Nie ma w światowym kinie drugiego twórcy, w którego dorobku tak wyraźnie zaznaczona byłaby miłość do filmu jako medium nieskrępowanej wyobraźni.

W szeregi twórców filmowych wszedł na początku lat ’70 jako jeden z movie brats (generacja filmowych szczeniaków), obok swoich przyjaciół: Lucasa, Coppoli, Scorsese i De Palmy. Steven Spielberg, bo o nim mowa, obchodził niedawno 70. urodziny, zaś jego kariera trwa już ponad 45 lat. Przez ten czas stworzył kilka kultowych tytułów i odebrał dwa Oscary za reżyserię. Prawdą jest, że twórca „Szeregowca Ryana” gra dziś właściwie we własnej, filmowej lidze, nieprzerwanie ciesząc się uwielbieniem widzów i Amerykańskiej Akademii. Krytycy od lat mają jednak problem: Spielberg jest wielkim artystą, czy raczej rzemieślnikiem, milionerem, doskonale wyczuwającym komercyjne zapotrzebowanie widowni? W czym właściwie tkwi fenomen amerykańskiego twórcy?

Biografia reżysera jawi się jako realizacja amerykańskiego snu. Urodził się w rodzinie żydowskiej w Cincinnati. Filmy zaczął kręcić już w wieku nastoletnim. Pojawiające się gdzieniegdzie informacje o tym, że jest samoukiem, są ledwie półprawdą. Spielberg podjął studia z reżyserii, nie miał jednak czasu ich ukończyć. Jako 21-latek podpisał kontrakt z Universal i rozpoczął od pracy przy produkcji telewizyjnej (co ciekawe, wyreżyserował kilka odcinków kultowego „Colombo”). Jego samodzielnym debiutem był obiecujący „Pojedynek na szosie”. Zrealizował jeszcze „Sugarland Express”, a potem przyszedł przełomowy rok 1975 i „Szczęki”, dzięki którym młody twórca z dnia na dzień wdarł się w szeregi najważniejszych amerykańskich reżyserów.

Właściwie ten jeden przebojowy thriller o walce z rekinem wystarczyłby, by Spielberg na stałe zapisał się w historii kina. Doskonałe budowanie napięcia (tytułowe „szczęki” oglądamy dopiero po godzinie seansu), nowatorskie pomysły realizacyjne (ujęcia z perspektywy zwierzęcia), sprawne żonglowanie kinem gatunkowym uczyniły z filmu pozycję dziś już kultową.

Bogactwo różnorodności

Właściwie trudno jednoznacznie scharakteryzować bogatą – liczącą niemal 50 pozycji – filmografię reżysera. Spielberg bowiem od lat porusza się w przestrzeni różnorodnych stylistyk i tematów. W jego dorobku zawiera się pozorna sprzeczność, rozciągnięta od kasowego kina Nowej Przygody, aż po monumentalne dramaty historyczne.

Z jednej strony reżyser „Złap mnie, jeśli potrafisz” to twórca filmów, które weszły już na stałe do popkultury. Wystarczy wspomnieć serię przygód Indiany Jonesa i „Park Jurajski”. Jawił się jednocześnie jako realizator fantastycznych wizji („Bliskie spotkania trzeciego stopnia” czy „Raport mniejszości”), którego wyobraźnia wydaje się być niczym nieskrępowana.

Krytycy od dawna atakowali za banalność wspomniany powyżej wymiar twórczości reżysera. Już pod koniec lat 70. pojawił się zarzut w stronę Spielberga o „infantylizację widowni”. Reżyser nie przejął się zbytnio etykietką „filmowca na usługach komercji”. Dość nieoczekiwanie jednak twórca szatandarowego obrazu fantasy – jakim był „E.T” – w 1985 roku zaprezentował „Kolor purpury” – dramat o sytuacji czarnoskórej kobiety, prześladowanej przez sadystycznego męża. Kasowy reżyser filmem tym pokazał swoją inną, wyważoną twarz. Do tematów społeczno-politycznych wracał później wielokrotnie. O sytuacji rasowej mniejszości mówił także w „Amistad” i – po części – w „Lincolnie”. To właśnie dramaty historyczne przyniosły Spielbergowi największe uznanie. Opowieść o losach niemieckiego przemysłowca ratującego żydów, Oskara Schindlera, zdobyła m.in. Oscara za najlepszy film roku 1993. Ogromnym sukcesem, kasowym i artystycznym, okazał się „Szeregowiec Ryan” z Tomem Hanksem. Dziś trudno wyobrazić sobie jakiekolwiek zestawienie doskonałych dramatów wojennych, które pomijałoby ten film.

Amerykański z krwi i kości

Nieprzychylni teoretycy powiedzą, że Spielberg nigdy nie przestał być „wiecznym chłopcem w szponach komercji”, zaś wszystkie jego dzieła – także te o tematyce historycznej – są uproszczeniami, propozycjami dla naiwnych analfabetów kulturowych. Nie sposób się z tym zgodzić – wspomniane kinowe hity, już tylko od strony realizacyjnej stoją o kilka klas wyżej niż typowe letnie blockbustery. Co do zarzutu o przekłamania historyczne w pozycjach takich jak „Lista Schindlera” wypada zauważyć zawartą w nich drobiazgową wręcz dbałość o zachowanie zewnętrznych szczegółów świata przedstawionego. Jeśli połączymy to z rozmachem inscenizacyjnym i wybitnymi kreacjami aktorskimi, otrzymamy dzieło, które potrafi utrzymać skupienie widza przez cały seans. Twórców umiejących prowadzić interesującą trzygodzinną narrację można policzyć na palcach jednej ręki. Spielberg, obok np. Polańskiego i Scorsese, należy do tego grona. A to, że w tych historycznych dziełach znajdziemy uproszczenia? Cóż, w nowej „wielkiej polityce historycznej” polskiego Ministerstwa Kultury tak uproszczona i poprowadzona narracja pewnie pozostanie marzeniem.

Dochodzimy do sedna problemu, osi spajającej całą twórczość reżysera. Wydaje się być nią Ameryka, przefiltrowana przez reżyserskie oko twórcy, odpowiednio zmitologizowana. Stany Zjednoczone z dzieł Spielberga to miejsce mniejszych i większych dramatów, z których jednak jednostka najczęściej wychodzi zwycięsko. Oczywiście tak patetycznie rozumiana Ameryka (w której centrum znajduje się wolność, Bóg, rodzina) w rzeczywistości chyba nigdy nie istniała, funkcjonowała jedynie w wyobrażeniach, marzeniach i tęsknotach samego twórcy i jego rodaków. Jak zauważyła w swojej analizie Joanna Malicka, Spielberg w konstrukcjach fabularnych prezentuje zbiorowe lęki swojego kraju: będą to obcy („Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, późniejsza „Wojna światów”), siły przyrody („Szczęki” i „Park jurajski”), wojna („Szeregowiec Ryan”, „Imperium Słońca”) czy inność („A.I. Sztuczna inteligencja”, „Amistad”).

Na poziomie konstrukcji bohaterów, amerykański twórca wydaje się igrać ze stereotypami. Niezależnie od fabuły, często postacie z jego obrazów to wcielenia beztroskich chłopców (od Indiany Jonesa, aż po kreację Robina Williamsa w „Hooku”) lub indywidualności, wpływające na zbiorowość (Lincoln, Schindler). W ukazywaniu swoich bohaterów reżyser „The Terminal” pozostaje humanistą, który dorośleje i wytrwale trzyma ich stronę: jako widzowie możemy wierzyć w przemianę tytułowego niemieckiego przemysłowca, zachwycać się łobuzerskim sprytem Indiany, kibicować kpt. Millerowi i androidowi o imieniu David.

Wiara w magię kina

Michael Haneke opowiadał w jednym z wywiadów jak to, będąc chłopcem, wyszedł z kina i zderzył się z chłodem zimowej ulicy. Jak reasumował twórca „Białej wstążki”, od tego doświadczenia zaczęła się jego miłość do filmu jako próby ucieczki przed rzeczywistością. O ile Haneke w swojej realistycznej twórczości oddalił się nieco od magii kina, jej najwytrwalszym wyznawcą – może obok Allena – wydaje się być dziś właśnie Spielberg.

Nie ma w światowym kinie obecnie drugiego twórcy, w którego dorobku tak wyraźnie zaznaczona byłaby miłość do filmu jako medium nieskrępowanej wyobraźni. W tym, wydaję mi się, tkwi klucz sukcesów amerykańskiego reżysera. Oczywiście, złośliwi powiedzą, że sukces tkwi w sprawnym marketingowym wyczuciu. Próbując jednak patrzeć głębiej, możemy dostrzec Spielberga jako twórcę zakochanego w opowiadaniu historii i tęskniącego do złotej ery Hollywood, magika, perfekcyjnie wykorzystującego możliwości filmowej taśmy. Niezależnie czy będzie to opowieść archetypiczna („A.I. Sztuczna inteligencja” jako nawiązanie do Pinokia), wielka narracja historyczna („Lincoln”) czy filmowa baśń („BFG”), możemy być pewni, że w dziełach Spielberga zawsze odnajdziemy arcyciekawą historię (na tyle interesującą, że ze Spielbergiem współpracowali twórcy zupełnie niezależni, jak François Truffaut i Richard Attenborough).

Nieprzypadkowo Mark Rylance odbierając Oscara za rolę w „Moście szpiegów”, nazwał Spielberga w swoim przemówieniu „jednym z najwspanialszych opowiadaczy (ang. storyteller) w dziejach filmu, snującym swoje opowieści z niezwykłą miłością”. Sam reżyser zresztą powtarza w wywiadach, że kluczem dotarcia do widza jest opowiadanie dobrych, niosących nadzieję historii.

Przyjęcie słownictwa nowofalowych krytyków z Francji i nazwanie Spielberga „genialnym artystą, który pisze kamerą tak, jak pisarz piórem” wydaje się być lekkim nadużyciem. Sam amerykański reżyser pewnie by się na takie określenie uśmiechnął. Twórca „E.T” to dziś już ikona popkultury, na której wzorują się kolejne pokolenia (by wspomnieć choćby „wskrzesiciela” gwiezdnej sagi, J.J. Abramsa). To także kustosz amerykańskiej pamięci historycznej i gawędziarz od wielkobudżetowych baśni. Rację miał Maciej Ślesicki, gdy wyznawał: „Spielberg to taki facet, którego wszyscy krytykują, a jednocześnie marzą… żeby być Spielbergiem”. Oby ten oryginalny prezentował nam swoje filmy jak najdłużej. To w końcu po nich doceniamy magię X muzy.