„Zaćma” to film wybitny, niedoceniony przez krytyków, którzy krzywili się na wizje mistyczne bohaterki, a nie odczytali głębokiej uniwersalnej wymowy tego dzieła.

Zdarzyło mi się ostatnio widzieć dwa filmy, które zrobiły na mnie  ogromne wrażenie.

Pierwszy z nich to „Camille Claudel. 1915” francuskiego reżysera Brunona Dumonta, dzieło stosunkowo świeżej daty, bo z roku 2013 (nie należy mylić z innym filmem na ten sam temat, z roku 1988). Zaprezentował je w ramach klubu filmowego Teoteka nieoceniony znawca i miłośnik kina, a zarazem „latający duszpasterz” warszawskich artystów i dziennikarzy, ks. Andrzej Luter.

Akcja tego filmu, opowiadającego autentyczną historię, rozgrywa się w ciągu zaledwie paru dni roku 1915, w przytułku dla psychicznie chorych w południowej Francji. Na frontach I wojny światowej odbywa się właśnie rzeź młodych mężczyzn, w imię głoszonych szlachetnych idei Boga, honoru i ojczyzny. Tymczasem w murach starego klasztoru na górzystym pustkowiu Prowansji, w przytułku obsługiwanym przez pobożne zakonnice, wegetuje utalentowana rzeźbiarka Camille Claudel (w tej roli znakomita Juliette Binoche), siostra słynnego poety Paula Claudela. Camille jako młoda dziewczyna związała się ze starszym o 24 lata Augustem Rodinem, zostając jego modelką, kochanką, a także współtwórczynią jego słynnych rzeźb. Po dziesięciu latach współpracy i intymnego pożycia wielki Rodin, w obawie przed przerastającym go być może talentem Camille, oddala ją. To traumatyczne doświadczenie niszczy psychikę wrażliwej kobiety. Próbuje pracować samodzielnie, ale jej rzeźby wykupują za grosze nasyłani przez Rodina artyści, a ona pogrąża się stopniowo w biedzie i obłędzie. W końcu, owładnięta manią prześladowczą, przymierająca głodem, zostaje przez rodzinę ubezwłasnowolniona i osadzona w azylu psychiatrycznym.

Film pokazuje sugestywnie, zbliżeniami kamery na twarze i przedmioty, zwyczajny dzień jej życia za murami, w otoczeniu zdegradowanych psychicznie i upośledzonych umysłowo nieszczęsnych istot ludzkich, pod opieką dobrych skądinąd sióstr zakonnych. I oto Camille dostaje wiadomość, że ma ją odwiedzić ukochany brat. Budzi się w niej nadzieja. Kulminacyjną sekwencją filmu jest samotna podróż Paula Claudela do klasztoru i jego rozmowa z Camille. Ona wtula się w niego i błaga, aby ją zabrał z tego strasznego miejsca. On, wielki katolicki poeta, milczy – zimny jak głaz, nieczuły, odpychający – a gdy z ust Camille wydobywa się skarga skierowana do Boga, dotknięty do żywego wybucha wzniosłą tyradą. Mistyk na drodze do świętości ukazuje swoje nieludzkie oblicze. Postać Claudela, ikony francuskiego katolicyzmu, wali nam się w gruzy.

Claudel z filmu Dumonta pochłonięty jest bez reszty swoją relacją do Boga, z którym prowadzi nieustanny dialog wewnętrzny, zapisywany w dzienniku. Deklaruje absolutne posłuszeństwo jego woli, nie ma żadnych wątpliwości ani pytań. W rozmowie z zakonnikiem skoncentrowany jest tylko na sobie. A wobec chorej siostry jest nieludzki. Nie zdobywa się wobec niej na najmniejszy gest czułości. Zbywa potem milczeniem sugestię starego lekarza, że pacjentka jest łagodna i uległa i mogłaby żyć spokojnie na wolności, gdzieś na wsi. Odjeżdża, wracając do swego życia dyplomaty wspinającego się po szczeblach kariery i katolickiego pisarza-celebryty.

Z napisów na końcu filmu dowiadujemy się, że Camille pozostała w zakładzie psychiatrycznym jeszcze 29 lat. Kiedy zmarła w 1943 roku, Paul Claudel nie przyjechał na jej pogrzeb. Została pochowana w zbiorowym grobie. Jak Mozart. Jak Norwid.

Drugi film, równie poruszający, właśnie wszedł na ekrany kin. To „Zaćma” Ryszarda Bugajskiego. Pod pewnymi względami podobny do filmu Dumonta: też oparty na autentycznej historii. Bohaterką filmu jest Julia Brystygierowa, zwana „krwawą Luną”,  stalinowska zbrodniarka, odpowiedzialna za inwigilację Kościoła i brutalnie prowadzone śledztwa, która po Październiku 1956 uniknęła kary i wiodła dalej prywatne życie jako redaktorka wydawnictwa i pisarka. Akcja filmu to kilka dni roku 1962, które Brystygierowa spędza w Laskach, w zakładzie dla ociemniałych prowadzonym przez siostry franciszkanki służebnice Krzyża, oczekując tu na rozmowę z kardynałem Wyszyńskim, do której w końcu dochodzi, a która jest bodaj najmocniejszą sekwencją filmu. Wiadomo, że takie spotkanie Brystygierowej z Prymasem w Laskach faktycznie miało miejsce, a doprowadziła do niego siostra Miriam Gołębiewska, prawdziwe nazwisko: Bronisława Wajngold (w filmie siostra Benedykta), w latach młodości ukochana Jerzego Lieberta, Żydówka nawrócona przez księdza Władysława Korniłowicza, dawna znajoma Julii jeszcze sprzed wojny. Wiadomo też, że Julia Brystygierowa zmarła w Laskach, być może przyjąwszy przedtem chrzest i ostatnie namaszczenie.

„Zaćma” to moim zdaniem film wybitny, niedoceniony przez krytyków, którzy krzywili się na wizje mistyczne bohaterki, a nie odczytali głębokiej uniwersalnej wymowy tego dzieła. Mimo wstrząsających reminiscencji z ubeckich śledztw nie jest to bowiem ani film rozrachunkowy, wpisujący się w modny dziś antykomunizm czy kult „żołnierzy wyklętych”, ani umoralniająca powiastka o nawróconej komunistce. Dzięki wybitnej kreacji Marii Mamony jesteśmy w stanie, mimo całej wiedzy o tej postaci, utożsamić się z główną bohaterką, obserwujemy jej wewnętrzne zmagania i metamorfozę: z odpychającej, pewnej siebie, oschłej i władczej, pod wpływem spotkań na terenie klasztoru staje się stopniowo coraz bardziej ludzka. Przez całe życie nienawidząca, jak wyznaje w pewnym momencie, wszystkich i samej siebie, jest zdolna przyznać się do porażki wyznawanej przez siebie ideologii, nazywa po imieniu krzywdy wyrządzane przesłuchiwanym, zdobywa się na gesty autentycznego współczucia i dobroci wobec niewidomych dzieci. W rozmowie z Prymasem (wielki w tej roli Marek Kalita) mówi po prostu: „Nie wiem. W głowie mam pustkę”. „Ludzie pani nie przebaczą, ale Bóg pani przebaczy” –  próbuje dać jej nadzieję kardynał. „Ale ja nie potrafię uwierzyć” – woła z rozpaczą Julia. 

Film Ryszarda Bugajskiego jest niejako rewersem filmu Dumonta. Gdy „Camille Claudel. 1915” sugestywnie maluje postać Paula Claudela, zadeklarowanego katolika, żarliwego neofity, wierzącego bez cienia wątpliwości czy wahań, zdolnego jednocześnie do nieludzkiej podłości – to „Zaćma” opowiada w przejmujący sposób o ateistce, dźwigającej na sobie piętno popełnionego straszliwego zła,  która wprawdzie uwierzyć w Boga nie potrafi, ale zdolna jest do skruchy i do pokuty: do stanięcia w prawdzie o sobie i, co najważniejsze, do ludzkich odruchów współczucia i dobroci wobec innych.

Przypomina mi się rozmowa, jaką miałem pół wieku temu, będąc wtedy młodym żarliwym konwertytą. Było to w opactwie benedyktynów w Tyńcu. W konfesjonale trafiłem na sędziwego ojca Bernarda (starszego brata Jerzego Turowicza). Nie pamiętam już kontekstu spowiedzi, ale doskonale zapamiętałem usłyszane pouczenie: „Każdy dobry człowiek zdolny jest do zła, a każdy człowiek, który wydaje nam się zły, zdolny jest do dobra”.