Kino Mariusza Gawrysia: wierność schematom kina gatunkowego. Jak seks – to mocny, podszyty przemocą; jak bójka – to krwawa; jak bandyta – to wredny i do cna skompromitowany; jak zbrodnia – to odrażająca.

Na stronie internetowej Teatru Improwizacji „Anima”, którego jest twórcą i dyrektorem, Mariusz Gawryś przedstawia się jako „reżyser, scenarzysta, pedagog”, który „pracuje dla filmu i teatru, chodzi własnymi ścieżkami”. Dziesięć lat temu te ścieżki zaprowadziły go na plan „Sztuki masażu” – sfinansowanego przez siebie filmowego eksperymentu o ludzkiej samotności. Film był nagradzany w Koszalinie i Gdyni, ale jakoś nie przekonywał: potraktowanie stołu do masażu jako konfesjonału dobrze wygląda na papierze, ale na ekranie – już niekoniecznie. I ma się nijak do rzeczywistości: bo albo masaż i wymagające ciszy skupienie, albo gadka-szmatka i mizianie po plecach.

Głośno też było o warsztatach aktorskich Gawrysia – szkole prawdziwej improwizacji, opartej na metodzie Lee Strasberga i technikach relaksacyjnych. W „Sztuce masażu” efekt nie do końca przekonywał, ale część aktorskiego środowiska współpracę z Gawrysiem sobie chwali. Inni wprawdzie trochę się z tych warsztatów nabijają, ale sam szef Teatru Improwizacji chętnie cytuje listę młodych adeptów sceny, którzy dzięki niemu zdali do szkoły teatralnej.

Każdy, kto widział spektakl Gawrysia, wie, na czym polega jego aktorska szkoła. „Aktorstwo rozumiem nie jako imitowanie, naśladowanie stanów emocjonalnych, ale jako »bycie na zadany temat«” – tak zaprasza na swojej stronie internetowej. Zapewne aktorzy, którzy przyjęli role w „Sługach bożych”, też wzięli udział w warsztatach. A jeśli nie musieli, to znaczy, że są wyznawcami dość specyficznego aktorstwa, polegającego na zaznaczaniu swej obecności na scenie czy ekranie poprzez celebrowanie detali.

Jak to wygląda w praktyce? Oto pierwsze sekwencje „Sług bożych”: pedofil przetrzymuje dziecko w piwnicy. Widzowi wystarczy jedno spojrzenie, ale dla jasności Gawryś każe zboczeńcowi malować dziecku usta szminką, a potem nakładać czerwony lakier na malutkie paznokcie. W tej chwili policja wysadza drzwi, które – zanim upadną z hukiem – lecą przez pół ekranu, rozlegają się strzały. Zbrodniarz przyciska swą ofiarę do piersi, grozi poderżnięciem gardła. W ciszy pada jeden strzał, to komisarz Warski. Trafia idealnie w czoło, bandyta osuwa się. Koniec ujęcia.

Na tym mniej więcej polega kino Mariusza Gawrysia: wierność schematom kina gatunkowego, zaznaczanie aktorskiej obecności, pielęgnowanie detali. Scenariusz jest ledwie pretekstem, liczy się aktor odpowiadający na podświadome oczekiwania widza i dzianie się wewnątrz kadru. Jak seks – to mocny, podszyty przemocą; jak bójka – to krwawa; jak bandyta – to wredny i do cna skompromitowany; jak zbrodnia – to odrażająca. Do tego dochodzi stosowne instrumentarium: techniczne gadżety, kultowe samochody, intelektualne smaczki (jak chorał gregoriański w wykonaniu żeńskiego chóru czy fotos z „Karbali” zamiast zdjęcia z młodości komisarza Warskiego, granego przez Bartłomieja Topę) i polityczne aluzje w stylu „Skąd Niemcy to wszystko o nas wiedzą? Bo nie dokonaliście lustracji”, „Każdy szpieg dorabia sobie na boku” (w kontekście działań kościelno-państwowej Komisji Majątkowej), czy – o pewnym szpiegu – „Musi omijać Szwecję, bo za bardzo lubił blondynki”.

Historia wymyślona przez Gawrysia ma niewiele wspólnego z polską rzeczywistością

Wbrew bowiem tytułowi film „Sługi boże”, jakkolwiek część akcji toczy się w kościołach, nie dotyczy przestępczej działalności księży, diakonów czy zakonników. Chodzi tu o ziemię odzyskiwaną przez Kościół w wyniku ustaleń Komisji Majątkowej i przejmowanej za bezcen przez byłych ubeków oraz – jak się okaże – byłych agentów enerdowskiej Stasi, w ogóle agentów wszelkich służb. Na szczęście, jeden z proboszczów poprosił o wsparcie swoją krewną, policjantkę z Niemiec (ale o polskich korzeniach) – i dziewczyna zbiera dowody na międzynarodowy handel polską ziemią. Ubecy próbują skompromitować proboszcza, na szczęście jest Warski, który w odpowiedniej chwili wkracza do śledztwa i po nitce dochodzi do kłębka, demontując wraży układ.

Mariusz Gawryś wyczuwa oczekiwania polskiego widza i podaje mu pikantnie doprawione danie filmowe, na które składają się kalki kina gatunkowego – nie tak dalekie od wzorców hollywoodzkich czy francuskich. Brakuje im jednak tego specyficznego automatyzmu, cechującego dobre kino gatunkowe, gdzie na każde zachowanie bandyty jest gotowa odpowiedź, a ścigający przestępcę policjant nie różni się charakterologicznie od bandyty, ale gotowi jesteśmy mu wybaczyć, bo za nim stoi moralna racja.

Nie ma też w „Sługach” niezbędnej lekkości, dominuje za to swojskość podkreślana przez polskich aktorów. Nie byle jakich – poza Topą, który świetnie udaje twardziela, mamy jeszcze nieco sztywną Julię Kijowską jako ową polsko-niemiecką policjantkę, oraz dojrzałą Małgorzatę Foremniak jako terapeutkę komisarza i Adama Woronowicza jako dwuznacznego kierownika kościelnego chóru. Poprowadzeni przez Gawrysia świetnie wpisują się w gatunkowe schematy, ładnie pasują do wymyślonej przez twórcę historii, która – może poza ciekawie sfilmowanym nastrojem nocnego Wrocławia – niewiele jednak ma wspólnego z polską rzeczywistością. Zwłaszcza że z podsuwaną przez autora „Sług bożych” myślą, że Polską nadal rządzi ubecki układ („przecież nie zrobiliście lustracji”) jakoś trudno się pogodzić. I nie chodzi tu bynajmniej o „dobrą zmianę”, jaka zaszła przed rokiem: kino gatunkowe to przede wszystkim schemat – prosty w działaniu i uniwersalny w wymowie – a każde uwikłanie w politykę uniwersalizm wyklucza.