Ile tajemnicy i mistyczności może nieść w sobie biel! Właśnie poszukiwanie nowego artystycznego wyrazu dla światła jawi się jako największe wyzwanie dla sztuki.

„W kościele środowisk twórczych cuda” – ekscytowałam się na Facebooku zaraz po świętach i nakłaniałam znajomych, by sami wybrali się tam zobaczyć ikonę Bożego Narodzenia stojącą przy żłóbku. Zdjęcie odda kształty, ale już nie intensywność koloru, fakturę, światło bijące od wewnątrz.

Kulawo próbowałam przekazać swój zachwyt: „Trudno mi było przestać patrzyć, bo to tak jakby ktoś chciał mnie oderwać od okna, przez które zaglądam do nieba”. Ikona jako okno do nieba – co za wytarte porównanie… Co jednak zrobić, kiedy żywo czegoś doświadczasz, a słowa, które są temu najbliższe, okazują się zużyte? Można na siłę szukać nowych sformułowań albo mieć nadzieję, że ktoś inny także użyje swoich oczu i poczuje z tego okna świeży powiew.

Uliana Tomkiewicz, Boże Narodzenie

Uliana Tomkiewicz, Boże Narodzenie

Ikona nie była podpisana nazwiskiem twórcy, więc należną cześć odbierał sam Stwórca i nikt Go w tym miejscu sobą nie zakrywał. Od ks. Grzegorza Michalczyka, duszpasterza środowisk twórczych, dowiedziałam się jednak, że autorką jest Uliana Tomkiewicz, absolwentka lwowskiej ASP, a ikona prezentowana była wcześniej na ekumenicznej wystawie „Szukam o Panie Twojego Oblicza” w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej. Odtąd odwiedzenie wystawy stało się kwestią palącą.

Sztuka epoki

Ekspozycję otwierają dwa obrazy: „Wjazd Chrystusa do Jerozolimy” nieznanego artysty z XVI wieku oraz „Przemienienie Pańskie” Jerzego Nowosielskiego. Sytuują one prezentowane dalej prace – powstałe w ostatnich latach na plenerach ikonograficznych w Nowicy, a także w Kijowie i Zamłyniu – z jednej strony wobec tradycji malarstwa ikonowego, a z drugiej w obliczu współczesności.

Widać, że autorzy zebranych tu prac znają kanon, podchodzą jednak do niego twórczo, a nie na sposób niewolniczy, sprowadzający się do malowania gorszych wersji najsłynniejszych dawnych ikon. „Ortodoksyjni kontynuatorzy i wskrzesiciele «malarstwa ikon» mojego malarstwa ikonowego w ogóle nie uznają, uważając, że są to dowolności. A przecież w czasach Teofana Greka czy Rublowa nie było specjalnego «malarstwa ikon». To była sztuka tej epoki” – mówił Jerzy Nowosielski. Zapewne ci sami odbiorcy nie uznaliby za ikony także znacznej części obrazów z omawianej tu wystawy.

Choć u Uliany Tomkiewicz mały Jezus owinięty jest w całun, a żłobek, w którym spoczywa, przypomina grób – tak jak zwykło się to przedstawiać na ikonie – to od tradycyjnych wzorców odbiega choćby modelunek twarzy i kolorystyka. Styl Luby Jackiw przywodzi z kolei na myśl skojarzenia z art déco. Można oczywiście zwiedzać wystawę, koncentrując się na odstępstwach od literalnie i statycznie pojmowanego kanonu, wątpliwe jednak, czy pomoże nam to docenić piękno i ducha tych prac.

Między czernią i bielą

Są jednak na wystawie także takie obrazy, w przypadku których odstępstwa te to nie tylko kwestia stylu – użyte środki każą myśleć o wizji świata stojącej za ich wyborem. Rzuca się na tych pracach w oczy zamiłowanie do ciemnych barw, pewnej mroczności, dobrze znanej z dzieł Nowosielskiego. Obficie stosowane są kolory zbliżone do czerni, która w tradycyjnej ikonie niemal się nie pojawiała ze względu na wnoszone przez nią znaczenia. Kolor czarny „symbolizuje piekło, maksymalne oddalenie od Boga, Źródła światłości” – pisała Irina Jazykowa w książce „Świat ikony”. I dalej: „W przemienionym świecie nie ma miejsca na ciemność, ponieważ «Bóg jest światłością, a nie ma w Nim żadnej ciemności» (1 J 1,5)”.

Jak wobec tego rozumieć pogrążone w mroku oblicze Jana Chrzciciela (Arsen Bereza) i samego Chrystusa („Mandylion”, Sergiej Radkiewicz) czy ciemne, antracytowe ciało Zbawiciela („Przypowieść o robotnikach w winnicy”, Ostap Łoziński)? Taka kolorystyka zapewne odpowiada współczesnym tęsknotom za Tajemnicą, za tym, co nienazwane i nieuchwytne, zamiłowaniu do teologii apofatycznej. Można widzieć w tym też intuicje dotyczące Wcielenia: oto Chrystus wchodzi w dramat człowieka, w jego noce i cierpienie. Mroczne wizerunki fascynują, rodzi się też jednak niepokojące pytanie: czemu w XXI wieku wyobraźnia twórcza podpowiada artystom Chrystusa, który zamiast w rzeczywistość grzechu wnosić światło, wchłania w siebie ciemność?

„Nie ma dobrego obrazu realistycznego bez wewnętrznie organizującej go zasady abstrakcyjnej. Ważne i wyróżniające jest to, że w ikonie dwa te przeciwstawne elementy współistnieją w stopniu największego napięcia i niejako na równych prawach” – pisał Nowosielski w eseju „Ikony i abstrakcje”.  Wspomniana zasada abstrakcyjna i mocne operowanie formami geometrycznymi to cechy charakterystyczne ikon Grety Leśko i Danyły Mowczana. A oprócz tego duże płaszczyzny bieli – koloru stosowanego w tradycyjnej ikonie równie rzadko jak czerń. Biel to nowe złoto – można by powiedzieć. Stanowi jego ekwiwalent, tak jak ono wyraża transcendencję i wnosi światło, a bardziej od złota bliskie jest współczesnej wrażliwości, nastawionej na minimalizm, ascezę form i środki ubogie.

Najwspanialsze miejsce na wystawie to wąskie przejście między dwiema ścianami, gdzie po jednej stronie mamy „Chrzest w Jordanie” Grety Leśko, a po drugiej „Przypowieść o pannach mądrych i głupich” Iwanki Demczuk – oba obrazy skąpane w bieli, w zupełnie różny jednak sposób. Jest to jasność o innej gęstości i innym ciężarze. Warto obejrzeć więcej ikon Iwanki Demczuk (wystarczy zajrzeć tutaj), by przekonać się, ile tajemnicy i mistyczności może nieść w sobie biel. Wobec panującej dziś w świecie sztuki tendencji do eksplorowania mroków to właśnie poszukiwanie nowego artystycznego wyrazu dla światła jawi się jako największe wyzwanie.

Na pierwszym planie: Greta Leśko, Chrzest w Jordanie

Na pierwszym planie: Greta Leśko, Chrzest w Jordanie

 

„Szukam o Panie Twojego Oblicza (Ps 27). Ikona a dialog polsko-ukraiński”, Muzeum Archidiecezji Warszawskiej, 3 grudnia 2016 r. – 12 lutego 2017 r. Organizatorzy wystawy: Katarzyna Jakubowska-Krawczyk, Mateusz Sora, Mateusz Środoń