Od ponad ćwierć wieku katolicy śpiewają w chórze kieleckiej parafii prawosławnej, podtrzymując tę nieliczną wspólnotę.

Młyny Boże mielą powoli, powtarzamy sobie na pocieszenie, gdy przychodzi nam zbyt długo czekać na jakieś eklezjalne decyzje, albo gdy te, które następują, przynoszą rozczarowanie. Można jednak to powiedzenie rozumieć głębiej, mądrościowo, w duchu teologii pastoralnej papieża Franciszka, opartej zresztą na czystej Ewangelii. A mianowicie, że zbawienie nie jest aktem nagłym,  jednorazowym, lecz procesem rozciągniętym w czasie, wymagającym pracy i cierpliwości. Ale jaką radość daje oglądanie po latach dobrych owoców czyjegoś wiernego zaangażowania i wytrwałego trudu! Takie właśnie radosne kościelne doświadczenie spotkało mnie ostatnio i chcę się nim podzielić.

W sobotę 3 grudnia w kaplicy akademickiej przy Sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Warszawie miała miejsce liturgia w rycie wschodnim, w obrządku greckokatolickim. Odprawiał ją jezuita, ojciec Marek Blaza, wykładowca teologii dogmatycznej i birytualista. Odśpiewywał mu chór z parafii prawosławnej św. Mikołaja w Kielcach. Była to przepiękna liturgia, oczywiście w języku starocerkiewnosłowiańskim, a bas głównego celebransa wznosił się nie tylko do sklepienia, ale do samego nieba. Mimo że trwała dwie godziny, a gromadka wiernych uczestniczyła w niej na stojąco, nie czuliśmy znużenia, jak to bywa na mszach łacińskich, lecz skupienie, uniesienie i zachwyt. Liturgia wschodnia jest naprawdę niebiańska i nie dziwię się księciu ruskiemu Włodzimierzowi, że po pobycie w Konstantynopolu tak się nią zachwycił, że wraz z całym swoim ludem  przyjął chrzest w roku 988. Według kalendarza juliańskiego, obowiązującego w Kościołach wschodnich, 3 grudnia przypadała wigilia uroczystości Wprowadzenia Marii do świątyni, w tradycji zachodniej obchodzonej 21 listopada jako Ofiarowanie NMP. 

Moja radość z uczestnictwa w tej niecodziennej liturgii brała się jednak z jeszcze innego konkretnego powodu. Otóż 10-osobowy chór z parafii prawosławnej w Kielcach,  wykonujący trudne polifoniczne śpiewy w języku starocerkiewnosłowiańskim, składa się w większości z… rzymskich katolików. O początkach tego chóru pisałem na łamach „Więzi” 25 lat temu, w roku 1991, w reportażu pt. „Wysepka na morzu”, który znalazł się potem w mojej książce Ścieżki ocalenia (Biblioteka „WIĘZI”, 1997). Otóż zdarzyło się wtedy w Kielcach, że kilkoro młodych katolików związanych ze wspólnotą w Taizé, zapalonych do ekumenii i zafascynowanych liturgią wschodnią, w roku 1988, z racji  tysiąclecia chrztu Rusi, odkryło tamtejszą parafię prawosławną, bardzo nieliczną, powiedzmy szczerze: wymierającą, składającą się głównie ze starszych ludzi, którzy jesienią i zimą, przy złej pogodzie, nie mieli siły ruszyć się z domu i uczestniczyć w liturgii. A prawosławna liturgia, jak wiadomo, koniecznie wymaga odśpiewywania przez chór. Młody batiuszka Władysław Tyszuk, świeżo po święceniach, znalazł się w trudnej sytuacji.  Młodzi katolicy postanowili więc swoimi głosami i swoim udziałem w liturgii podtrzymać parafię prawosławną przy życiu. Tak to się zaczęło – i jak się okazuje, trwa do dzisiaj! Chór uczestniczy w liturgii parafialnej w każdą niedzielę, a także w innych nabożeństwach, jak panichida, czyli pożegnanie zmarłych. Większość chórzystów zdążyła wymienić się po drodze, ale jeden z nich został do tej pory: Jacek Dziubel, społecznik, wychowawca, bard i poeta. Tyle tylko, że przez te 25 lat wyrosła mu prawosławna broda i zdążył trochę posiwieć. Z okazji spotkania po tylu latach uściskaliśmy się z Jackiem mocno.

Podczas krótkiej rozmowy dowiedziałem się od niego, że niedawno ksiądz Władysław Tyszuk obchodził swój jubileusz 30-lecia kapłaństwa i posługi proboszcza parafii św. Mikołaja. Zjechało się wielu księży prawosławnych z arcybiskupem Szymonem, przybył także nowy rzymskokatolicki ordynariusz kielecki, bp Jan Piotrowski. Na tle dotychczasowych wieloletnich doświadczeń był to gest niezwykły. W Kielcach ekumenia wyraźnie  odżywa. W ramach obchodów 1050. rocznicy chrztu Polski jesienią tego roku odbyło się uroczyste nabożeństwo z udziałem duchownych i wiernych różnych wyznań, w tym katolików, prawosławnych i luteran, na którym m.in. przypomniano wspólną deklarację o wzajemnym uznaniu ważności sakramentu chrztu.

Dowiedziałem się też, że w Kielcach od kilku miesięcy działają dzielnie dwaj młodzi dominikanie, na razie na zasadzie nieco partyzanckiej, bez stałej siedziby, wynajmując prywatnie mieszkanko jak studenci. Za zgodą biskupa Jana Piotrowskiego i odpowiedzialnego za organizujące się  duszpasterstwo akademickie ks. Rafała Dudały korzystają oni z nowego pięknego kościoła pod wezwaniem św. Jana Pawła II. Początki były trudne: na rekolekcje dla studentów w październiku, mimo osobistego roznoszenia zaproszeń po akademikach, zgłosiła się zaledwie garstka.  Ale obecność białych dominikańskich habitów zaczyna być w mieście zauważalna… Teraz w adwencie codziennie ciemnym rankiem odprawiają roraty, z pięknym śpiewem i świeczkami prawosławnymi, a potem  zapraszają wszystkich na smaczne śniadanie. Na mszach niedzielnych głoszą świetne homilie i przyciągają coraz więcej osób, nie tylko młodych, studentów, ale i nieco starszych kielczan, z różnych powodów trzymających się do tej pory od kościoła na dystans…

Tak więc Duch tchnie, kędy chce. Nie traćmy nadziei na wiosnę Kościoła.