Jeżeli władza chce nas, Polaków, zradykalizować – podsuwając podziały na zdrajców i bohaterów, traktując niuanse ze srogą, a może tępą, miną – odpowiedzmy siłą spokoju.

Zdrada może być haniebna i podła; mówimy, że przynosi potępienie i pogardę. Dotyczy tego, co najważniejsze – może być małżeńska, narodowa. Zdradzić można przyjaciół, interesy, ideały, kraj, ojczyznę. Dokonuje się aktu zdrady albo spotyka się z zarzutem zdrady. Możemy zdradę popełnić, dopuścić się jej albo być jej winnym. W końcu możemy podejrzewać kogoś o zdradę, oskarżać kogoś o zdradę lub mu ją zarzucić.

Niedawno o zdradzie wypowiedział się prezydent Andrzej Duda. Podczas wizyty w Zabrzu przekonywał jego mieszkańców do „reformy” oświaty: – Oczywiście jest pytanie, czego nas uczą. Z całą pewnością trzeba uczyć inaczej, niż mnie uczono w mojej szkole przed ’89 rokiem. Zapewniam państwa, że polska szkoła będzie uczyła prawdziwej polskiej historii, historii, w której wiadomo, kto był zdrajcą, a kto był bohaterem – mówił prezydent. Według Andrzeja Dudy, obecnie gwaranta ciągłości władzy państwowej, istnieje zatem w systemie oświaty nieprzerwana ciągłość, łącząca PRL-owską szkołę, do której uczęszczał, z obecną szkołą – dopiero Prawo i Sprawiedliwość będzie w stanie skierować oświatę na inne, słuszne tory.

Pozostańmy jednak w wątku zdrady.

Andrzej Duda widzi Polaków podzielonych na zdrajców i bohaterów (czy kolejność ma znaczenie?). Mówi, że po ’89 roku tylko „teoretycznie” nie panował w Polsce ustrój zdrajców i wskazuje tych wybranych Polaków, którzy „zachowali się jak trzeba” (wypowiedzi z pogrzebu „Inki” i „Zagończyka”), a także wyraża swoje oczekiwania wobec polskiej szkoły – oddzielanie zdrajców od bohaterów ma się stać jej zadaniem.

Gdy słyszę wypowiadane publicznie słowo „zdrada”, zawsze mam wrażenie, że przychodzi ono mówiącemu zbyt łatwo i że mówiący nie liczy się z konsekwencjami tego, co mówi. Bo zdrada to zarzut rangi najwyższej. Zdradzić to dużo więcej, niż nie mieć racji czy być negatywnie zweryfikowanym przez wyborców. Zdrada ojczyzny to świadome działanie na jej szkodę. 

Zdradzić to dużo więcej, niż nie mieć racji

Przypomina mi się sytuacja sprzed roku. Przysłuchiwałem się spotkaniu poświęconemu dwóm nowościom wydawniczym Muzeum Historii Polski z serii na stulecie niepodległości; jedna książka z tradycji narodowej („Liga Narodowa 1893–1928. Wybór relacji”), druga z socjalistycznej („Przewrót w Polsce”, wspomnienia Jędrzeja Moraczewskiego). Prowadzący poprosił dwóch dyskutujących historyków (również: jeden z nurtu prawicowego, drugi lewicowego), aby na koniec rozmowy w swoim bilansie międzywojnia powiedzieli coś pozytywnego o przeciwnym obozie politycznym. Historyk lewicowy z łatwością dostrzegał zasługi nurtu narodowego i opowiadał o nich. Historyk prawicowy zdołał wykrzesać z siebie na temat lewicowców jedno krótkie zdanie – a wypowiedział je z pewną satysfakcją: – Jednak nie zdradzili.

Pomyślałem, że to nieprzyzwoite. Że przecież wzajemne oskarżanie się Polaków o zdradę było i jest dla naszego społeczeństwa zbyt kosztowne, by po stu latach kwitowano je jednym, beztroskim: „nie zdradzili”. Oskarżenia o zdradę (polskości) legły u podstaw politycznego mordu na pierwszym polskim prezydencie. Tymczasem okazuje się, że dziś, po latach, każdy historyk podczas publicznego spotkania może kpić z historycznego dramatu pomówień, zamiast tłumaczyć słuchaczom, że płynie z nich lekcja pokory wobec jednostronnych i przejaskrawionych ocen.

Dziś debata publiczna w Polsce radykalizuje się. Jeżeli władza chce nas, obywateli, Polaków, zradykalizować – podsuwając podziały na zdrajców i bohaterów, a do niuansów podchodząc ze srogą, a może tępą, miną – odpowiedzmy siłą spokoju. I nie nazywajmy się wzajemnie zdrajcami, nie warto dawać się podpuścić. Przecież nie będziemy czekać stu lat, aby kolejny historyk łaskawie zawyrokował, żeśmy jednak nikogo ani niczego nie zdradzili.