„Już przed wojną pasjono­wało mnie tropienie wishful thinking — pobożnego myślenia, na które w dalszych latach wojny ukułem termin «chciejstwo»” – Melchior Wańkowicz relacjonuje swoje ostatnie rozmowy z ministrem Beckiem i naczelnym wodzem Rydzem-Śmigłym.

Nie jestem ani historykiem, ani publicystą politycznym. Na propozycję „Więzi” podaję materiał, który zebrałem dla celów reportażowych. Opieram go częściowo na fragmencie mojej książki „Droga do Urzędowa”, częściowo na pamięci, notatki bowiem zginęły.

Rumuńska śmietanka

Po klęsce wrześniowej znalazłem się w Bukareszcie. Prasa rumuńska była dla piór polskich zamknięta pod presją nie­miecką. Granicę rumuńską przekroczyłem 25 września, brodząc przez Dniestr z maszyną nad głową. Tymczasem jeszcze walki w Polsce trwały. Jedyne źródła, to były informacje niemieckie. Kawiarnie, pełne Polaków, przelewały się od błota rzucanego przez zrozpaczonych ludzi na nasz wysiłek zbrojny. Do mego pokoiku na przedmieściu przenikali żołnierze jeszcze z bitwy 6 października pod Kockiem, opowiadali. Powziąłem myśl ze­brania tych opowiadań, które następnie ukazały się w książce „Wrzesień Żagwiący”. Pisząc je, musiałem sięgnąć do relacji wyższych wojskowych. Ale nasi generałowie, jak również człon­kowie rządu, byli internowani. Ministrowie, podsekretarze stanu i wyżsi urzędnicy w Baile Herculane, tamże obok generałowie, Beck i min. Roman w Braszow, Śmigły-Rydz w Kimpolungu i prezydent Mościcki w Krajowej.

Do Baile Herculane dostać się było najłatwiej. Przez Orsowę, gdzie na Dunaju czerniały wywalone na brzegi całe flotylle barek, zakupionych przez Anglików, by ich nie mogli zafrachtować Niemcy. Od Orsowej pociąg wziął w prawo, w góry. Tam, gdzie jedzie – znajduje grupę ludzi odrzuconych od drogi dziejowej, jak te kadłuby okrętów skazanych na wegetację.

Przyjechałem nocą przed ponure gmaszysko Hotel Ferdinand, tonące w śniegach. Portier przekonany pięćdziesięciolejówką, że owszem znajdzie się wolny pokój w tej ministerialnej kaza­macie, wiódł szerokimi, półoświetlonymi, pustymi jak bezna­dzieja korytarzami. Wielkie, spękane płyty kamienne, nie po­kryte dywanem, przypominały wschodni karawanseraj. Pod wy­paczonymi drzwiami stały wypaczone buty dygnitarzy, ich połowic, ich kuzynek. Europejskie, mocno schodzone buty miały na tych pokruszonych flizach miny cierpiące, filozoficzne, nie­które damskie pantofelki uroczo bezmyślne. Jakie sny śnią ci ludzie za spaczonymi drzwiami?

Melchior Wańkowicz

Portret Melchiora Wańkowicza, 1974 r. Fot. Benedykt Jerzy Dorys

Obudziłem się późno. Sięgnąłem ręką z łóżka do rolety i po­kój zalał ostry, słoneczny blask. Przed samym oknem jakaś oszalała góra darła się w niebo i aż gryzła blaskiem śniegu. Wykręcając mocno głowę, zobaczyłem gdzieś za szczeliną mię­dzy górą a piętrami hotelu – błękitny skrawek nieba. Ubra­łem się szybko, bo była to już dziesiąta. Mroźne powietrze, które buchnęło z okna, napełniało rześką inicjatywą.

Otwierając drzwi zadałem sobie pytanie: jak będzie wyglądał pierwszy dygnitarz.

— Kogóż ja widzę, kogo?…

Witający tak kordialnie dygnitarz, aczkolwiek opuszczający Warszawę upalnego 5 września, był ubrany jak na sezon Chamonix: eleganckie futerko, pumpasy, wełniane pończochy, w skarpetkach wywiniętych na sportowe buty. I to radosne powitanie („i państwo zawitali na sezon? Co za urocze góry..”)

Przecież ci załamani ludzie nie byli więźniami

Exministrowie zbierają się codzień o piątej na to, co z żar­tobliwym smutkiem nazywają ^posiedzeniem rady ministrów”. Prenumerują składkowo „Timesa”, którego im tłumaczy wicepre­mier Kwiatkowski. Analizują. Przypominają, co mogą przypo­mnieć, co może się jeszcze przydać. Dygnitarz w pumpasach, który też już znalazł możliwości wyniesienia się do Bukaresztu, mówi, że „oni” montują obronę rządów przedwrześniowych.

Tymczasem — mogą myśleć o sobie. Może myśleć o sobie min. Świętosławski, na którego czeka katedra w Ameryce; żona została w kraju, już jej nie zobaczył, bo szła pieszo do Warszawy, odmówiwszy pobrania benzyny i już go nie zasta­ła. Jest to drugi biegun „Maciusia, który przyjechał z War­szawy”.

Odgrzebują zapomniane fachy. Potrząsają swymi teoretycz­nymi dyplomami prawnymi, lekarskimi. Jeden myśli o karierze W Hollywood dla ślicznego synka. Przewiedział się o najtańszy stateczek grecki z Pireusu, ale podczas kiedy już szalała bez płatna turystyka mas, nawet na ten stateczek nie staje pienię­dzy. Fabrizius, poseł niemiecki, już przebiera chciwymi palu­chami, już ma tych ludzi, którzy stanęli w poprzek niemiec­kiej woli. Będzie. można ich skatować, albo bezcześcić ho­norami. Osiemnastu generałów, mieszkających w trzystumetrowej uliczce, zamkniętej przez warty, nie ma swobody ruchów, więc mój odczyt w ich sali jadalnej zgromadził pre­miera, wicepremiera, ministrów, podsekretarzy stanu, dyrek­torów departamentu i ich rodziny.

Przez okno w czasie odczytu bezczelnie zaglądali oficerowie rumuńscy. Zgasło światło. I kontynuowałem przy migotaniu naprędce ustawionej świeczki. Wtedy ponownie zabłysło świa­tło. Do sali wkroczył kapitan, adiutant dowódcy obozu i, nie meldując się nikomu, wezwał mnie do pułkownika.

Spojrzałem na premiera, ale nic nie wyczytałem w jego twa­rzy. Chciałem przystosować się do niepisanych praw, które Wy­twarza każde środowisko uwięzionych. Przeniosłem wzrok na wicepremiera – pytałem spojrzeniem o instrukcje. Szedłem wzrokiem po dygnitarzach – na próżno. Spuszczali kolejno wzrok – spojrzenie moje szło, jak podmuch po świeczkach. Kiedy wzrok ostatniego zgasł, zrozumiałem, że mam radzić sam.

Wygrzebałem pospiesznie z kieszonki na piersi rozetkę ru­muńskiej komandorii i umieściłem w klapie. Niewiele to po­mogło. Komendant, pułkownik powołany z rezerwy, nie przed­stawiając się, począł wrzeszczeć od progu, że bez jego zezwole­nia nie można urządzać odczytów. Poniosło mnie, wsiadłem na niego, czy rozumie, że to nie są żadni internowani, tylko rząd zaprzyjaźnionego państwa w gościnie. Stropił się, prze­praszał…

Kiedy stanąłem ponownie za pulpitem, wszystkie oczy wpa­trzyły się z oczekiwaniem. Kiedy zamiast wyjaśnień począłem kontynuować odczyt rozległy się brawa.

Wieczorem przy obiedzie premier zamówił najmniejszą karafeczkę wina za 12 lei — równoważnik 2 centów. Wszystko, co się zamawiało, płacił rząd rumuński – premiera to dła­wiło. „Kuchnia rumuńska jest tak ciężka –  tłumaczył – że lampka czerwonego wina jest po prostu koniecznością. Był najszczęśliwszy, kiedy poszedł z rodziną do restauracyjki na najskromniejszy obiad za własny grosz, którego niemal nie miał.

– Ot co znaczy człowiek wolny – mówił o perypetiach z odczytem. – Przyszedł i opanował sytuację. Pomyślałem, że jednak w najcięższych więziennych warun­kach narzucano dozorcom niepisany status więźnia politycznego. A przecież ci załamani ludzie nie byli więźniami.

Z rządu, który uniósł głowy do Rumunii, palce niemieckie starannie wyłusknęły to, co mogło być instrumentem dalszego oporu. I kiedy plebs sprzątnięto do Herculanum — naczelnego wodza  i ministra  spraw  zagranicznych izolowano.

Wishful thinking, czyli chciejstwo elit

Beck siedział w złotej klatce luksusowego hotelu w Braszow. Zajmował z min. Romanem i świtą całe piętro, ale był nieby­wale strzeżony. Gdy wychodził na spacer, biegły za nim1 całe hordy szpiegów zarówno alianckich, jak niemieckich i ru­muńskich. Kiedy chciał pojechać na wizytę z nocowaniem do znajomych Anglików, władze rumuńskie nie zezwoliły. Na kil­ka dni przed mym przybyciem bezczelny fotoreporter niemiecki zdjął go przy obiedzie na sali restauracyjnej. Sekretarz Becka, Rogójski wyrwał aparat fotograficzny, otworzył, film wyświetlił.

Jak ścisły był nadzór, świadczy fakt następujący: kiedy Niemcy w ósmym dniu wojny zapowiadali przez radio, że mnie złapią, poprosiłem, żeby mi wydano dowód osobisty na nazwisko Mieczysław Wołowicz. Chodziło o to, aby mieć te same inicjały, co na rzeczach i bieliźnie. Dowód był zaopa­trzony w moją fotografię. Postanowiłem się tym dowodem zameldować w hotelu. Wygalonowany portier wziął ten dowód i nie robiąc żadnych uwag, wpisał „Melchior Wańkowicz”. Tak dobrze działał wywiad zapewne niemiecki. Całe ciągi artykułów drukowanych anonimowo w polskim dzienniku, wychodzącym w Bukareszcie, po wojnie odnaleziono w archiwach niemieckich przetłumaczonych i opatrzonych moim nazwiskiem.

Z Beckiem rozmawiałem od piątej po południu do pół do drugiej w nocy z przerwą na obiad, w czasie którego zresztą kontynuowaliśmy rozmowę.

Wyliczał sukcesy ostatniego miesiąca swego urzędowania: Traktat sojuszu wojskowego z Anglią z dnia 25 sierpnia 1939 r. (to ten traktat Lewin nazwał swataniem Rabinowiczówny za ks. Walii). Beck podkreślał, że od czasów napoleońskich Anglia nikomu takiego sojuszu nie ofiarowała. Odmowa przez Węgry przepuszczenia wojsk niemieckich, wsparta zagrożeniem wy­sadzenia tuneli. Droit de Residence uzyskane na rządzie ru­muńskim na podstawie precedensu belgijskiego z tamtej wojny (a więc uzyskane podstawy dla przeniesienia funkcji państwa). Droit de Passage — dane jeszcze na polskiej ziemi imieniem króla rumuńskiego (a więc możność dla wojska przebycia i opuszczenia Rumunii).

Józef Beck

Minister spraw zagranicznych Józef Beck w Cieszynie, 1938 r.

Beck wierzy w zawartą koalicję, w to, że zasiądziemy do stołu obrad jako kontrahenci, gdy np. Czesi stać będą za drzwiami. Że Lloyd George, kiedy jeszcze krew nie obeschła miał czelność naszemu posłowi powiedzieć, że Polska nie za­służyła na pomoc jako kraj reakcyjny; że Halifax, minister spraw zagranicznych, wyrzuca Polskę zza Bugu, wskrzeszając linię Curzona? — Ale Beck zwraca uwagę, że kiedy przez radio przemawiał król, grano tylko hymny, angielski, fran­cuski i polski.

Nie mogąc przebić tej konwencji optymizmu, schodzę na po­zycję pytań formalnych. Przez parę godzin Beck mówi o pro­pozycjach Rosji, o polskiej odmowie, o rozmowie z ambasadorem ZSRR Szaronowem, który jeszcze 11 września deklarował się z udzieleniem benzyny.

A jakaż była linia naszej polityki zagranicznej? Minister odpowiada, że na tej linii leżały cztery zadania: Traktat Mniejszościowy, który zrzuciliśmy; nawiązanie stosun­ków z Litwą, czego dokonaliśmy; odzyskanie Zaolzia, co osiągnęliśmy; nieoddanie Gdańska — o co toczy się wojna. Nie należy bowiem zapominać, że to walczy koalicja, że zasią­dziemy przy stole itp.

Chciejstwo jednak jest atrybutem mężów stanu w równym stopniu

Jestem nieco znużony tymi sukcesami, zasypany cytowaniem not, na których tylko powierzchownie się wyznaję, nie będąc reporterem politycznym. Natomiast już przed wojną pasjono­wało mnie tropienie wishful thinking — pobożnego myślenia, na które w dalszych latach wojny ukułem termin „chciejstwo”. Tak pewna pani przybyła do Bukaresztu twierdziła, że wojna skończy się w ciągu roku, a kiedy ją spytałem, jakie ma po temu przesłanki, odpowiedziała — „bo my dłużej nie będziemy w stanie tej okupacji znosić”.

Chciejstwo jednak jest atrybutem mężów stanu w równym stopniu. Liczne stwierdzone zapewnienia naszych dygnitarzy, że wojny nie będzie, nie były podtrzymywaniem ducha, tylko — chciejstwem.

Po obiedzie więc, nawiasem mówiąc, bardzo wystawnym, z przekąskami, z winem (hotel miał zlecenie władz rumuńskich prezentowania do wypłaty rachunków podpisywanych przez „gości” polskich) — postanowiłem otropić, ile się da ono chciej­stwo.  Kiedyśmy wrócili  do  numeru,  postawiłem pytanie: Czy minister Beck liczył się z możliwością agresji niemieckiej?

Odpowiedź jest — obfita. Beck mówi, jak przed Hitlerem Niemcy uważali Polskę nie za partnera, a za obrazę osobistą i jak on postanowił przekonać świat, że w stosunku do Polski możliwa jest nie tylko staropruska polityka.

Ale… czy oczekiwał agresji? Więc znowu o widzeniach z Hitlerem, o tym, że Hitler cofa się w dyskusji, że daje sobie wytłumaczyć różne rzeczy. Że uległ w sprawie polskiej Ribbentropowi, który jest głupim człowiekiem. Sprawdziło się jego zapewnienie, że Europa nie ruszy w sprawie Sudetów. Hitler więc mu uwierzył, kiedy to samo zapewnienie dał w sprawie Polski.

Północ minęła, obaj byliśmy zmęczeni, Beck nerwowo chodził po pokoju, chciałby już skończyć. Ale się zasiedziałem, dobre maniery, nieprzeciągania wizyty, w kąt poszły.

— Ale… czy pan minister liczył się z agresją?

Beck znowu mówi o rozmowach z Hitlerem, o tym, że opu­szczając Warszawę przytłoczył jego wielką autografowaną fo­tografię pociskiem.

Przypomniałem, jak szef policji gen. Kordian Zamorski wyło­żył z rewerencją takąż fotografię wraz z listem Hitlera — aby strzegł przed Niemcami dywanów i porcelany. To nie kundel, pomyślałem. Ale jak z chciejstwem?

— Ale… czy pan minister liczył się z agresją? Panie minis­trze — pośpieszyłem stuszować natarczywość —rozumiem, że to łatwo mówić po fakcie. Ale czy zabranie Zaolzia było na czasie.

— Byliśmy tylko konsekwentni, nie chcieliśmy otrzymywać mniej  niż Niemcy.

— Jeden koń, jeden zając — mruknąłem, ale znowu stuszowałem — czy właśnie przy konsekwentnej linii generalnej, nie–przykładanie ręki do tego nie byłoby słuszniejsze?

— Co pan wciąż o tej linii? Gdyby w polityce zagranicznej można było raz na zawsze określić linię, nie byliby potrzebni ministrowie spraw zagranicznych.

Odpowiedź — jakże typowa dla Piłsudczyka, którego typ psychiczny powstał w koniunkturze politycznej i nie został podbudowany żadną szkołą myślenia socjologicznego.

Znowu nawróciłem do naczelnego pytania:.

— Czy pan minister liczył się z agresją niemiecką?

Minęła pierwsza po północy. Nie było innego sposobu spła­wić uciążliwego rozmówcy. Beck zatrzymał chodzenie po poko­ju, stanął przecie mną i powiedział:

— Jeszcze w lutym 1939 sądziłem, że Hitler nie ma ostatecz­nej decyzji; że agresja niemiecka może pójść Dunajem — na południowy wschód Europy.

Wyniesiony zbyt wysoko

Do Śmigłego–Rydza dostać się było absolutnie niemożliwe. Niemcy rządzący się w Rumunii, traktowali go jak pszczołę–matkę, odłączoną od roju. Ten rój z kampanii wrześniowej buzował się po Węgrzech, Rumunii, Litwie, kwestia była, czy wróci do Polski, czy osiądzie na polach bitewnych Francji.

Osadzono więc polskiego naczelnego wodza w dzikim paśmie gór pod Kimpolungiem, w letniej willi patriarchy Mirona. Strzegł go przydzielony oficjalnie oddział policji rumuńskiej, a nieoficjalnie zapewne agenci wszystkich państw zaintereso­wanych. Jedynym człowiekiem, który od Rumunów otrzymał zezwolenie na widzenie ze Śmigłym–Rydzem był urzędnik Am­basady Łączkowski (zamieszkujący obecnie w Warszawie), który przywiózł marszałkowi dymisję od rządu Sikorskiego. Jedy­nym człowiekiem, który odwiedził go bez zezwolenia oficjalne­go był minister Antoni Roman. Śmigły–Rydz miał możność wyjeżdżać do Kimpolungu dla sprawunków i porad w towa­rzystwie oficera rumuńskiego. Oficer, otrzymawszy łapówkę, skręcił wóz w jeden z –wąwozów, w którym już czekał Roman. Rozmawiali pół godziny.

Roman więc miał już jedną nić, okazało się, że ja mam drugą. Przy Śmigłym–Rydzu był jego lekarz płk. Cianciara, który mnie leczył przed wojną (obecnie mieszka w Warszawie). Oficer rumuński otrzymał łapówkę za zezwolenie dr Cianciarze przyjęcia dawnego swego pacjenta.

Dr Cianciara czekał mię na przystanku autobusowym wie­czorem; porozumiałem się z nim, że przyjadę raniutko na­zajutrz i pojechałem dalej na nocleg do Kimpolungu. Nazajutrz przed ósmą rano byłem z powrotem na miejscu. Doktór oświad­czył, że marszałka zobaczę za chwilę, a tymczasem nie mógł sobie odmówić przyjemności rozesłania prześcieradła na oto­manie i uzbrojenia się w stetoskop. Był siąpliwo-mroźny, roz­mazany ranek grudniowy; kurcząc się pod dotykiem zimnych słuchawek, pytałem, czy nie należałoby przepalić w piecach. Doktor tłumaczył się oszczędnościami: marszałek nie godzi się żeby Rumuni łożyli na jego utrzymanie, a należna według konwencji gaża jakoś jeszcze wciąż nie dochodzi.

Wszedł płk Wenda, prosząc na śniadanie. Herbata i chleb z masłem. Poszeptano — zjawił się ser, wyraźnie na intencję gościa. Wenda mówi, że gdy raz kupili butelkę wina, które jest w Rumunii za bezcen, zrobiło to przykrość marszałkowi.

Śmigłego-Rydza znałem mało, aczkolwiek jeszcze sprzed pierwszej wojny, kiedy uczył nasz pluton strzelecki tyraliery. Widziałem go w krytycznej chwili pod Wilnem, kiedy zacho­wał piękną postawę. Miałem go za odważnego żołnierza i nie mam podstaw, by ten sąd zmieniać. Kiedy wywindował się na wyżyny polityczne, nie miałem ani możności, ani powodu widy­wania go, nie będąc człowiekiem politycznym. Po „Smętku” zdziwił mię jego własnoręczny, dosyć obszerny list, pisany od­ręcznie dziwacznym pismem. Prosta żywa reakcja człowieka wywindowanego na półboga była ujmująca, ale w jej uczciwej bezpośredniości było coś naiwnego.

Marszałek mówił z właściwym sobie ujmującym uśmiechem, ale ten uśmiech nie miał ognia. Mówił, jak po śmierci Pił­sudskiego zastał stan mobilizacji grożący katastrofą, oparty na fikcji 46 dywizji, kiedy 30 dywizji było marzeniem nie do spełnienia; nie było ani jednego działka przeciwlotniczego, ani jednego pepanca z wyjątkiem gratów z 1920. Jeszcze w czasie dni litewskich — mówił — skóra na mnie cierpła. Kosztorys najskromniejszych umocnień na zachodzie wynosił półtorarocz­ny całkowity budżet polski. A przecież fortyfikowaliśmy wschód. Skromny plan dozbrojenia, niechby choć po 6 pepanców na pułk, puchł do trzech, czterech, wreszcie pięciu miliardów. Cóż miałem robić? — podniósł swoje wyraziste, pełne cierpienia oczy — nie jestem fachowcem ekonomistą. Kwiatkowski mówił, że dalej iść nie możemy. Zebrałem finansistów, orzekli, że nie nagrzebią więcej, jak 180 milionów. Rzuciłem słowa, za które chcieli podawać się do dymisji…

Edward Śmigły-Rydz

Generał Edward Śmigły-Rydz, marszałek Polski 16 października 1937 r.

Marszałek wzburzony milczy. Za oknem po szybach cieknie brudna, jesienna woda, za szybami stoi świat rozkisły i roz­lazły, dostojnie tanie, patriarsze fotele chłoną miarkowane przemocą słowa, w których tai się krzyk.

Marszałek położył rękę na gazecie. Pobiegłem wzrokiem po tytułach: Alianci dali jednorazowe zamówienie w Stanach na sumę miliarda funtów. To znaczy 25 miliardów złotych. Tyle co dwadzieścia pięć lat naszych całkowitych budżetów wojen­nych. Wielki Boże!… Cóż tu pomóc mogło szarpanie się z ban­kierami.

Marszałek znów zaczął mówić:

— Od wiosny częściowo mobilizowaliśmy, to jakże się bu­rzono!… Jakie listy pisano do rodzin!… Trzeba znać nasz naród — niecierpliwy, niewytrwały. Z grupy śląskiej miałem ponad 1000 dezercji do Niemiec. Jak można było stale trzymać Polskę pod bronią? I za jakie środki? Przecież Niemcy mieli klucz sytuacji: właśnie wówczas by czekali, aż nas zje mobilizacja.

— Ale ją wstrzymano na dwa dni przed wybuchem wojny.

— Bo sojusznicy drżeli, abyśmy nie zrobili czegokolwiek, co by mogło być przez Niemców podane jako polska prowokacja.

— A ich pomoc?

— Mieli uderzyć całą siłą.

— Gdyby nawet. Czyż nie liczyliśmy się, że broń pancerna nas zgniecie?

— Muszę przyznać — mówi z prostotą marszałek — że nie doceniałem aż tak dalece znaczenia broni pancernej — po–milczał — gdyby to taka wojna, jak w 1920, to moglibyśmy się opierać.

— Jakaż więc była koncepcja?

— Jakąż koncepcję mieć można przy tym położeniu geopo­litycznym? Ale czy można było sączyć wątpliwość w naród, który ma walczyć?

— To łudzenie spowodowało dziką ewakuację.

— Za ewakuację odpowiadają władze cywilne.

—: Oficerowie też ewakuowali się z żonami i betami.

— Oficerowie nie ewakuowali się z żonami i betami — mówi z rozdrażnieniem.

— Oficer też nie był szkolony na to, że pozostanie w linii bez rozkazów.

— Rozkazy były do końca wydawane hughesem i przez sa­moloty.

Zamilkłem skonsternowany.

Wszedł mjr Krzeczkowski, prosząc na obiad. Menu iście żoł­nierskie: rosołek, kapusta faszerowana. Na niej — ni przypiął, ni przyłatał — leży parę kawałków mięsa. Zapewne podane ad hoc na intencję gościa, jak ten ser rano.

Jest zimno, willa cuchnie wyziewami. Nie ma nawet prymi­tywnej lokalnej kanalizacji.

Przy stole poza dr Cianciarą siedzi płk Wenda i inż. Wędziagolski, przyjaciel marszałka. Opinia tak niechętnie mówiła o roli Wędziagolskiego w kamaryli przy Śmigłym, jak w Rosji mówiono o Rasputinie.

Nic nie wiedzą, co się dzieje w świecie, nic nie wiedzą nawet o ocenach minionej kampanii. Kioski Rumunii są zawalo­ne dziełem „Feldzug in Polen”, obficie dokumentowanym szki­cami; w odległym o 20 km Kimpolungu, do którego jeżdżą kąpać się i do fryzjera, leżą te książki na wystawie — ale oni nic o tym nie wiedzą; w tymże Kimpolungu w kiosku sprzedaje się numer tygodnika niemieckiego „I.B.” poświęcony tej kampanii, opatrzony 22 mapkami obrazującymi operacje dzień po dniu. Ale i o tym numerze nie słyszeli. Nie doszedł ich artykuł mjr G. F. Elliot w „Life” (do nabycia w każdym kiosku rumuńskim) dający ocenę tej kampanii.

Wreszcie okazało się, że Śmigły nic nie słyszał o wywiadzie, jakiego miał udzielić metropolicie w Czerniowcach. W tym wy­wiadzie naczelny wódz polski zeznawał, że postanowił skapi­tulować w 2 dniu wojny, ale mu na to nie zezwolili sojuszni­cy. Wywiad obleciał całą prasę, był też w „Bucarester Tage–blatt”. Byłem gotów przypuszczać, że po prostu marszałek i jego świta wolą o tym nie mówić. Ale wówczas Śmigły nie wzbu­rzyłby się tak tą wiadomością.

Po obiedzie wszyscy przeszli na kawę i chałwę (najtańszy przysmak rumuński). Tensja wynikła na skutek ujawnienia przeze mnie wywiadu emanowała z marszałka, udzielała się otoczeniu. Rozmowa szła jak po grudzie. Ponowny powiew przez ściany letniej willi przyniósł fale odoru z ustępu. Wymy­kali się jeden po drugim. Został tylko marszałek. Za pół go­dziny nadchodził autobus. Czując, że uchodzą ostatnie chwile, opuściłem wzrok, skupiając się na najbardziej celowe pytanie. W polu mego widzenia była jedynie dłoń marszałka.. Dłoń ta, pokryta puchem gęstym jak futro, zaciskała się kurczowo na rzeźbionej poręczy patriarszego fotela. Podniosłem wzrok i zoba­czyłem twarz przeobrażoną, porytą cierpieniem.

Z ust marszałka wydobył się głos — drewniany, przeciska– j jacy się z trudem, jak by nie należący do niego. Ramiona po­chyliły się, jak by na nie zadawał trzycentnarowy wór.

— Mówią… że jestem… tchórzem… że… uciekłem… Przesilałem się bezradnie, by przyjść temu głosowi z pomocą.

— Mówią, że jestem tchórzem — Śmigły nabiera w siebie powietrza.

Stanął mi przed oczyma urzędnik konsulatu, natrząsający się do „petentów” ze Śmigłego–Zająca, dokładne wyliczanie w „Cafe Elisabeth”, co było w ciężarówkach Rydzowej, plotki o tym, jakie słowo Rydzowi rzucił w Roll–Royce jakiś kapitan przy przejeżdżaniu mostu z Kut, podśmiewanie się żołnierzy, że znaleźli się w Rumunii „szlakiem marszałka”, podśmiewa­nie się, że Rydz nosi spodnie na pasku, bo mu wszystkie guziki Niemcy oberwali (aluzja do mowy, w której zapowie­dział, że nie oddamy ani guzika), fotomontaże w prasie niemiec­kiej uśmiechniętego Śmigłego-Rydza na tle zmęczonych jeń­ców polskich z podpisem, że Feigling (tchórz) bawi w kurorcie, obficie czerpiąc ze złota, które wywiózł.

— Miałem trzy rzeczy do wyboru — marszałek opanował głos — to było: 1) walczyć, 2) odebrać życie, 3) pójść do niewoli. Walczyć — nie miałem więcej jak pół kompanii — to znaczy skierować z pistoletami na czołgi oficerów sztabowych, dorobek dwudziestolecia teraz tak potrzebny. Odebrać życie — to znaczy stwierdzić przegraną. Lecieć do Warszawy?…

Wstrząsnął się:

— Za nic w świecie nie chciałbym dostać się do niewoli. Sądziłem, że wojska przejadą do Francji. Były nawiązane kon­takty.

Ach ten nieszczęsny Droit de Passage

Kiedy odjeżdżałem, na ganek wyszedł marszałek, aby jeszcze raz z naciskiem podkreślić, że to nie jest wywiad dzienni­karski, że to jest materiał dla Panoramy Losu Polskiego, której pierwszy zarys mgliście wówczas zaczął mi się zarysowywać, że, w każdym razie, nie opiszę naszego spotkania zanim trwa wojna.

W parę tygodni potem otrzymałem jego obszerne uwagi co do fragmentów „Września Żagwiącego” pozostawionych mu w rękopisie. Oczekiwałem, że otrzymam pewne związanie z pla­nem akcji oddziałów, które opisywałem, ale uwagi były frag­mentaryczne i czasem małostkowe.

Zamknąłem w sobie wspomnienie tej rozmowy ciepłym uczu­ciem dla prawego człowieka, który został wyniesiony zbyt wy­soko.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 7-8/1959. Pisownia zachowana z oryginału. Śródtytuły pochodzą od redakcji.