają wprawdzie doraźnie z noclegowni, ale nigdy nie na sta­łe, bo miejsc jest mniej niż potrzebujących. Dawniej mogli się przespać na dworcu kolejowym czy w poczekalni metra, gdyż służby miejskie i policja wykazywały wobec nich dość dużo tolerancji. Dziś jest niestety inaczej. Umyślnie zlikwidowano na dworcach wszystkie miejsca, gdzie można by się położyć — chodzi o to, by bezdomni nie psuli wizerunku miasta! Po­licja rzymska przepędza ich także spod kolumnady Berniniego wokół placu Św. Piotra. „Mówiliśmy o tym z bólem Papieżowi” – dodaje Franceeca. Kloszardom wypędzanym z miejsc publicznych nie stwarza się jed­nak żadnej alternatywy.

Jak wygląda w Rzymie oficjalna pomoc dla bezdomnych? Magistrat tym problemem się nie zajmuje — dofinansowuje tylko noclegownie pro­wadzone przez stowarzyszenia katolickie czy protestanckie. Jeśli chodzi o jedzenie, sytuacja jest zadowalająca (są trzy darmowe stołówki). W każdej rzymskiej parafii jest też punkt, gdzie ludzie znoszą używane ubrania, któ­re rozdawane są potem potrzebującym. Gorzej jest z myciem. Toalet pu­blicznych jest niewiele, a ogólnodostępnych pryszniców nie ma wcale. Zaledwie w kilku parafiach katolickich jest możliwość skorzystania z prysznica.

Wspólnota Sant’Egidio, podobnie jak inne organizacje, prowadzi sto­łówkę, noclegownię, punkt wydawania ubrań, ośrodek pomocy prawnej i medycznej. Natomiast oryginalną formą pomocy ludziom bezdomnym jest nawiązywanie z nimi przyjaźni.

„Jest to niesłychanie trudne — mówi Francesca — ale zarazem naj­ważniejsze. Naprawdę problem nie na tym przecież polega, żeby dać tym ludziom jedzenie czy pieniądze, ale na tym, by ich włączyć z powrotem w społeczeństwo. Oni sami, mimo pomocy ze strony instytucji, nie są w sta­nie zmienić swego życia. Żeby im w tym pomóc, trzeba najpierw zyskać sobie ich zaufanie, zaprzyjaźnić się z nimi, jakby zastąpić im rodzinę”.

Luigi był przez wiele lat rzymskim kloszardem i alkoholikiem. Jeden z chłopców z Sant’Egidio zaprzyjaźni! się z nim i stał się dla niego jakby synem. Luigi za młodu był w Legii Cudzoziemskiej, walczył w Indochinach, potem w Algierii. Później został kaskaderem, ale się rozpił i stracił 70   pracę w filmie. Przyszła starość i znalazł się na bruku. Któregoś dnia nie­spodziewanie otrzymał dużą sumę pieniędzy — jakieś zaległe renty z Francji za służbę w Legii Cudzoziemskiej — i postanowił się ustabilizo­wać. Chciał sobie kupić dom. Okazało się to jednak niemożliwe — Luigi spał pod mostem, nie miał więc ani adresu, ani telefonu, ani żadnych refe­rencji, niezbędnych do załatwienia transakcji. Wtedy jego młody przyja­ciel z Sant’Egidio wyszukał mu odpowiedni dom pod Rzymem, ustalił cenę i warunki, pomógł dopełnić wszystkich formalności. Luigi zamiesz­kał po raz pierwszy w życiu w swoim własnym domu. Uszczęśliwiony urzą­dził przyjęcie, zaprosił na nie wszystkich przyjaciół i uroczyście oznajmił: „Oto umarł kloszard, narodził się emeryt”.

„Wielka część naszej pracy pozostaje niewidoczna — mówi Francesca. — Trzeba mieć ocean cierpliwości i latami czekać, żeby zobaczyć jakieś efekty. Znamy niemal wszystkich kloszardów w Rzymie. Raz w tygodniu wieczorem nasza ekipa objeżdża wszystkie miejsca, gdzie oni żyją — dworce, podziemne pasaże, parki, kolumnady, Colosseum. Zawozimy im ciepły posiłek, a przy okazji staramy się nawiązać kontakt, porozmawiać. Na początku są z tym duże problemy. Pewna kobieta ze Stazione Termini chętnie przyjmowała od nas jedzenie, ale rozmawiać zaczęła dopiero po pięciu latach. Inny człowiek, imieniem Giuseppe, «mówił» tylko liczebni­kami, a kiedy spostrzegł, że dajemy jedzenie także innym, zaciął się i w ogóle przestał się do nas odzywać. Mimo to zawsze pozdrawialiśmy go serdecznie. Wreszcie — po kilku latach — odezwał się do nas: okazało się, że potrafi mówić pełnymi zdaniami! Teraz co jakiś czas zgadza się nawet pójść z nami na obiad do restauracji, wtedy myje się, czesze, zmie­nia ubranie, a podczas posiłku rozmawia z nami bardzo sensownie. Kiedy jednak wraca do swojej poprzedniej sytuacji kloszarda, do obcych znów mówi swoim niezrozumiałym kodem. Wierność w kontaktach z kloszar­dami jest ważniejsza od jedzenia i pieniędzy. Dlatego nasza ekipa musi być bardzo stabilna — w «punktach kontaktowych» muszą się pojawiać zawsze te same osoby. Odnowienie raz zerwanego kontaktu wymaga potem bardzo długiego czasu”.

„Są tacy, z którymi nawiązanie kontaktu przychodzi łatwiej. Opowia­dają nam chętnie swoje historie, proszą o przyniesienie różnych rzeczy. Ważne, że czują się z nami jak ludzie, jak przyjaciele, a nie jak obiekty anonimowej pomocy społecznej”.

„To prawda, nasza praca jest trudna, wymaga wielkiej cierpliwości. Ale jest też bardzo ciekawa, bo ciekawi są ludzie. Trzeba tylko umieć odkryć w drugim człowieku, nawet jeśli w pierwszej chwili jest odpychają­cy, niepowtarzalną osobę ludzką”.

Opowiada Rosario: „Znam jednego tylko kloszarda, który żyje w ten sposób z własnego wyboru. Ten młody mężczyzna nigdy nie powiedział, jak ma na imię. Przedstawia się: jestem barbone. Wesoło pozdrawia prze­chodniów wołając: Ciao, sono barbone. Żyje w pobliżu Parlamentu. Na ogół dostawał resztki jedzenia z okolicznych restauracji, ale czasami nie dostawał nic — i kiedyś zwrócił się o pomoc do nas. W ten sposób się poznaliśmy. Jest kulturalny i inteligentny. O swoich wędrówkach w poszukiwaniu jedzenia od restauracji do restauracji mówił dowcipnie — „barbonture”. I tak go nazwaliśmy: Barbonture. Zawsze rozmawiał z nami chętnie, ale w przeciwieństwie do wielu innych kloszardów nie poruszał tematów osobistych, nigdy nie opowiadał o swoim życiu, o przeszłości. Kiedyś jednak w jakiejś rozmowie o architekturze wyraził się z uczuciem o pewnym mieście na Sycylii, mówił o nim z taką topograficzną precyzją, że dało nam to do myślenia. W tajemnicy przed nim pojechaliśmy do tego miasta i zaczęliśmy szukać jego śladów. Okazało się, że pochodził z bar­dzo zamożnej rodziny — ojciec był dyrektorem banku i kształcił syna w nadziei, że zrobi karierę. Pewnego dnia jednak młody człowiek porzuca studia, dom, miasto — i znika z horyzontu. Rodzice szukali go nadarem­nie. Uszanowaliśmy tajemnicę i wybór tego młodego człowieka i nie przy­znaliśmy się przed nim, że znamy jego tożsamość, że wiemy coś o jego przeszłości. Wydaje się, że jest zadowolony ze swego losu”.

Tak jak w rodzinie

Elegancka kamienica przy ruchliwej arterii, w jednej z zamożnych dzielnic Rzymu. Na pierwszym piętrze Wspólnota SanfEgidio prowadzi Rodzinny Dom Staruszków — ja go tak nazywam, dla nich jest to po prostu dom. Żyje w nim obecnie 18 osób przeważnie w wieku 80-85 lat. Są też osoby ciężko chore, leżące. Najstarsza pani ma lat 105 — zasuszo­na i skurczona, ale ładnie ubrana i uśmiechnięta, siedzi na kanapce i ski­nieniem głowy odpowiada na nasze pozdrowienie.

Po domu oprowadzają mnie Flaminia, lat 27, i Stefano, lat 22, stu­dent. Dom obsługuje w sumie 30 młodych osób, są trzy dyżury dziennie, od wczesnego rana, do późnego wieczora. Wszyscy pracują bez wynagro­dzenia. Słowo „pracują” jest zresztą nieodpowiednie — oni w tym domu żyją. Tylko dwie osoby personelu zatrudnione są na etacie, jedna w kuch­ni, jedna do sprzątania. Dom finansowany jest z rent lokatorów, korzysta też z dotacji przyznanej przez magistrat.

Dom otwarto na Wielkanoc 1991 roku. Zaczęło się parę lat wcześniej od tego, że młodzież z Sant’Egidio odwiedzała starsze samotne osoby. Nawiązywała się przyjaźń, a w miarę coraz bardziej zaawansowanego wie­ku przybywało problemów. Coraz wyraźniejsza stawała się potrzeba opar­cia w rodzinie. „Zrozumieliśmy — mówi Flaminia — że tym ludziom trzeba koniecznie stworzyć możliwość życia w rodzinie. I pomyśleliśmy — dlaczego nie my?” Najpierw był eksperyment: trzy starsze osoby zamiesz­kały razem. Potem wynajęto dwa duże mieszkania na pierwszym piętrze, żeby łatwo było schodzić po schodach, przebudowano je w jedno — i tak się zaczęło. Dom jest ładnie, przytulnie urządzony, lśni czystością. W pokoikach dwu- i trzyosobowych nad łóżkami zasłanymi kolorowymi kapami wiszą obrazki, pamiątkowe fotografie, ikony. Każda starsza osoba ma swój własny kącik, gdzie trzyma ukochane drobiazgi. W jadalni duży stół, kanapy i fotele. W domu jest pewien ustalony porządek dnia, ale jak ktoś chce, może sobie dłużej pospać i dostać śniadanie do łóżka.

Każdy z mieszkańców ma za sobą długą, skomplikowaną historie., peł­ną cierpień i doznanych urazów — dlatego nie jest im łatwo -żyć wspólnie. Jedni są serdeczni i uczuciowi — inni zamknięci w sobie, nieufni. Obec­ność młodych, pełniących rolę pośredników, bardzo pomaga w stworzeniu rodzinnego klimatu, łagodzi konflikty.

Pomoc ubogim to znak sprzeciwu wobec nowoczesnej kultury konsumpcyjnej

Rano jest mycie, wspólny posiłek, spotkanie w bawialni. Potem czas na wyjście do miasta: po zakupy, na pocztę, do fryzjera. „Staramy się we wszystkim uszanować wolę starszych — mówi Stefano — i każdego trak­tować indywidualnie”. Na przykład Ferdinando, mieszkający w domu od czterech lat, przedtem był kloszardem. Ma za sobą niezwykle barwne życie, bo przez wiele lat pracował w lunaparkach i podróżował po całym świecie. Na starość został kloszardem. Przychodził do stołówki na Zatybrzu na posiłek popołudniowy. Kiedyś zachorował, trafił do szpitala i potem nie mógł już żyć na ulicy. Przystosowanie do domowego życia nie było dla niego łatwe, dlatego Ferdinando ma do dziś większy niż inni mar­gines swobody i niezależności. Czasami nie wraca do domu na noc – ale zawsze musi o tym uprzedzić, tak jak w rodzinie.

W całych Włoszech są na razie tylko dwa domy tego typu. Powszech­nie stosowane rozwiązanie problemu opieki nad ludźmi starymi jest nie­stety zupełnie inne. W domach dla starców, zarówno państwowych, jak prywatnych, regułą jest depersonalizacja: jednakowe traktowanie wszyst­kich lokatorów. Zdarzają się też nadużycia. Ponieważ państwo na prowa­dzenie domów opieki przyznaje dotacje, ubiegają się o nie także osoby niekompetentne i nieuczciwe, zainteresowane tylko zyskiem — dlatego w niektórych domach opieka jest zła, ludzie starzy trzymani są w nieludz­kich warunkach. Rok temu Wspólnota Sant’Egidio upowszechniła list pewnej starszej kobiety, zupełnie samotnej, która nie chciała iść do domu starców. Zebrano tysiące podpisów innych starszych osób, które solidary­zowały się z jej apelem. Publiczne podjęcie tej sprawy wywołało żywe echo w społeczeństwie. „Przywróciliście mi życie – sąsiedzi mnie zauważyli, listonosz pyta mnie o zdrowie, odzyskałam przyjaciół w mojej dzielnicy” – wiele listów o podobnej treści nadeszło do Sant’Egidio.

Znak sprzeciwu

Do placówek włoskiej „Caritas” — informuje mnie Francesco Meloni, rzecznik prasowy tej katolickiej organizacji — zgłasza się rocznie około 3500 młodych osób, pragnących bezinteresownie pomagać w szpitalach, domach dziecka, domach starców, w pracy z trudną młodzieżą, narkoma­nami, dziećmi zagrożonymi kryminalnie. Oczywiście u wielu jest to sło­miany ogień, ale są i tacy, którzy angażują się na stałe: aktualnie w 50 oddziałach diecezjalnych „Caritas” pracuje 300 dziewcząt-wolontariuszek.

Signor Meloni uważa, że młodzi ochotnicy kierują się przede wszystkim motywacją religijną — potrzebą zgodności między wiarą a życiem, ale przyznaje, że często akcentują też potrzebę solidarności społecznej.

Andrea, lat 22, student nauk politycznych i początkujący dziennikarz radiowy, ma w tej kwestii bardzo wyraźną opinię. Jego zdaniem coraz wię­cej młodzieży angażuje się dziś w „volontariato”, czyli ochotniczą służbę ubogim, chorym, starym i potrzebującym — właśnie z potrzeby odnalezie­nia w życiu wymiaru społecznego, wspólnotowego, który jest zabijany przez mentalność konsumpcyjną. Współczesne życie, w którym liczy się tylko sukces, pieniądz, przyjemność, osobista korzyść, okazuje się dla młodzieży jałowe. Również życie polityczne, skażone korupcją (a dotyczy to niestety wszystkich partii, także chrześcijańskich), budzi w młodzieży silną niechęć, a w najlepszym razie obojętność. Młodzi, którzy dla kariery angażują się dziś w działalność partyjną, to zdaniem Andrei jednostki cyniczne i zupełnie bezideowe.

„Konsumizm to prawdziwa rewolucja, która dotknie też i Polskę — uważa don Vincenzo Paglia, proboszcz parafii Santa Maria in Trastevere [dziś arcybiskup, przewodniczący Papieskiej Akademii Życia oraz Wielki Kanclerz Papieskiego Instytutu Jana Pawła II dla Studiów nad Małżeństwem i Rodziną — red.], a zarazem asystent kościelny Wspólnoty Sant’Egidio. — Świadectwo oso­biste jest tu istotne, ale nie wystarczające. Dlatego źródłem naszego zaangażowania jest co innego, niż w przypadku wolontariuszy, którzy poświęcają część swego czasu dla ubogich, żeby w ten sposób zaspokoić jakąś swoją potrzebę — potrzebę solidarności. Dla nas pomoc ludziom ubogim, starym i chorym to coś więcej niż spełnianie dobrych uczynków — to bycie znakiem sprzeciwu wobec całej nowoczesnej kultury konsum­pcyjnej. Kościół w tym sensie nigdy nie może stać się nowoczesny, nie może dać się zredukować do roli jeszcze jednej instytucji usługowej, tyle że zaspokajającej potrzeby religijne. Cały Kościół jako wspólnota musi być dziś «oberżą dobrego Samarytanina» — znakiem sprzeciwu wobec mentalności konsumpcyjnej nowoczesnego człowieka”.

Tekst ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Więź” nr 5/1993.