Czyny dobre i piękne oświecają świat. Czynią go i lepszym, i piękniejszym. Niby proste. A jak się okazuje, nie da się sprowadzić dziesięciu sierot wojennych z Syrii.

I znów muszę się do czegoś przyznać. Nie lubię tych „dobrych uczynków”, które pojawiają się w dzisiejszej Ewangelii. Zawsze dla mnie brzmiały infantylnie. Dobre uczynki zadaje się dzieciom za pokutę albo zbiera się przed Bożym Narodzeniem, a potem zapisuje na serduszkach i wkłada do pustego żłóbka. Tak przynajmniej było za mego dzieciństwa. Zresztą zachęca nas do tego sam Kościół, który w kolekcie na I Niedzielę Adwentu podpowiada, „abyśmy przez dobre uczynki przygotowali się na spotkanie przychodzącego Chrystusa”. Kiedy myślę o dobrych uczynkach, to natychmiast przed oczyma widzę staruszkę, którą trzeba przeprowadzić na drugą stronę jezdni. Dobre uczynki brzmią jak z katechizmu dla małych dzieci.

Ale ostatnio się nawróciłem na te „dobre uczynki”. Uświadomiłem sobie, że ten przykład ze staruszką wcale nie jest ani zły, ani taki znowu infantylny. 18 stycznia w internecie pojawił się film, na którym widać, jak policjant zatrzymuje ruch, aby przeprowadzić starszą kobietę. Bezskutecznie próbowała przejść przez jedną z ulic w Legnicy w miejscu, gdzie nie ma pasów. Funkcjonariusz, który przeprowadził kobietę przez jezdnię, woli pozostać anonimowy. Tłumaczy, że każdy policjant zrobiłby to na jego miejscu. Film podbija internet, a policjant dostał nagrodę za wzorową postawę w służbie na rzecz społeczeństwa. 

Kilka dni później, 23 stycznia, w tejże samej Legnicy starsza kobieta stoi oparta o laskę i boi się przejść przez oblodzony Rynek. Kilkakrotnie próbuje ruszyć z miejsca. Z monitoringu Straży Miejskiej widać, jak mijają ją ludzie: młodzi i starzy. Tak jak się mija przeszkodę. Po kilku minutach do starszej osoby podchodzi kobieta w czerwonym płaszczu. Na nagraniu widać, jak chwilę rozmawiają. W końcu jedna bierze drugą pod rękę i razem pokonują oblodzoną jezdnię. Pisano, że prezydent Legnicy szukał kobiety, by jej osobiście podziękować.

I jeszcze jeden przykład. Tym razem z Poznania. Na ulicy Głogowskiej motorniczy tramwaju nagrał niecodzienną sytuację. Jadący przed nim policyjny radiowóz zatrzymał się na środku drogi. Policjant wyszedł z auta i pomógł przejść przez ruchliwą ulicę starszemu mężczyźnie. Jak mówi motorniczy, chciał upublicznić nagranie, które pokazuje zachowanie godne szacunku.

To straszne, że bycie człowiekiem zaskakuje

W tych wszystkich trzech sytuacjach najbardziej uderza to, że to, co powinno być ludzkim odruchem, uznaje się za coś niezwykłego, nadzwyczajnego, wręcz bohaterskiego, za co należy dawać nagrody czy składać podziękowanie w imieniu prezydenta miasta, co samo w sobie jest godne pochwały. To straszne, że bycie człowiekiem zaskakuje. Że to, co powinno być odruchowym dobrem okazywanym drugiemu człowiekowi jest dzisiaj czymś nietypowym. Oto dożyliśmy takich czasów, że bohaterstwem stają się dobre uczynki, a przykłady ze staruszką na pasach – jak się okazuje – aktualne są jak rzadko kiedy. Ale nawet jeśli popyt na tzw. dobre uczynki nie maleje, to w dzisiejszej Ewangelii chodzi jednak chyba o coś więcej niż chwalebne skądinąd przeprowadzanie staruszków przez ulicę.

Aby dobrze zrozumieć wezwanie Chrystusa, trzeba zajrzeć do oryginału greckiego Ewangelii według św. Mateusza. Tam, gdzie język polski ma słowo „dobry” (dobre uczynki), a św. Hieronim w Wulgacie przetłumaczył na „bonus” (bona opera), tam w języku greckim jest słowo „kalós” (kala erga). To greckie słowo „kalós” ma dwa znaczenia. Można je przetłumaczyć jako „dobry”, ale także jako „piękny”. W przypadku tej wypowiedzi tłumacze zawsze wybierają słowo „dobry”, chcąc podkreślić etyczny wymiar naszych czynów. Wszystkie nasze dzieła, nasze czyny, bo nie tylko owe specjalne „uczynki” zadawane za pokutę, mają być dobre. Wydaje mi się jednak, że te czyny mają być nie tylko dobre, ale także piękne, skoro – jak mówi Jezus – nasze światło ma jaśnieć przed ludźmi, po to, aby je widzieli. To właśnie piękno jaśnieje, piękno świeci.

A nie wiem, czy wiecie, że „świecić” to po grecku „lampó”. Mamy dzisiaj świecić – mówi Jezus, mamy być lampami. Tymi lampami, których się „nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu”. Czyny dobre i piękne oświecają świat. Czynią go i lepszym, i piękniejszym. Są jak światło w ciemnościach, jak słońce w południe. A jakie to są czyny? Wystarczy przytoczyć raz jeszcze czytanie z Księgi Proroka Izajasza: „Dziel swój chleb z głodnym, do domu wprowadź biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie odwracaj się od współziomków”. Niby proste. A jak się okazuje, nie da się sprowadzić dziesięciu sierot wojennych z Syrii.

Byłem ostatnio na konferencji o cywilizacji europejskiej. Mówiono dużo, że wyrosła z chrześcijaństwa, i że trzeba jej bronić. Trochę biadolono, że przyjdą inni i nam zniszczą. Na pytanie, czym się dzisiaj wyróżnia cywilizacja europejska, padła bardzo niepokojąca odpowiedź. To cywilizacja indywidualistów, ludzi zorientowanych przede wszystkim na siebie, swój rozwój, szczęście, samospełnienie. Inne cywilizacje, w tym islamska, są o wiele bardziej wspólnotowe, nastawione na rodzinę, ród, plemię, a nawet społeczność sąsiedzką. Mówiąc inaczej, ci ludzie żyją bardziej z innymi i dla innych niż wyłącznie dla siebie. My też kiedyś tacy byliśmy. Kiedyś. Nie ma nic odkrywczego w stwierdzeniu, że wspólnocie sprzyja – mówiąc krótko – bieda, a poczucie ekonomicznej i socjalnej stabilizacji czyni ludzi niepotrzebnymi. Chodziliśmy do sąsiada, gdy brakowało cukru albo soli. Dzisiaj mamy domowe zapasy i Biedronkę. Samowystarczalność prowadzi do indywidualizacji, inni ludzie stają się dzisiaj po prostu mniej potrzebni.

„Wy jesteście solą ziemi” – mówi dzisiaj Jezus. Sól ma wielorakie zastosowanie w kuchni. Nadaje smak, ale także konserwuje – podobnie jak kwas i cukier. Ze względu na wysoką temperaturę, na Bliskim Wschodzie kwasić się żywności nie dawało, a cukier produkowany z trzciny był wówczas mało znany i bardzo drogi. Pozostawała sól, by zakonserwować żywność.

To my mamy być dzisiaj tą konserwującą solą dla świata, choćby dla tej naszej cywilizacji europejskiej. Jak ją uratować, jak ją zakonserwować, by przetrwała? Nie trzeba wiele. Pierwszy krok to zacząć siebie nawzajem zauważać. Potrzebować ludzi wtedy, kiedy się ich nie potrzebuje. Zapukać do sąsiada wtedy, gdy się nic nie chce od niego pożyczyć. Przestać się mijać obojętnie. Przywrócić wspólnocie ważne miejsce w naszym życiu. I nie czekać na odważnego policjanta czy kobietę w czerwonym płaszczu, żeby pomóc komuś na ulicy. Bo do tego nie trzeba żadnej nadzwyczajnej odwagi, jeno krzty zwykłego człowieczeństwa.