„Szopka w muzeum” TVP to prawdziwe arcydzieło. Pragnę pogratulować scenarzyście, reżyserowi i aktorom.

Zdarzają się w życiu takie momenty. Stykasz się, człowieku, z arcydziełem – i aż cię zatyka. W trakcie oglądania raz po raz wpadałem dosłownie w stupor. To niezwykłe przeżycie. Po obejrzeniu oniemiałem.

Zrazu miałem kłopot z określeniem gatunku tego filmu. Sugestie, że nie jest to film, tylko kabaret, są niedorzeczne, nie da się bowiem tego wytrysku nieokiełznanej fantazji twórców zakwalifikować do tak podrzędnej sztuczki. Nie jest to też komedia, jakby można było domniemywać po przeczytaniu enuncjacji prasowych. To raczej zaangażowane kino społeczne. A jeśli chodzi o gatunek, to skrzyżowanie horroru z kinem absurdu spod znaku Bohdana Poręby.

Tytuł filmu: „Szopka w muzeum”. Scenariusz: Marcin Wolski. Nazwisko nie wymaga komentarza, to już była gwarancja sukcesu. Ale przecież jest jeszcze reżyser. To pan Marek Śledziewski. „Szopka w muzeum” jest chyba jego debiutem fabularnym. Pan Śledziewski znany był do tej pory przede wszystkim jako twórca serialu dokumentalnego „Porody. Cud narodzin”. Po telewizyjnym debiucie fabularnym, którym reżyser tak wspaniale ubogacił polską noc sylwestrową, czekamy na debiut kinowy. Myślę, że wczoraj wszystkie dotychczasowe zasieki defaworyzacyjne zostały pokonane.

A oto inni twórcy tego arcydzieła. W rolach głównych: … – a może jednak nie będę wymieniał, bo jeszcze woda sodowa uderzy im do głowy (wiadomo, aktorzy!). Jeśli jeszcze coś takiego pokażą, każdy obiektywny krytyk i widz zapamięta te nazwiska. W tym wypadku przesłanie filmu, jego główna idea, wybiła się ponad kunszt aktorski. Tak czy owak: aktorom gratulujemy.

W pamięć zapadają niektóre sceny, a zwłaszcza dialogi, które brutalnie przenicowują zgnuśniałe czasy słusznie minione. Na przykład dialog o Radosławie Sikorskim: „Dziś nie ma samców Alfa. / To jakieś androny. / To pan Applebaum, mąż swojej żony”.

W pamięci pozostają szyderstwa w rodzaju: „Dawniej konspira, dziś dżender”. W ogóle słowo „tęcza” jest mocno napiętnowane w tym filmie. Jakże to słuszne i wymowne.

Ale są też momenty, ciepłe, wręcz wzruszające. Aktor grający księdza mówi: „Prezes choć niezrównany, wszędzie być nie może”. Niezwykle to finezyjne uzasadnienie drobnych niedociągnięć w rządzeniu.

Najbardziej jednak wstrząsają widzem ostatnie sceny, a zwłaszcza długie ujęcie Angeli Merkel w warkoczach, które przecież tak bardzo lubią sobie uplatać prawdziwe Niemki, co wytrawny scenarzysta bezkompromisowo polskiemu widzowi uświadomił. Oto kanclerz w niemieckich warkoczach zaśpiewała – wraz z „uchodźcami”, jakże by inaczej! – swoją wersję pieśni „Tomorrow belongs to me” z „Kabaretu”: „Kontynent należy się nam”. Dosłownie ciary po plecach mnie przeszły.

Na uwagę zasługuje fakt, że twórcy swoje natchnienie czerpali przede wszystkim z Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego. Z Adama Michnika też, ale mniej niż z wymienionych powyżej dwóch szwarccharakterów. Gdyby spojrzeć na podobne filmy z przełomu lat 1967/68 i 1968/69, to może okazać się, że nawet ówcześni twórcy nie mieli takiego talentu jak autorzy „Szopki w muzeum”.

I choć takie arcydzieło miało swoją premierę w sylwestrową noc, miejmy nadzieję, że nie umknie filmowym krytykom w zestawieniach najwybitniejszych dokonań roku. O co nieśmiało prosi zachwycony widz.