Jezus nie był jak inni nauczyciele, których można sobie było wybrać. Jezus jest jedynym nauczycielem, który sam dokonuje wyboru. Jedynym, kto ma prawo decydować o czyimś życiu, zarządzać czyimś losem.

1. Jakub i Jan „zostawili łódź i ojca, i poszli za Nim”. Św. Marek doda jeszcze, że wraz z ojcem i łodzią zostawili najemników. Dwaj inni bracia, Piotr i Andrzej, też „zostawiwszy sieci, poszli za Nim”. Co jeszcze zostawili prócz pracy i zarobku? Na pewno domy, w których zostały rodziny, Piotr miał przecież żonę, skoro miał teściową. Zostawili to wszystko i poszli za Nim „natychmiast”, to znaczy bez ociągania się, bez wahania, bez wątpliwości. On rzekł „Pójdźcie ze mną”, a oni poszli. On im zapowiedział „uczynię was rybakami ludzi”, a oni uwierzyli w te przedziwne słowa. Co takiego wydarzyło się nad Jeziorem Galilejskim, że ci praktyczni mężczyźni nagle porzucili pracę, a więc pieniądze, pewność i stabilizację, porzucili dom, a więc bezpieczeństwo, porzucili bliskich, a więc rodzinę dającą w życiu wsparcie, i poszli na Nim?

Jeśli chodzi o Piotra i Andrzeja, to nie było ich pierwsze spotkanie z Jezusem. Przecież spotkali już Go nad Jordanem, gdy przyjmował chrzest od Jana. To Andrzej był tym, który przyprowadził do Jezusa swego brata, Piotra. Kiedy nad Jordanem usłyszeli, jak Jan mówi o Jezusie, że jest Barankiem Bożym, poszli za Nim, „zobaczyli, gdzie mieszka i tego dnia pozostali u Niego”. Jeszcze jednak nie pozostali na zawsze, prawdopodobnie nazajutrz wrócili do siebie, choć już nie do Jana Chrzciciela, ale do codziennych zajęć. To właśnie wtedy, przy pracy, Chrystus ich wezwał słowami „Pójdźcie za Mną”. Już teraz pozostaną z Nim na zawsze, do śmierci i wniebowstąpienia.

2. W tamtym czasie w Palestynie wielu było nauczycieli i mistrzów. Można było sobie wybrać duchowego przewodnika, mędrca, któremu się zaufa, przywódcę, któremu powierzy się los. Po ziemi izraelskiej wielu chodziło nauczycieli, którzy wędrowali ze swoimi uczniami. Takim nauczycielem był także Jan Chrzciciel, który miał swoich uczniów, swoją duchową szkołę. Tak też Andrzej i Piotr najpierw potraktowali Jezusa. Gdy po raz pierwszy poszli za Nim, zwrócili się do Niego słowami „Rabbi, to znaczy Nauczycielu”. I poszli zobaczyć, gdzie mieszka. Tamto „powołanie” wcale nie było jeszcze powołaniem. Oni poszli za Nim z własnej inicjatywy. To oni Jego wybrali, a nie On ich. „Czego szukacie” – pytał Jezus. Bo to oni Go szukali, a nie On ich. Prawdziwe powołanie dokona się dopiero nad Jeziorem Galilejskim, gdy inicjatywa będzie wyłącznie po stronie Jezusa: przechodząc, ujrzał i rzekł. Jezus nie był jak inni nauczyciele, których można sobie było wybrać. Jezus jest jedynym nauczycielem, który sam dokonuje wyboru. Jedynym, kto ma prawo decydować o czyimś życiu, zarządzać czyimś losem.

3. Dzisiaj się bardzo dużo mówi o tzw. Kościele wyboru. Samo pojęcie oczywiście nie jest fałszywe. Używa się go, by opisać nową formę przynależności do Kościoła. Kiedyś dominował tzw. Kościół tradycji. W katolickim środowisku człowiek stawał się katolikiem niejako w sposób naturalny, dziedziczył wiarę po rodzicach i przodkach, czasami niezbyt się nawet nad tym dziedzictwem zastanawiając. Dzisiaj coraz częściej mówi się, że nie tylko Kościół trzeba świadomie wybrać, ale że trzeba także wybrać Jezusa i ogłosić Go swoim osobistym Panem. Czasami, niestety, zamiast prawdziwego Jezusa z Ewangelii, tym wybranym Jezusem jest– jak w piosence zespołu Depeche Mode – trochę taki „Personal Jesus”, „Twój własny, osobisty Jezus”. Niby wszystko w porządku, ale to przecież tylko taki Jezus na zawołanie:

Przy telefonie
Zbawię cię
Podnieś słuchawkę
A sprawię, że uwierzysz
Wiesz, że łatwo wybaczam
Sięgnij po wiarę i dotknij jej 

Jezus, w którego wierzymy, nie jest Jezusem naszego ułomnego wyboru, ale Jezusem, który wybiera nas. U Jezusa, którego sami sobie wybrali, Andrzej i Piotr zostali jeden dzień, no, może kilka, ale przecież wrócili do siebie, do dawnych zajęć. U Jezusa, który ich wybrał, Andrzej i Piotr zostali już na zawsze. Nie, w wierze nie chodzi o to, by sobie Jezusa wybrać, bo wybór taki będzie zawsze wyborem według własnych kryteriów. To będzie zawsze jakiś „osobisty” Jezus. Chodzi o to, by się dać Mu uwieść – jak w miłości od pierwszego wejrzenia. Ale w tej miłości nie chodzi o to spojrzenie, którym my na Niego patrzymy. Chodzi o Jego spojrzenie na nas. Tam, nad jeziorem, to nie oni Go zobaczyli, to On ich ujrzał. I było to spojrzenie, któremu nie mogli się oprzeć.

To nie oni Go zobaczyli, to On ich ujrzał. I było to spojrzenie, któremu nie mogli się oprzeć

4. W encyklice Spe salvi papież Benedykt pisze: „chrześcijańskie orędzie nie tylko «informuje», ale również «sprawia». Oznacza to: Ewangelia nie jest jedynie przekazem treści, które mogą być poznane, ale jest przesłaniem, które tworzy fakty i zmienia życie” (n. 2). Słowa Jezusa sprawiały i zmieniały ludzkie życie. Tak przecież było nad jeziorem, gdy spotkał tych rybaków przy sieciach. Czy dzisiaj siła Jego słów jest taka sama? Czy dzisiaj już słowa Jezusa nie uwodzą? Jeden z teologów reformowanych, Timothy Keller, pisze: „Jeżeli nauczanie naszych duchownych i działania naszych parafian nie mają takiego samego wpływu na ludzi jak nauczanie Jezusa, [to znaczy, że] nie przekazujemy tego samego przesłania co On”. To bardzo oskarżycielska teza. Przecież słowa Jezusa nie straciły mocy, a Ewangelia wciąż sprawia nowe życie. Problem polega tylko na tym, że Jezusowa Ewangelia dociera do współczesnych ludzi już nie bezpośrednio z ust Jezusa, ale za naszym pośrednictwem, to znaczy przez słowo Kościoła. Może to już nie jest słowo Jezusa i Jego Ewangelia?

A może problem jest gdzie indziej? Może spojrzenie Kościoła zbyt rzadko jest już spojrzeniem Jezusowym? Może Kościół, który patrzy na człowieka, nie uwodzi swym wzrokiem?

Jak wiemy, Jezus jeszcze raz spojrzy na Piotra. A będzie to na dziedzińcu arcykapłana, w chwilę po tym, gdy Piotr się Go zaprze. Może wtedy przypomni sobie to pierwsze spojrzenie znad Jeziora Genezaret? Bo czy szukamy Jezusa, czy też może Go zdradzamy, On patrzy wciąż tak samo. I jeszcze jedno. Jezusowe spojrzenie uwodzi, ale przecież nie zniewala. Na bogatego młodzieńca Jezus też spojrzy z miłością. I też mu powie „chodź za Mną”. Ale ten – jak wiemy – „spochmurniał i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości”. Wiara jest bowiem dla ryzykantów. Dla tych, co są gotowi powierzyć się słowu, porzucając wszystko, co dotychczas dawało gwarancję życiowego  bezpieczeństwa. Jezus patrzy wciąż tak samo. Tylko my mamy coraz cięższe sieci i coraz większe łódki. I coraz więcej do stracenia.