Co mają zrobić mieszkańcy miasteczka, gdy grozi im dołączenie do listy, którą otwiera Jedwabne?

Wiele lat temu usłyszałem zgryźliwą uwagę, że ludzie dzielą się (rozłącznie) na tych, którzy piszą, i tych, którzy czytają. To na szczęście tylko złośliwość; ale rzeczywiście okres pisania zmniejsza liczbę lektur, a kiedy się skończy pracę nad książką, zaczyna się nieumiarkowane czytanie, jak „nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu” z pomocy do rachunku sumienia.

Wczoraj w jeden wieczór pochłonąłem książkę Andrzeja Nowaka-Arczewskiego „Zmiłuj się nad nami” (Prószyński i S-ka, 2017). Moim zdaniem byłoby niedobrze, gdyby przemknęła ona niezauważona. Bo do naszej debaty o relacjach polsko-żydowskich wprowadza ona ton do tej pory chyba nie dość obecny. A mianowicie: empatię wobec ludzi, którzy po dekadach stanęli nagle przed koniecznością rozliczeń nie za swoje winy.

Książka ma charakter reportażowy. Autor pojechał do Klimontowa. Oto miasteczko na Kielecczyźnie. Nieduże; gdy się patrzy z oddali – bardzo ładne, z bliska raczej przeciętne, takie jak większość miasteczek w Polsce, potencjalnie urodziwych, ale zaniedbanych albo spaskudzonych źle pojętą nowoczesnością. Fakty historyczne są jasne i nie o nich w gruncie rzeczy mowa.

Czy winni zostali ukarani? Wątpliwe

Te fakty są takie: w czasie II wojny zginęło blisko 80 procent mieszkańców, bo właśnie 80 procent stanowili tam Żydzi. Czy Zagładę zorganizowali Niemcy? TAK. Czy wśród polskich mieszkańców miasteczka i okolic byli ludzie, którzy – za pieniądze lub za darmo – ukrywali Żydów? TAK. Czy byli wśród nich ludzie, którzy – donosząc na ukrywających się Żydów, pomagających im polskich sąsiadów lub osobiście zabijając Żydów – dołożyli się do niemieckiego pomysłu na tzw. ostateczne rozwiązanie? TAK. Czy majątek ofiar Holokaustu przeszedł jedynie w ręce niemieckie? NIE, bo także w polskie. Czy po wojnie ujawniający się ocaleńcy byli przez Polaków przyjmowani z entuzjazmem i ulgą, że im się udało? NIE (por. poprzednią odpowiedź). Do tego dochodzi straszna zbrodnia z połowy kwietnia 1945 roku, już po przejściu frontu, gdy ocalała z Zagłady Sabina Wajsbrot przeszła na katolicyzm, wzięła ślub z synem ludzi, którzy jej pomogli w czasie okupacji, a w noc po weselu oddział (partyzantów? bandytów?) zabił część żydowskich gości. Czy winni zostali ukarani? WĄTPLIWE.

Ale Andrzej Nowak-Arczewski nie skupia się na tym ostatnim pytaniu. Stawia za to inne. Oto bowiem mija od tamtych wydarzeń kilkadziesiąt lat. Absolutna większość mieszkańców Klimontowa to dziś ludzie urodzeni po wojnie lub (nieliczni) napływowi. Żyjący wciąż jeszcze świadkowie okupacji hitlerowskiej byli wówczas dziećmi. Tymczasem ci, którzy podejmowali decyzje (zaryzykować życie całej rodziny i pomóc skazanym na Zagładę?; ze strachu lub z niechętnej rezerwy wobec Żydów odmówić pomocy i tylko, siłą rzeczy, patrzeć?; z nienawiści lub żądzy wzbogacenia się wziąć udział w ludobójstwie?), do końca życia milczeli lub mówili coś jedynie półgębkiem, co ich młodszym słuchaczom łatwo było wyprzeć, uznać za „mniej ważne”. Tymczasem po 1989 roku pojawiają się w Klimontowie wycieczki Żydów, a też dziennikarze, historycy, badacze polskiej świadomości. I nagle okazuje się, że przeszłość była jednak inna, niż mieszkańcy przywykli sobie wyobrażać; że zepchnięte w strefę prawie-niepamięci uwagi rodziców i dziadków zyskują nagle przeraźliwy sens, którego wcześniej nie było powodu dociekać.

I co mianowicie ci ludzie mają zrobić? Ich miasteczku grozi, że dołączy do tych innych, których listę otwiera Jedwabne – ponurych symboli nieczystego sumienia Polaków. Od razu dodajmy, przywołując Karla Jaspersa, że nawet świadek, który NIE MÓGŁ skutecznie przeciwstawić się zbrodni, czystego sumienia nie ma, choć jego wina nie stanowi, rzecz jasna, winy w sensie prawnym czy moralnym: jest winą metafizyczną, winą tego, który widział (to nie pozostawia nas niewinnymi). A co dopiero ci, którzy obiektywnie skorzystali z Zagłady (na przykład zajmując dom, którego prawowici właściciele zginęli)? Ci, którzy dołożyli się do niej, donosząc? A ów chłop, który na polu zadźgał widłami Żyda? A ci, którzy zabijali weselników?

Problem nie dotyka dzisiejszych mieszkańców, jest delikatniejszy, a przez to boleśniejszy

Tylko że – powtórzę jeszcze raz, wyraźniej – żadna z tych win nie dotyka dziś już prawie żadnego konkretnego mieszkańca Klimontowa, bo ci w większości urodzili się PO WOJNIE. I problem jest delikatniejszy, a przez to boleśniejszy: odnosi się do pamięci bliskich. Rodziców, dziadków, pamiętanych z dzieciństwa sąsiadów. Zbiorowej tożsamości. Dziedzictwa.

Kiedy czytałem książkę Nowaka-Arczewskiego, przypomniała mi się nagle rozmowa, której musiałem być świadkiem w czasach, gdy chodziłem do podstawówki. Ktoś z dorosłych opowiadał o reportażu (możliwe, że jego autorem był Krzysztof Kąkolewski). Historia dotyczyła, jeśli dobrze to rekonstruuję, urodzonego po wojnie niemieckiego rodzeństwa, które wiedziało, że ich ojciec (matka już nie żyje) w czasie wojny trafił do obozu koncentracyjnego. Są już dorośli, gdy nagle ktoś rozpoznał go na ulicy; wszczęto śledztwo, z którego wynikało, że owszem, był w obozie, ale nie jako więzień, lecz oprawca. Starszy pan ma proces, a dzieci, skądinąd jednoznacznie oceniające nazizm, zapożyczają się na adwokata dla niego. Czy bronią nazistowskiego zbrodniarza? Nie – odpowiadają reporterowi – bronimy kochającego nas ojca, dobrego człowieka, który nas wychował na porządnych ludzi. Świadomość, że ten sam człowiek brał udział w machinie ludobójstwa, jest dla nas wciąż emocjonalnie niemożliwa. To znaczy – my to wiemy, ale nie umiemy tego scalić ze wszystkim, czego doświadczyliśmy od taty.

Andrzej Nowak-Arczewski, „Zmiłuj się nad nami”

Andrzej Nowak-Arczewski, „Zmiłuj się nad nami”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2017

W Klimontowie sprawy były nie aż tak drastyczne, ale w jakiejś mierze podobne. Jak, będąc dorosłym człowiekiem, wmontować w obraz bliskich zmarłych fakty, do których dotarli historycy? Jak ten obraz scalić? To – bez poważnej i delikatnej pracy psychoterapeutów, nauczycieli, spowiedników – właściwie niemożliwe. A wyliczonych psychoterapeutów i tak dalej nie ma lub swojej pracy nie wykonują. Są za to dziennikarze, zgodnie z arkanami swego zawodu poszukujący mocnego materiału; są publicyści, niesieni słusznym gniewem na odżywającą zarazę antysemityzmu; są badacze, którzy do przedmiotu badań mają stosunek naukowy, to znaczy rzeczowy, pozbawiony współczucia.

Więc w Klimontowie uruchamiane są klasyczne mechanizmy: wyparcie, uparte zaprzeczanie, złość na tych, którzy pozbawili nas spokoju, zwieranie szeregów przeciwko wrogom z zewnątrz. Dołóżcie do tego niepokoje natury finansowej (akt własności mojego domu jest ważny czy nie?); pomijanych skądinąd przez reportera polityków, którzy – celowo lub mimowolnie – przywrócili polskim antysemitom prawo uczestnictwa w debacie publicznej; ludzi Kościoła, którym tak się wygodnie powtarzało ewangeliczne slogany, a współczesność powiedziała nagle, jak w pokerze: „Sprawdzam!” – i niby co tu zrobić ze straszliwie poważną treścią, która zza tych sloganów nagle się wyłoniła? Wszystko to dzieje się w niewielkim miasteczku, gdzie każdy każdego zna i działa znany dobrze socjologom mechanizm zbiorowej kontroli nad wyłamującymi się z szeregu jednostkami.

Nowak-Arczewski opowiada o tym bez moralistycznego zadęcia. Nie piętnuje, nie gromi. W jego zdaniach nie ma nawet sarkazmu, którego kto inny pewnie by sobie nie podarował. Historia wstała jak zombie z grobu, stała się problemem dla ludzi, którzy na tę chwilę nie byli przygotowani. Nikt z nich osobiście nie jest za nic odpowiedzialny. Tylko że milczenie, wzruszanie ramionami albo opowiadanie, że to wszystko antyklimontowskie (antypolskie?) wymysły tę odpowiedzialność, tę winę, na nowo wsączają. Robienie dziś z takich miast i miasteczek ostoi krwiożerczego antysemityzmu to samospełniająca się przepowiednia. Trzeba by ludziom stamtąd (nam wszystkim) pomóc wyrwać się równocześnie z milczenia i związanej z nim metafizycznej winy. Nowak-Arczewski robi, moim zdaniem, pierwszy krok.

Gdyby nie tzw. sytuacja ogólna, można by liczyć, że to jest początek nowego etapu w rozmowie o Polakach, Niemcach, Żydach i Zagładzie. Ale obawiam się, że tymczasem zagłuszy go chrzęst buciorów tzw. patriotycznej młodzieży. Od której, mówiąc nawiasem, zachowaj nas, Panie.