Do końca był poetą, ale świat poznał go jako reportera. Miał wiele chorób, nie wyleczył się tylko z jednej – podróżowania.

Ryszard Kapuściński był naszym oknem na świat. Oknem zamglonym, jak pokazał Artur Domosławski w swojej odważnej książce „Kapuściński non-fiction”. W latach żelaznej kurtyny oglądaliśmy i uczyliśmy się rozumieć świat poprzez Kapuścińskiego. Kraje zupełnie wtedy egzotyczne – Afryka, Chiny, Indie – widzieliśmy przez jego okulary. Oprócz niego mieliśmy przecież tylko papierowego Tomka Wilmowskiego oraz małżeństwo Tony’ego Halika i Elżbietę Dzikowską.

Szlak egzotycznych podróży Kapuścińskiego był ograniczony zasięgiem ramienia ambasady ZSRR. Przez bardzo długi czas inna część świata nie tyle nie interesuje Kapuścińskiego, co zwyczajnie dla niego nie istnieje. W swoich podróżach jest zatem mniej Krzysztofem Kolumbem, a bardziej Vasco da Gammą – liczą się Indie, nie Ameryka. Podąża śladem kałasznikowa, nie idei, swobodnych myśli, niepodległości. Podróżuje w szczególnym momencie historii, gdy dawne imperia kolonialne upadają (np. brytyjskie), a nowe niezauważalnie powstają (np. radzieckie).

Jego pierwsze reportaże są dość nieporadne: nie rozumie sytuacji danego kraju, wciąż pisze językiem nowomowy socjalistycznej, jest zbyt oszołomiony. To Indie, a raczej właściwy dystans od ojczystego kraju, pozwoli mu wreszcie znaleźć własny język oraz swój własny temat: głos ubogich. Wydaje się, ż los mu sprzyja – jest wszędzie tam, gdzie przechodzi proces dekolonizacji. Wszędzie tam, gdzie dzieje się Historia. Paradoksalnie: omija go wszystko to, co naprawdę dzieje się w Polsce. Nie będzie świadkiem żadnego z „polskich miesięcy”. Zdąży jedynie na lato 1980 roku, gdy „Solidarność” postawi już kropkę nad i.

Kapuściński, bohater Kapuścińskiego

Zaprezentował zupełnie nowy typ reportera. Bardziej rozmawiał z ludźmi zwykłymi niż politykami. Emocje ulicy, dylematy roztrząsane na straganach, stolica widziana z perspektywy prowincji – to go interesowało, tym oddał swój głos na szpaltach gazet. Żeby dotrzeć tam gdzie, były peryferia uznanej władzy, musiał być niezwykle odważny. Jego reportaże pokazują reportera w stylu macho: jest tam, gdzie trwają wojny, potrafi znosić głód, z opresji ratuje go silna wolna i żelazny organizm. Kilkakrotnie śmierć zagląda mu w oczy.

Uczy się, uparcie uczy się języków obcych. Angielski, hiszpański, portugalski (którego ponoć nie cierpiał), to przecież tylko wierzchołek góry. Suahili rozumie na tyle, że potrafi prowadzić proste rozmowy. Więcej ma w sobie: doprawdy czarujący uśmiech, świetna sprawność fizyczna, i to coś wyjątkowego – umiejętność bycia z ludźmi. Jest reporterem, który wypracowując własny styl, zdaje sobie sprawę, że zaczyna tworzyć coś więcej. Jego reportaże stają się literaturą. Tworzywem tej literatury jest on sam. Od tej pory Kapuściński występuje przynajmniej w podwójnej roli: jest autorem, jest bohaterem. Kapuściński pisze o Kapuścińskim, o tym, co widział, co zrozumiał, z kim rozmawiał. To się świetnie czyta, to daje emocje.

Granica między fikcją a rzeczywistością w literaturze jaką jest reportaż jest granicą niezwykle płynną. Ci, którzy ruszyli jego śladem, mówią, że koloryzował. Że posługiwał się niedopowiedzeniem, które u czytelnika rozpala umysł, ale u chłodnego badacza stawia kłopotliwe znaki zapytania. O masakrze na placu Tlateloco w Meksyku w 1968 roku Kapuściński mówił: „byłem tam wtedy”. W rzeczywistości był tam, ale miesiąc po strasznych wydarzeniach. Mówił, że przeszedł szlak Che Guevary w Boliwii. Niedopowiedzenie jest bardzo subtelne: przeszedł tę samą trasę, co Che, ale nie przeszedł jej razem z nim. Kapuściński nie precyzował, pozwalał rosnąć swojej legendzie. Dopowiadali inni, w pewnym sensie my sami stworzyliśmy legendę Kapuścińskiego. On jednak nie oponował, nie korygował. Być może bohater Kapuścińskiego wyszedł z ram książek? Być może, im więcej książek pisał, stawał się jednak mniej reporterem, a bardziej pisarzem.

Mistrz i uczeń

Jeśli z wielu książek Ryszarda Kapuścińskiego miałbym zdecydować  się tylko na jedną, wybór byłby prosty – „Podróże z Herodotem” z roku 2004. Książka krytykowana za zbyt wysoki tytuł, wytrzymuje próbę czasu. Czytam ją teraz w dziesięć lat po śmierci Autora i wydaje mi się, że jaśnieje jeszcze bardziej. Jest w tej książce kilka książek skrzętnie ukrytych. Opowieść autobiograficzna o samym Kapuścińskim. Opowieść o stawaniu się reporterem, o tworzeniu warsztatu reportera. O samym Mistrzu z Halikarnasu. Teraz, gdy porównuję zapiski czynione podczas lektury lata temu, dostrzegam, że dziś zatrzymuje mnie coś innego. Zaznaczam inne fragmenty tekstu, jedne podkreślenia obok drugich, mieszają się kolory. Tym razem te o przekraczaniu granicy czasu. Temu ostatniemu poświęcone są końcowe strony „Podróży z Herodotem”.

Kapuściński, który zabiera w swoje podróże „Dzieje”, przemieszcza się niejako w dwóch kierunkach. Podróżuje w czasie (starożytność) i w przestrzeni (teraźniejszość). „Przeszłość – pisze reporter z Warszawy – istniała w teraźniejszości, oba te czasy łączyły się, tworząc nieprzerwany strumień historii. Ale czy robiłem słusznie, próbując uciekać w historię? Czy miało to jakiś sens? Przecież w końcu odnajdujemy w niej to samo, przed czym zdawało nam się, że zdołamy uciec”.

Czytam dzisiaj „Podróże z Herodotem” i zastanawiam się, czy mogą być współczesnym odpowiednikiem „Drogi na Górę Karmel” św. Jana od Krzyża. Z pozoru – nic tu się nie zgadza. Już z pierwszej wskazówki karmelity każdy reporter zacząłby drwić: aby dojść do tego, czego nie znasz, masz iść przez to, czego nie znasz. Zagraniczny korespondent doskonale wie, gdzie ma się znaleźć, jak długo tam przebywać, wreszcie w jaki sposób dostać się do swojego celu. Jeśli jednak popatrzymy na podróże Kapuścińskiego, to zazwyczaj szedł dalej niż tego od niego wymagano, sam zbaczał z głównej i dobrze utartej drogi wiedząc, że prawdziwy temat leży na poboczu.

Szedł otwarty na spotkanie z Drugim, tym Innym. Ten Drugi staje się znakiem zapytania o mnie samego. Jeśli on jest Inny, to kim jestem ja? Czy różnimy się tak bardzo? I najważniejsze: na ile możemy razem współpracować?  Jedno z najważniejszych zdań w „Podróżach z Herodotem” to właśnie to: „Dlatego, w sensie idealnym, nigdy nie mamy do czynienia z historią rzeczywistą, ale zawsze z opowiedzianą, z taką jaka – jak ktoś utrzymuje – była; taką, w jaką ktoś wierzy”. Spotkanie z Innym uświadamia, że wszyscy jesteśmy Inni wobec Innych.

Pakowanie plecaka

„Podróże z Herodotem” to nie tyle książka sprawozdawcza z odbytej podróży, to bardziej przewodnik po drodze, która właśnie się kończy. Trudno nie czytać tej książki jako testamentu reportera z Warszawy. Ucz się języków. Ćwicz swoje ciało. Podróżuj, bo w ten sposób poznasz nie tylko świat, ale jeszcze bardziej siebie samego. A nade wszystko: słuchaj tego, co mówi napotkany na drodze człowiek. Możesz się z nim nie zgadzać, ale warto go wysłuchać. Zachowuj pokorę wobec obcych cywilizacji, ale nie zapomnij kim jesteś. A nade wszystko: w kolejna podróż zabierz ze sobą do plecaka koniecznie towarzysza. Tego anonimowego z „Opowieści pielgrzyma”. Jana od Krzyża „Drogę na Gorę Karmel”. Herodota. Albo Kapuścińskiego.