Kiedyś nie chodziło się „do Żyda”, dzisiaj „do Turka” albo „do Araba”. A zatem my idźmy 7 stycznia na kebab i okażmy wsparcie tym, którzy go nam produkują i sprzedają.

Nie zamierzałem zabierać głosu na ten temat, ale tekst Wojciecha Teistera – niestety – mnie do tego zmusił. Publicysta „Gościa Niedzielnego” odnosi się do akcji „Dzień bez kebaba” zaplanowanej na 7 stycznia. Ma to być społeczny wyraz protestu przeciw – mówiąc krótko – islamizacji kraju, ergo imigrantom. W odpowiedzi pojawiła się inicjatywa, by tego dnia jednak pójść na kebab albo nawet dwa.

Sam nigdy nie byłem na żadnym kebabie, ale tego dnia wybieram się. Nawet wegetarianie szukają wersji vege albo deklarują zakup dla kogoś, kto chętnie zje. Teister pisze tak: „Czy kebab jest smaczny? Kwestia gustu. Z pewnością jednak wsparcie jednej czy drugiej akcji jest niesmaczne. Dlaczego? Bo trywializuje tajemnicę śmierci”. Nic bardziej fałszywego.

Bojkot ekonomiczny jest znanym sposobem wyrażania wobec kogoś swojej niechęci, niezadowolenia, dystansu. Jego celem nie jest wyłącznie symboliczne zamanifestowanie swoich poglądów, ale doprowadzenie do rzeczywistej szkody ekonomicznej. Nie kupuje się pewnych marek, nie chodzi do konkretnych sklepów. Zdarza się, że na skutek bojkotu dochodzi do upadłości albo przynajmniej do ostracyzmu społecznego. Słynny był na przykład bojkot sieci sklepów United Colors Benetton, którego powodem było używanie kontrowersyjnych zdjęć (np. całujących się księdza i zakonnicy) jako plakatów reklamowych.

Jeśli chodzi o relacje społeczne, to XX wiek zna bojkot antyżydowski, czyli zorganizowaną działalność mającą na celu wyparcie Żydów z życia ekonomicznego, społecznego i politycznego. Nazwano to w publicystyce „zimnym pogromem”. Dla przykładu, w 1912 r. w Kielcach zaczęto wprowadzać w życie hasło bojkotu żydowskich sklepów „Swój do swego”. Część kielczan zaczęła omijać żydowskie sklepy, zakłady rzemieślnicze i hurtownie. Mimo ataków ze strony kieleckiej prasy bojkot miał słaby oddźwięk wśród mieszkańców. W latach bojkotu żydowski handel nie upadł, powstały nawet nowe sklepy i hurtownie.

Wzywanie do niejedzenia kebabu ma swoją prehistorię. Kiedyś nie chodziło się „do Żyda”, dzisiaj „do Turka” albo „do Araba”. Problem z tym bojkotem jest jednak taki, że kebab jest w Polsce dość popularny i to w środowisku tzw. prawdziwych Polaków. N nawet – jak wiemy – jeden taki powstał: „Kebab u prawdziwego Polaka” (otwarcia dokonał sam Marian Kowalski, kandydat Ruchu Narodowego na prezydenta w ostatnich wyborach). Bo przecież kebab jest dobry, może nawet smaczny – nie wiem – tylko najgorsi są ci, co go sprzedają. Więc trzeba kebab spolonizować. Nie zdziwię się, jeśli pojawi się akcja „otwierajmy polskie kebaby”, wtedy kebab zostanie ocalony, a ich dotychczasowi sprzedawcy pójdą na tak zwany bruk.

Oczywiście pozostaje pytanie o sensowność kontrakcji „zjem dwa kebaby”. Po pierwsze, chodzi o działanie symboliczne, które w epoce mediów jest czymś bardzo, bardzo ważnym. Ta akcja już się dzieje w świecie wirtualnym i mediach społecznościowych, co pozwala choćby zjednoczyć siły, odszukać podobnie myślących, a może umówić się na kebab. Czy to zmieni sytuację? Na pewno jednodniowa akcja nie zmieni, nie polepszy sytuacji ekonomicznej wszystkich imigrantów. To jasne. Ale może być dla nich pozytywnym sygnałem, że ich obecność nie przez wszystkich jest tutaj źle widziana i przyjmowana. Mówiąc krótko: podniesie ich morale, wesprze, wzmocni. A może zachęci kogoś do częstszego przychodzenia, choć nie jest to moim zdaniem najważniejszy cel.

Weźmy na przykład taką nową restaurację „Homs” we Wrocławiu, otwartą właśnie przez Syryjczyków, którzy – staraniem wielu ludzi pod wodzą Tomasza Wilgosza – znaleźli w Polsce drugą ojczyznę. Może ta właśnie akcja da im wsparcie? Widzę, jak ludzie się zwołują, by tam, do nich wpaść, wesprzeć, poprzeć, a przede wszystkim – dać zarobić. Oni nie przyjechali do Polski dla socjalu, podobnie zresztą jak i ci kebabiarze z Ełku, ale żeby żyć i dać żyć innym. Wiem z doświadczenia, że lepiej wesprzeć konkretem – na przykład zakupami – niż gotówką. Idźmy 7 stycznia na kebab i dajmy wsparcie – ekonomiczne, moralne i symboliczne – tym, którzy je nam produkują i sprzedają.

Historia pokazuje, że bojkot ekonomiczny bywa przeciwskuteczny. Mam nadzieję, że i teraz tak się stanie.