Film wznosi się i nad relacje rodzinne, i nad rumuńskie kontrasty. Niech „Toni Erdmann” stanie się naszym przewodnikiem po świecie współczesnym.

Europejska Akademia Filmowa wybrała „Toniego Erdmanna” Maren Ade na najlepszy film europejski roku. Wybór nie wywołuje szczególnych kontrowersji, jakkolwiek jest obciążony szeregiem paradoksów.

Otóż „Toni Erdmann” jest zabawną niemiecką komedią, co samo w sobie zdaje się wewnętrzną sprzecznością. Wszyscy znamy opinie na temat niemieckiego poczucia humoru i film Ade nie jest wyjątkiem potwierdzającym regułę. Wręcz przeciwnie – dzieło czerpie garściami z tradycji humoru, eufemistycznie mówiąc, sowizdrzalskiego: dosadne żarty balansują częstokroć na granicy dobrego smaku, bywają wręcz żenujące, co nie znaczy, że nie potrafią doprowadzić widowni do wybuchów żywiołowego śmiechu.

Paradoks drugi: film trwa prawie trzy godziny, co jak na komedię jest wysoce ryzykowne – nawet jeśli, tak jak w przypadku „Erdmanna”, sekwencje komediowe przeplatane są scenami poważnymi, wywołującymi smutek bądź refleksję.

Po trzecie wreszcie, Maren Ade reżyserką bywa, na co dzień zajmując się produkcją filmową. Można mieć uwagi do długości poszczególnych scen, jak i czasu ofiarowanego aktorom na wybrzmienie dialogów i gestów, jednak zarówno styl opowiadania Ade, jak i to, co ma do przekazania, sprawiają, że w trakcie seansu nie ma czasu na liczenie zbędnych minut.

Film wyjechał z Cannes z etykietką dzieła skrzywdzonego przez jury

Opowiadana historia toczy się w Rumunii. To miejsce wybrane nieprzypadkowo, bynajmniej nie dlatego, że wybudowane przez Francuzów tamtejsze studio filmowe należy do najnowocześniejszych w Europie, czym kusi zagranicznych inwestorów, co z kolei ma wpływ na rozwój rodzimej kinematografii. Rumunia to jeden z tych krajów, które wchodząc do Unii Europejskiej, miały do pokonania najdłuższy dystans. Obecnie jest w połowie drogi: obok ultranowoczesnych wieżowców i pięciogwiazdkowych hoteli, żyjących z obsługi wielkich korporacji, są tam obszary najprawdziwszej nędzy. Ale życie w niedostatku czy wręcz ubóstwie zdaje się mieć też swoje dobre strony – niezależni od drapieżnego kapitalizmu ludzie pozostają w kręgu tradycyjnych wartości, inaczej patrzą na świat, więcej: zachowują swoją godność. Akcja „Toniego Erdmanna” toczy się więc w Bukareszcie, choć mogłaby toczyć się wszędzie. Jednakże ten widoczny dla każdego kontrast między tradycją i aspiracjami współczesnych Rumunów jest świetnym tłem dla wielu wątków podejmowanych przez Maren Ade.

Winifred Conradi dochodzi siedemdziesiątki, jest nauczycielem muzyki i mieszka samotnie w Aachen. Samotność mu zbytnio nie doskwiera: ma psa, grono przyjaciół i matkę. A poza tym jest urodzonym kawalarzem: zawsze może sięgnąć do kieszonki w koszuli i wyjąć śmieszną nakładkę na zęby, nie obawia się też w makijażu zombie zaśpiewać piosenki dla odchodzącego na emeryturę kolegi czy wyjść w tej charakteryzacji na ulicę. Brakuje mu natomiast kontaktu z córką – pracownicą międzynarodowej korporacji. Nawet kiedy dziewczyna wpadnie na chwilę do domu, wisi na telefonie i nie ma czasu dla rodziców, a zwłaszcza dla rozwiedzionego ojca.

„Toni Erdmann”

„Toni Erdmann”. Fot. materiały prasowe

Postanawia więc odwiedzić Ines tam, gdzie dziewczyna pracuje – w Bukareszcie. Wsiada w samolot, dociera do siedziby firmy i… odbija się od szklanej ściany wielkiej korporacji. Owszem, Ines zaopiekuje się ojcem, zaprosi do siebie, poświęci nawet chwilę swego czasu – ale ani na moment nie przerwie czynności służbowych. Winifred poczuje się zbędnym balastem, zwłaszcza że córka zamiast odpowiedzieć na pytanie, czy czuje się szczęśliwa, zacznie dokonywać rozbioru semantycznego tak postawionego pytania. Wtedy ojciec spakuje manatki i potulnie uda się na lotnisko. By jeszcze tego samego dnia powrócić jako Toni Erdmann – pożądany przez wszystkich biznesmen i coach z mnóstwem kontaktów.

Erdmann pojawia się wszędzie tam, gdzie panna Conradi nie chciałaby go spotkać. Wystarczy jeden prostacki dowcip, by zdobył przychylność prezesa, o którego względy ona zabiegała tygodniami, gotowa na każde upokorzenie. Ekscentryczność, która tak raziła u ojca, w przypadku Erdmanna okazuje się uroczą i cenną zaletą. Nie trzeba wiele czasu, by przybysz przeniknął do świata Ines i poznał go od podszewki. Już wie, że zanurzona po uszy w korporacyjnych układach – jakkolwiek spełniająca się zawodowo – dziewczyna nie jest szczęśliwa, ba: nigdy szczęśliwa nie będzie. Ma też na to receptę – spontaniczną i niekonwencjonalną jak on sam i jak wszystko, co robi.

„Toni Erdmann” mówi o relacjach między ojcem i córką – o potrzebie miłości, która nigdy nie wygasa. O tym, jak rodzice postrzegają dorosłe dzieci, i o tym, jak te dzieci patrzą na swoich rodziców – ile czasu musi upłynąć, by po okresie burzy i naporu odkryć to, co jest istotą każdej rodziny: ciągłość – a wraz z nią siłę przekazywanych wartości. Ale Maren Ade nie zatrzymuje się na relacjach rodzinnych. Jej bohater, Toni Erdmann, jest czymś więcej niż tylko ukrytym pod peruką i za sztuczną szczęką Winifredem Conradim. To współczesny Dyl Sowizdrzał, a raczej – by pozostać w niemieckim kręgu kulturowym – Till Eulenspiegel: bystry obserwator rzeczywistości i mądry błazen. Z korporacyjnego punktu widzenia: słoń w składzie porcelany, ale wystarczy jeden gest, ludzki odruch, by rozbić szklaną ścianę korporacyjnego świata i zarazem uwolnić córkę spod skorupy, w którą dała się wtłoczyć.

Ale na tym misja „Toniego Erdmanna” się nie kończy. Film, pokazany ostatniego dnia konkursu, wyjechał z Cannes z etykietką dzieła skrzywdzonego przez jury, co dziennikarze wynagrodzili swoją nagrodą FIPRESCI (Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych). Natomiast oprócz przyznania tytułu filmu roku Europejska Akademia Filmowa uhonorowała jeszcze aktorów –Sandrę Hüller i Petera Simonischeka – oraz reżyserkę i zarazem scenarzystkę, a przed nami jeszcze Oscary i nagrody Akademii Brytyjskiej, do których film nominowano. Wszelkie nagrody mają jeden ukryty cel: zwrócić uwagę widowni na film. 

Film, który wznosi się i nad relacje rodzinne, i nad rumuńskie kontrasty. Niech „Toni Erdmann” stanie się naszym przewodnikiem po świecie współczesnym. Może idąc jego śladem, dostrzeżemy wreszcie, jak bardzo ten nasz świat upodobnił się do wielkiej korporacji, jak bardzo stajemy się uzależnieni od swojego wyglądu, od przestrzegania norm narzuconych nam przez innych, od wyścigu szczurów, w którym uczestnictwo daje nam złudną szansę przynależności do „lepszego świata”. Może w końcu policzymy koszty i odkryjemy, jak cenna jest godność, której w imię tego lepszego świata tak łatwo się wyrzekamy, i którą tak trudno odzyskać.

Chyba, że znajdzie się ktoś, kto nas w porę zatrzyma. Jak Maren Ade i jej „Toni Erdmann”.