Doczekaliśmy się filmu, który na nowo objawia talent Jana Jakuba Kolskiego.

Forst (a wręcz First, jak w wydanej przed rokiem powieściowej przeróbce scenariusza) jest panem i władcą wielkiej korporacji. Co rano budzi się w wielkim – i zgodnie z modą bardzo nieprzyjaznym – apartamencie, zakłada skórzaną zbroję motocyklisty i mknie na swoim ścigaczu do biura. Zajęć nie ma zbyt wielu. Zaczyna dzień od przypomnienia podwładnym ich zależności od firmy i od niego, zaraz będzie tę zależność z żelazną konsekwencją egzekwował. Jest jak ten szef z reklamy, który – aby oszczędzić na premiach – sam siebie mianuje pracownikiem miesiąca. Ale tamten był tylko śmiesznym głupkiem, Forst to zupełnie inny kaliber: typ zdobywcy o groźnym spojrzeniu i nieznoszącym sprzeciwu głosie, wiek się go nie ima, bezwstydnie czerpie obu garściami z życia. Liczy się władza i adrenalina.

Do czasu: Forst nieoczekiwanie wszystko rzuca. Wychodzi z firmy w połowie dnia. Zobaczymy go po chwili – w innym czasie, w innej przestrzeni: jest las, 4 rano. Między drzewami pojawia się człowiek w łachmanach w towarzystwie psa. To odmieniony Forst. Z dawnego boga korporacji pozostał jedynie tatuaż na ogolonej czaszce. Mężczyzna żyje w skleconym byle jak szałasie, sypia w wydłubanej w ziemi jamie. Nie chce mieć kontaktu ze światem zewnętrznym, ale ten świat wdziera się gwałtem w jego życie.

Minie zaraz 20 lat, od kiedy Jan Jakub Kolski opuścił swój wycyzelowany do ostatniego detalu poetycki Jańcioland – a może tylko hołubione wspomnienie z dzieciństwa, upływającego w Popielawach, godzinę drogi od Łodzi – i wyruszył na penetrowanie światów cudzych. Wychodziło mu to z różnym skutkiem, jedne filmy (jak „Daleko od okna”, „Wenecja” czy „Jasminum”) podtrzymywały wiarę wcale szerokiego grona w jego talent, inne kazały w ten talent wątpić. Ale cierpliwość została wynagrodzona: doczekaliśmy się filmu, który na nowo objawia talent twórcy „Jańcia Wodnika” z całą siłą.

Krzysztof Majchrzak – przed laty uniwersalne medium Kolskiego – powraca jako współczesny Hiob

Krzysztof Majchrzak – przed laty uniwersalne medium Kolskiego – powraca jako współczesny Hiob. W zasadzie nie wiemy, dlaczego porzucił korporację i cały blichtr współczesnego świata – wyjaśnienie pojawi się w chwili, kiedy nie będzie już potrzebne. Żyje w lesie, żywi się tym, co złowi, czasem tylko pojawi się na skraju drogi. Tam leśny dziad może liczyć na współczucie przydrożnych prostytutek. Jedna z nich nawet się z nim zaprzyjaźnia – początkowo nieświadoma wrażliwości mężczyzny, szuka w kontakcie z nim wytchnienia, chwili czułości, której tak jej brakuje. Olga Bołądź jako Nata przełamuje swój ekranowy wizerunek silnej, zdobywczej kobiety – tu jest ofiarą bezdusznego świata, niewolnicą w rękach rosyjskiego (?) sutenera. Spotkania z Forstem to namiastka ucieczki – namiastka gorzka, ale bezpieczna. Gdy spróbuje ucieczki prawdziwej, zginie, a leśny dziad nawet nie spróbuje jej pomścić. Cóż, było – minęło. Na pocieszenie jest leśny cmentarz żydowski z grobem dziadka Forsta. Mężczyzna nie jest specjalnie religijny, przychodzi na cmentarz, by obcować z duchami tych, którzy odeszli, a których bliscy doświadczyli podobnej jak Forst tragedii.

W przeciwieństwie do Biblii, Hiob z filmu „Las, 4 rano” nie mierzy się z Bogiem, łańcuch nieszczęść, jaki go spotyka, jest zawiniony przez ludzi, szukających swego miejsca w świecie takim, jakim jest na co dzień. Podła kondycja dziada jest jego osobistym wyborem, nie chce już żyć w tym świecie – złym zarówno na górze, na poziomie wielkich korporacji, jak i na dole, na poziomie półświatka. Przez jakiś czas stronienie od nadmiaru zła jakoś się udaje: można odwrócić wzrok, zagrzebać się w ziemi, odgrodzić od innych brudną odzieżą i ujadającym psem. Ale zło musi stale poszerzać obszar oddziaływania. Pewnego dnia sutener Naty przekroczy granicę terytorium dziada.

Wcześniej jednak w życiu Forsta pojawi się młodziutka Jadzia, uciekinierka z domu dziecka. Dziad przyjmie ją pod swój dach, jakkolwiek najpierw będzie musiał się oswoić z jej obecnością, wytyczyć nowe – choć nie do końca nieprzekraczalne – granice. Dopuści wreszcie do swego życia, ale nie do wszystkich tajemnic. Rodzi się nadzieja na okruch normalności – z punktu widzenia normalnego, widza, świata. Tyle, że właśnie pojawienie się Jadzi zagrozi światu dziada. Śladem dziewczynki zjawia się ów sutener: Jadzia, córka Naty, musi wyjść na szosę. W tej chwili następuje bunt Hioba, który więcej nieszczęść już nie zniesie. Gniew będzie straszny, a okrutny akt odwetu ma wymiar metaforyczny – aby oczyścić świat ze zła, trzeba je pokonać jeszcze większym złem. Wtedy nadejdzie katharsis, które jednak niczego nie rozwiązuje. Następny krok należy do człowieka.

W filmie „Las, 4 rano” Forst nie jest jedynym Hiobem. Drugi Hiob stanął za kamerą

Ale w filmie „Las, 4 rano” Forst nie jest jedynym Hiobem. Drugi Hiob stanął za kamerą. Jan Jakub Kolski dedykował swoje dzieło córce, która niedawno (dla ojca to zawsze będzie niedawno) zginęła w wypadku drogowym. Ten film ulepiony jest z bólu po stracie – jednego z najbardziej wrażliwych tworzyw, z jakich buduje się dzieło sztuki. Krzysztof Majchrzak wciela się nie tyle w Forsta, ile w samego Kolskiego: ojca, który pragnie zakopać się w ziemi, by nie czuć bólu po stracie ukochanego dziecka. Ból wyostrza spojrzenie na świat, sprzyja metaforze – między wielką korporacją, lasem, poboczem szosy i cmentarzem zamyka się cały świat: mroczny, nieprzyjemny, opanowany przez zło, które – na szczęście – nie zdominowało jeszcze dobra, przeciskającego się do ludzi wąską strużką. Chociaż – tak naprawdę – pozostaje jedynie wiara, że przyjdzie ukojenie. Warto o nie prosić – jak Forst wciskający karteczkę z prośbą do dziadka (Boga?) w szczelinę opuszczonego grobu. Jest jeszcze tyle do zrobienia.

Jan Jakub Kolski wrócił do punktu, z którego można ruszyć w nową drogę. Pozostaje czekać na nowe filmy – oby powstawały w mniej dramatycznych okolicznościach.