Konstanty Jeleński pracował i pisał nie tylko dla Polski. Był przekonany, że jest to równocześnie działanie na rzecz pełnej, nie amputowanej Europy.

Kazanie, które na Mszy świętej żałobnej za duszę Konstantego Jeleńskiego w kościele św. Marcina w Warszawie 6 czerwca 1987 r. wygłosił ks. Janusz Stanisław Pasierb:

Tę Mszę świętą w wigilię święta Zesłania Ducha Świętego odprawiamy za duszę świętej pamięci Konstantego Jeleńskiego w kościele św. Marcina w Warszawie. Odprawiamy ja za Konstantego Warszawianina, Konstan­tego Rzymianina i Paryżanina, tego którego znaliśmy i któremu kultura polska tyle zawdzięcza.

Czytania dzisiejsze i jutrzejsze na święto Pięćdziesiątnicy zestawiają ze sobą i przeciwstawiają sobie dwie budowle, dwie sytuacje: Babel i Jeruza­lem – pomieszanie i odzyskanie przez ludzi wspólnej mowy.

Babel – to miejsce ma w symbolice chrześcijańskiej, tak jak ją miało dla Żydów, jedno znaczenie. Jak opowiada Księga Rodzaju, ta wieża budowana była nie ku niebu, ale przeciwko niebu, i była wyrazem tego, co Grecy nazywali hybris: przekroczenie miary ludzkiej. I czytając to dziś nie można oprzeć się wrażeniu, że wieża Babel jest nie tylko wspomnieniem, należącym do wspólnej pamięci ludzkości, ale że była także ostrzegającym proroctwem, którego spełnienia doczekaliśmy się.

W wierszu „Oeconomia divina” powiada Miłosz, że nie spodziewał się, iż dożyje tak osobliwej chwili, kiedy litery zaczną srebrnieć, chwiać się, niknąć, ponieważ wrzawą wielu języków ogłoszono śmiertelność mowy. Mamy wrażenie, że nie jest to już kara Boża, lecz prosta konsekwencja naszych działań. Taką wieżę Babel udało się nam – w epoce komunikacji – zbudować. Sztuka ukazywała często rozpad wieży Babel i ludzi spadających z niej, maleńkich jak mrówki. Rozpad jedności ludów, zniszczenie jedności, rozpadanie się , podział…

Przeci­wieństwem wieży Babel dla ludzi Starego Przymierza, których jesteśmy dziedzicami w wierze, była Jerozolima. Jerozolima – ziemskie miasto Boga, miasto pokoju, a jednocześnie Jerozolima – zstępująca z nieba u kresu historii, kiedy Bóg zamieszka z ludźmi. Działanie człowieka, cywi­lizacja i kultura zawsze są budowaniem. Jest to albo budowanie wieży Babel, albo Jerozolimy tej ziemskiej, póki pielgrzymujemy w ciele i histo­rii, która jednak jest zapowiedzią miasta ostatecznego, gdzie Bóg zamiesz­ka z ludźmi i będzie miał z nimi jeden język, jedną mowę.

Sprawujemy tę Eucharystię za człowieka, który budował kulturę, to był główny zawód Konstantego. Budował kulturę, która dla nas, ludzi wierzących, a także dla ludzi żyjących w kręgu chrześcijaństwa, jest zna­kiem eschatycznym, jest zapowiedzią i budowaniem owych dwóch miast – Jerozolimy ziemskiej i niebieskiej. O kulturze pisał Karl Rahner, że nie jest ona z pewnością Królestwem Bożym, ale jest rodzajem sakramental­nego znaku, że Bóg kocha świat i nie pozwala mu utonąć w chaosie demonizmu. To Bóg nie pozwala światu stać się rozpadającą Wieżą Babel.

Konstanty całe życie budował kulturę europejską. O tę budowę walczył, walczył jako Polak za Europę, o Europę, tak łatwo poddającą się barba­rzyństwu i demonizacji. Walczył w czasie kampanii francuskiej w 1940 roku, a potem jako podchorąży czołgista w I Dywizji Pancernej wylądo­wał w Normandii i wyzwalał Belgię i Holandię. Ten Polak i Europejczyk studiował potem w Anglii, a w Rzymie znalazł się od razu w kręgu,, który stanowił całą elitę intelektualną Włoch, wymieńmy choć kilka nazwisk ludzi, których już wielu odeszło: Croce, Chiaramonte, Silone, Piovene, Elsa Morante, Moravia… Tak samo było potem w Paryżu, gdzie był współzałożycielem samopomocy intelektualistów europejskich.

Europa miała w jego rozumieniu własne siły i powinna się poczuwać do własnej solidarności. Był współzałożycielem Instytutu Literackiego w Paryżu, w tym Paryżu, gdzie był w sercu spraw, relacji, gdzie znał wszystkich i wszyscy go znali, wszyscy go lubili. To co było najbardziej rozbrajające, co otwierało serca dla samego Konstantego i dla spraw, które czynił swoimi – był jego cudowny uśmiech. Wszystko, co robił, było budowaniem mostów wewnątrz Europy, łączeniem rozdzielonych języków artysty­cznych, duchowych, kulturowych i także języków „słownikowych”, jeśli tak można powiedzieć. Sam mówił i pisał w pięciu językach. Publikował w czasopismach kulturalnych starego i nowego świata. Tak upływało jego pracowite, choć nie zawsze dostrzegane przez innych życie.

Kiedy o tym wspominamy, gdy myślimy o wszystkich działaniach ludzi, którzy z takim mozołem konstruują jakże trudną dziś jedność Europy i świat bardziej ludzki, nie mogą nam nie przyjść na myśl słowa z czytanego dziś listu do Rzymian, to przejmujące zdanie, iż całe zranione przez grzech stworzenie „jęczy i wzdycha w bólach rodzenia”. Świat nie jest gotowy. Jerozolima niebieska zostanie nam dana, ale Jerozolima ziemska jest nam zadana. Jest to zadanie trudne. Wznoszone z takim wysiłkiem wieże Jerozolimy ziem­skiej dotykają jednak fundamentów Jeruzalem niebieskiego, do którego, mając już pierwsze dary Ducha, całą swoją istotą wzdychamy. Wtedy Duch, sojusznik wszystkich prac twórczego ducha ludzkiego, przychodzi w pomoc naszej słabości, utwierdza nadzieję i wiarę w sens tworzenia wartości.

Konstanty był człowiekiem nadziei, zaradny, dzielny, pomys­łowy, był jednym z tych Polaków, którzy nie pozwalają na to, żeby Polska przestała być częścią głównego lądu. To on ją wprowadzał do literatury światowej – Gombrowicza, Miłosza, Herberta. To on pisał o malarstwie Czapskiego i Lebensteina. Nie czynił tego tylko dla Polski, był przeko­nany, że jest to równocześnie działanie na rzecz pełnej, nie amputowanej Europy, tak jak to widzi również Jan Paweł II.

Dwukrotnie wydawał antologię poezji polskiej – w roku 1963 i 1981. O tym wszystkim mówił wczoraj Artur Międzyrzecki na wieczorze w Klubie Inteligencji Katolic­kiej w Warszawie. Za tę swoją działalność otrzymał nagrodę polskiego Klubu PEN w 1981 roku. Wraz z Pierre Emmanuelem na początku lat osiemdziesiątych tłumaczył wiersze Karola Wojtyły. Te prace przekła­dowe, których było tyle w jego życiu – prozy i poezji – to są dzieła najwyższej próby, podobnie jak jego krótkie, precyzyjne eseje. Gdy myś­limy o takich tłumaczach, takich pisarzach, przypominają się starzy Japończycy, którzy uważali, że peonie powinny podlewać piękne dzie­wczyny w ceremonialnych sukniach, a zimową wiśnię – blady, szczupły mnich.

Konstanty czuł wielość różnych języków i jedność mowy ludzkiej. Od siebie pisał niewiele, często mieliśmy pretensje do niego, że tak nie­wiele, non multa sed multum. Większość swojej pracy i talentu poświęcił innym – tym mianowicie, których przekładał, wydawał i których lanso­wał. Cóż było w tym poświęceniu, bo to jest poświęcenie swojej osobo­wości twórczej, jak nie miłość i pokora, poczucie służby na rzecz tego, co wydaje się ważniejsze od naszego własnego tworzenia. I pewnie nie będzie nadużyciem, gdy właśnie w tym przypadku przywołamy słowa Ewangelii – „nie ma większej miłości ponad tę, gdy kto duszę swoją złoży za przyjaciół swoich” – bo to do tego się sprowadzało.

Od kilku lat zbliżał się do Kościoła. Nie mogłem odnaleźć listu, który napisał do mnie po homilii na Mszy za śp. księdza Józefa Sadzika. Zbliżał się i myślę, że to, co mówi Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii – „jeśli ktoś jest spragniony, niech przyjdzie do mnie i pije” – że to się nad Konstantym spełniło. Od huczącej od głosów paryskiej wieży Babel Konstanty szedł ku ciszy Wieczernika, bo w końcu życie i śmierć nas, którzyśmy zostali ochrzczeni – tam prowadzi.

Więc szedł od tej hałaśliwej wieży Babel ku Wieczernikowi, gdzie w ciszy Jezus przemawia do nas i łamie dla nas chleb, tak jak to się dzieje w tej chwili tutaj. Jest to ten Wieczernik, który w dzień Zielonych Świąt wypełnił się ognistymi językami i przemienił lęk w radość i męstwo, kiedy pozostała wielość języków, lecz zrodziło się jedno ich rozumienie.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 1/1988.