Przywrócenie niepodległości nie mogło się dokonać jednym krokiem – pisał Tadeusz Mazowiecki w 10. rocznicę Okrągłego Stołu.

Kiedy dziś sięgamy pamięcią do wydarzeń sprzed dziesięciu lat, widzimy wyraźnie, że zapoczątkowały one bezpośrednio okres zwany niekiedy transformacją, a może lepiej byłoby powiedzieć — odzyskiwania niepodległości i budowania demokracji. Konsekwencją Okrągłego Stołu była ponowna legalizacja „Solidarności”, wybory czerwcowe, a dalej powołanie mojego rządu. Okrągły Stół zapowiadał koniec epoki Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, choć zapewne niewielu przypuszczało, że zmiany przyjdą tak szybko i będą tak głębokie.

Podjęcie rozmów o przyszłości Polski przy Okrągłym Stole było decyzją odważną i dalekowzroczną. Odważną, gdyż przywódcy obozów pozostających od wielu lat w ostrej walce decydowali się zasiąść do rozmów, przełamać własne obawy i uprzedzenia, by rozmawiać o sprawach podstawowych dla całego narodu i przyszłości kraju. Była to dla nas, działaczy „Solidarności”, decyzja niełatwa, gdyż żywa była pamięć stanu wojennego, wielu nieprawości, których doświadczyliśmy, ofiar, które poniósł nasz ruch. Istniały obawy, czy rozmowy nie są zabiegiem zmierzającym do podzielenia „Solidarności”. Od wielu lat stawialiśmy jednak postulaty przywrócenia w Polsce dialogu władzy i społeczeństwa, odejścia od polityki represji, umożliwienia legalnego działania „Solidarności”. Czy można było odmówić rozmów, gdy pojawiła się szansa spełnienia tych postulatów?

Czy można było odmówić rozmów, gdy pojawiła się szansa spełnienia postulatów „Solidarności”?

Kiedy mówimy o Okrągłym Stole, trzeba wszakże wrócić do Sierpnia 1980 roku, gdyż właśnie wtedy narodziła się „Solidarność” — wielomilionowy ruch dążący do przywrócenia społeczeństwu podmiotowości. Upominając się o wielką reformę państwa, o prawo obywateli do tworzenia samorządnych organizacji, wyrażania swych dążeń, kształtowania własnej przyszłości — ruch ten obrał drogę walki bez przemocy oraz osiągania swych celów na drodze porozumień między władzą i autentycznymi przedstawicielstwami społecznymi. Porozumienia podpisane w Gdańsku, w Szczecinie i Jastrzębiu tworzyły model rozwiązywania konfliktów i budowania warunków dialogu między władzą i społeczeństwem. Niestety, obrana wtedy droga ewolucji została zamknięta ogłoszeniem stanu wojennego. Muszę wspomnieć tych wszystkich, dzięki którym nasz ruch przetrwał te trudne lata — działaczy podziemnych struktur, redaktorów, wydawców i drukarzy „bibuły”, organizatorów niezależnego ruchu oświatowego, kulturalnego i naukowego, a także Lecha Wałęsę, powszechnie i słusznie uznawanego nie tylko za przywódcę, lecz i za symbol „Solidarności”, która nie zamierza się poddać.

Dzięki wysiłkowi, okupionemu nieraz więzieniem, „Solidarność” trwała, a aspiracje społeczeństwa do wolności były wielokrotnie przypominane. Były to jednak również lata, kiedy wielu ludziom wydawało się, że walka o „Solidarność” jest przegrana, że trzeba szukać nowych form działania i nowych płaszczyzn dialogu z władzą. Można zrozumieć te postawy, ale nie można im przyznać słuszności.

Wracając pamięcią do tamtych trudnych lat, nie sposób również nie mówić dziś o wsparciu, jakiego udzielał nam Kościół — o tysiącach spotkań odbywających się w świątyniach i lokalach przy parafiach, o mszach za Ojczyznę. Rola, jaką w doprowadzeniu do Okrągłego Stołu odegrali przedstawiciele Episkopatu, była ogromna. Autorytet Kościoła sprawiał, że cienka nić rozmów się nie zerwała. Dla naszej decyzji, by zasiąść przy Okrągłym Stole, stanowisko Kościoła i świadomość Jego wsparcia miały znaczenie zasadnicze.

Trudno byłoby mi analizować i oceniać drogę przebytą przez ówczesnych przywódców państwa. Czy zdali sobie sprawę ze swego rodzaju „pata”, w jakim znaleźli się po stanie wojennym? Czy zajrzało im w oczy widmo katastrofy gospodarczej kraju, w której obliczu trzeba szukać drogi dialogu i porozumienia ze społeczeństwem? Czy nie chcieli pozostawać w tyle za zmianami Gorbaczowa? Który z tych czynników miał pierwszorzędne, a który drugoplanowe znaczenie? I jak doszło do przełamania w obozie władzy upartego „nie”, wypowiadanego w stosunku do postulatu przywrócenia legalnego działania „Solidarności”?

Patrząc z naszej perspektywy na poprzedzające tę decyzję lata, warto przypomnieć parę faktów.

W 1986 roku uwolniono więźniów politycznych. Był to wstępny, kardynalny warunek zmiany atmosfery życia publicznego w Polsce. Następstwem tej amnestii było między innymi powstanie jawnie działającego kierownictwa „Solidarności” z Lechem Wałęsą na czele oraz zapoczątkowanie zebrań zespołu, z którego wyrósł Komitet Obywatelski. W roku 1987 odbyła się kolejna pielgrzymka Papieża do Polski, a jego słowa mówione „do nas i za nas” budziły siłę i dodawały nadziei. Kiedy w maju 1988 roku zastrajkowali robotnicy Gdańska i Nowej Huty, oznaczało to powrót „Solidarności” do czynnej walki. Jej rezultat nie był jednak przesądzony, a władze nie dojrzały jeszcze do rozmów, jak o tym świadczyła pacyfikacja strajku w Nowej Hucie. W sierpniu strajki wybuchły ponownie, a tym razem władze zareagowały zaproszeniem do rozmów. Minęło jeszcze kilka miesięcy, nim doszło do Okrągłego Stołu.

Czuliśmy wielką odpowiedzialność, gdy zasiadaliśmy przy nim do negocjacji. Stawialiśmy sobie pytanie, czy ich rezultaty będą na miarę społecznych oczekiwań oraz potrzeb kraju. Widzieliśmy przecież postępujący rozpad gospodarki, niecierpliwość i radykalizm zwłaszcza młodzieży, ale także dążenie do bezwzględnej obrony dotychczasowego systemu we wszystkich jego elementach przez wielu związanych z nim ludzi. Polska nie była krajem suwerennym, stacjonowały w nim obce wojska, a chociaż z Moskwy od kilku lat nadchodziły budzące nadzieje sygnały, to jednak polityka Gorbaczowa była kwestionowana przez znaczną część establishmentów we wszystkich państwach ówczesnego bloku. Istniało pytanie, jak daleko możemy się posunąć w reformowaniu ustroju, by nie wywołać riposty sił przeciwnych zmianom.

Zasiadaliśmy więc do rozmów z programem odzyskania i umocnienia przestrzeni wolności i samoorganizacji społecznej. Nie chodziło tylko o jakieś porozumienie elit. Przy takim tylko porozumieniu ta przestrzeń byłaby słaba i stale zagrożona. Ponowna legalizacja „Solidarności” była więc warunkiem, bez którego żadne porozumienie nie byłoby możliwe. Zaproponowaną nam możliwość wejścia do Sejmu braliśmy pod uwagę, rozważając ją jako decyzję ponoszenia współodpowiedzialności za państwo, ale jako opozycja parlamentarna. Spodziewaliśmy się, że legalizacja „Solidarności”, wolność powstawania stowarzyszeń oraz samorządu terytorialnego otworzą drogę do dalszych przemian demokratycznych. „Trzeba władzy patrzeć na ręce, ale nie można bez przerwy żyć w nienawiści i niemożności wyjścia z tego, co pogrąża Polskę” — mówiłem w jednym z udzielonych wtedy wywiadów. I oddaje to nastrój, jaki nam wtedy towarzyszył.

Zarzucano nam nieraz, że do tych rozmów przystąpiliśmy i że podpisaliśmy porozumienie. Mówiono nieprawdziwie o jakichś tajnych układach, nawet o zdradzie ideałów. Ci, którzy takie opinie wypowiadali, zapominali najwyraźniej o leżących u podstaw „Solidarności” zasadach postępowania — pokojowej metodzie przemian i gotowości do dialogu. O słuszności obranej wtedy drogi przekonuje wynik czerwcowych wyborów, a później utworzenie rządu. Została nakreślona droga głębokich przeobrażeń, zmiany ustroju politycznego i gospodarczego. Ta wielka zmiana przyszła w sposób nieznany w dotychczasowej polskiej historii — bez rozlewu krwi, ofiar, zniszczeń materialnych. Myślę, że jest to pozytywnym wkładem naszego pokolenia do doświadczeń narodowych — wkładem osiągniętym wspólnie.

Nieraz porównuje się polską drogę wychodzenia z realnego socjalizmu z aksamitną rewolucją w Czechosłowacji. Zapomina się przy tym o kolejności zdarzeń. Przemiany 1989 roku zapoczątkowała Polska. Najpierw doszło do kompromisu Okrągłego Stołu, potem odbyły się czerwcowe wybory, we wrześniu powstał mój rząd. I wtedy, najwyraźniej pod wrażeniem zmian w Polsce, wzniosła się fala społecznego poruszenia w Czechosłowacji oraz w ówczesnej Niemieckiej Republice Demokratycznej. Wcześniej niż padł mur berliński, zmiany w Polsce i ich wyraźny kierunek były już faktem.

Żyliśmy w czasie, gdy przejście do demokratycznego ustroju i przywrócenie niepodległości nie mogło się dokonać jednym krokiem. Trzeba było do tego wielu wydarzeń.

Historia przyznała już tym wydarzeniom wielkość. Jest czymś znamiennym, że Papież Jan Paweł II, największy moralny autorytet współczesnego świata, poświęcił w swej encyklice „Centesimus annus” osobny rozdział wydarzeniom roku 1989. To, co przez dziesiątki powojennych lat, bez ryzyka konfliktu atomowego, wydawało się niemożliwe, stało się w roku 1989 możliwe. Narzucony naszym narodom jałtański podział świata odszedł w przeszłość.

Okrągły Stół, pierwszy w krajach dawnego bloku, otworzył drogę do przemian ewolucyjnych i pokojowych. Otworzył drogę, która prowadziła do Trzeciej Rzeczypospolitej — demokratycznego państwa wszystkich obywateli.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 4/1999.