Inicjatywy prezydenta Andrzeja Dudy mają krótki termin przydatności. Zwłaszcza te, które mają służyć politycznemu dialogowi.

Niespełna rok temu, po bezprecedensowym odwołaniu sędziów Trybunału Konstytucyjnego przez posłów, prezydent Andrzej Duda zapowiedział w telewizyjnym wystąpieniu powołanie zespołu, „którego celem będzie wypracowanie zasad wyboru sędziów oraz funkcjonowania Trybunału, tak, by w przyszłości nie pojawiły się żadne wątpliwości co do jego bezstronności”. Do rozmowy chciał zaprosić „przedstawicieli wszystkich partii politycznych, byłych sędziów Trybunału, ekspertów od prawa konstytucyjnego i inne zainteresowane podmioty”. Wprawdzie prezydent spotkał się np. z członkami organizacji pozarządowych, powstał dokument „Dziesięć tez o naturze konfliktu, potrzebie kompromisu i kierunku reformy Trybunału Konstytucyjnego”, ale kolejne ustawowe propozycje zgłaszało i przeprowadzało w Sejmie Prawo i Sprawiedliwość. Mimo istniejących wątpliwości prawnych, prezydent je podpisywał, biorąc na siebie część odpowiedzialności za paraliżowanie Trybunału (w wiosennej „Więzi” prof. Andrzej Zoll nazwał te działania „wrogim aktem wobec innego organu władzy publicznej”).

W lutym Andrzej Duda zaprosił do Pałacu Prezydenckiego przedstawicieli organizacji, które protestowały przeciwko zapisom ustawy o Policji dotyczącym uprawnień służb. Zadeklarował otwartość na konsultacje w sprawie ewentualnych zmian w ustawie, ale podpisał ją dwa dni wcześniej, mimo zastrzeżeń choćby Rzecznika Praw Obywatelskich i Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych.

Teraz prezydent wychodzi z propozycją własnego projektu ustawy o Narodowych Obchodach Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości. Andrzej Duda prosi, „abyśmy się wszyscy razem w tę pracę zaangażowali”, „abyśmy mogli wszyscy razem pójść także i w jednym marszu ku czci niepodległej, suwerennej i wolnej Polski”. Po dotychczasowych doświadczeniach z prezydenckimi ofertami współpracy trudno tym razem nie zachować dystansu.

A jeszcze bardziej – po przeczytaniu projektu ustawy. Przewiduje ona, że kluczową instytucją, która ma jednoczyć różnorodne środowiska podczas przygotowywania obchodów setnej rocznicy niepodległości, będzie komitet obchodów. W jego skład wejdą, oprócz prezydenta i szefa jego kancelarii, marszałkowie Sejmu i Senatu, premier, niektórzy ministrowie i pełnomocnik rządu do spraw obchodów oraz prezes IPN. Przedstawiciele partii i ugrupowań politycznych (które w ostatnich wyborach przekroczyły 3 procentowy próg wyborczy, czyli oprócz zasiadających w Sejmie jeszcze Zjednoczonej Lewicy, KORWiN i Razem) mogą się włączyć w prace komitetu, do którego prezydent będzie powoływał jeszcze przedstawicieli kościołów i związków wyznaniowych, związków zawodowych, organizacji kombatanckich i innych organizacji społecznych lub osób „szczególne zasłużonych dla Państwa Polskiego”. W praktyce rola opozycji byłaby w komitecie marginalna. Trudno sobie wyobrazić narodowe pojednanie w tak zorganizowanym ciele – zdominowanym przez PiS, z udziałem „zasłużonych” organizacji jak obecna „Solidarność” czy Stowarzyszenie „Solidarni 2010” albo Reduta Dobrego Imienia.

Rządzący mają prawo zorganizować obchody setnej rocznicy niepodległości państwa według własnego uznania i w interesie wszystkich jest, aby obchody te były jak najlepsze. Prezydent ani PiS nie muszą jednak udawać, że zamierzają poważnie traktować opozycję.

A gdy prezydent mówi o wierze we wspólny marsz w 2018 r., trudno nie przypomnieć, że on sam zrezygnował z kontynuowania inicjatywy poprzednika – marszu „Razem dla Niepodległej”, który właśnie próbował łączyć ponad podziałami politycznymi; uczestnicy składali kwiaty pod pomnikami Witosa, Paderewskiego, Dmowskiego, Piłsudskiego, mówiło się o budowie kolejnych pomników – Daszyńskiego i Korfantego. Kto chce łączyć, już dziś ma się do czego odwołać.