Film Krauzego jest przykładem propagandowej agitki według najgorszych kanonów tego gatunku.

Jeśli spojrzeć na wszelkie racjonalne przesłanki, film o katastrofie smoleńskiej powinien być filmem o słabości państwa.

O słabości państwa, które swych najwyższych dostojników transportuje samolotem, zamówionym jeszcze przez rząd Mieczysława Rakowskiego, a kupionym i wprowadzonym do służby już w roku 1990, gdy zmieniły się wszelkie sojusze Polski. Samolotem o dość sporej awaryjności, serwisowanym w niekoniecznie przyjaznym kraju, znajdującym się na wyposażeniu pułku, z którego kadra uciekała kiedy tylko mogła, zostawiając wysłużoną flotę bez właściwej opieki. A dodać do tego należy brak nowoczesnych procedur lub niechęć do ich stosowania, życzeniowe myślenie „jakoś to będzie” i „polski pilot poleci nawet na drzwiach od stodoły”, wszechobecny bałagan, poparty listą błędów, zaniedbań i zaniechań na wszystkich szczeblach urzędniczej machiny i – najważniejsze – nieumiejętność politycznej kohabitacji.

Ale taki film nie powstał – i pewnie nie powstanie. Byłby przecież nie tyle przyznaniem Janowi Kochanowskiemu wieszczej wręcz przenikliwości („Nową przypowieść Polak sobie kupi, / Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”), ile potwierdzeniem niekompetencji całej klasy politycznej (wszak u władzy zdążyli już być przedstawiciele wszystkich opcji). Po drugie, rozkładałby po równo odpowiedzialność za katastrofę na wszystkich, także na jej ofiary. Po trzecie wreszcie, byłby powtórzeniem tezy o słabości państwa, postawionej przez Krzysztofa Krauzego w „Długu”, jednym z najważniejszych współczesnych polskich filmów. Powtórzenie zaś tezy sformułowanej w 1999 roku byłoby jawnym dowodem na to, że przez całe 20 lat naszej niepodległej państwowości nie zrobiliśmy nic, by to państwo umocnić, by umocnić poczucie bezpieczeństwa zwykłego obywatela (bo skoro dopuściliśmy, by w katastrofie lotniczej zginęła niemal cała państwowa elita…).

Dostaliśmy film o Wielkim Spisku

W zamian dostaliśmy film o Wielkim Spisku. „Smoleńsk” Antoniego Krauzego korzysta z formuły opowieści o dziennikarce śledczej, która szuka dowodów na prawdziwość tez stawianych w oficjalnych raportach komisji śledczych i co rusz natyka się na najrozmaitsze wątpliwości. Nie rozstrzyga ich wprawdzie i nie dementuje – jakby nie na tym polegała rola dziennikarza – ale pieczołowicie je gromadzi. Nie ma wprawdzie słowa o sztucznej mgle (jakkolwiek ktoś zauważa, że pora dnia nie sprzyja mgle), o helu czy wybuchających parówkach, ale wszystko zmierza do tej samej konkluzji: w Smoleńsku dokonano zamachu i był to akt zemsty za działania Lecha Kaczyńskiego wobec rosyjskiej napaści na Gruzję w 2008 roku.

Interpretacja historii najnowszej w filmie Krauzego jest zresztą dość pobieżna i wybiórcza, nie ma refleksji wokół za i przeciw, są jedynie posegregowane według klucza fakty. Podobnie dzieje się na płaszczyźnie współczesnej, tzn. w planie roku 2010: każdy, kto spróbuje podważyć wersję oficjalną przyczyn katastrofy, zginie w wyniku działań – jak pada z ekranu – „seryjnego samobójcy”.

Na wszelki wypadek z ekranu nie padają żadne nazwiska. Oprócz Lecha i Marii Kaczyńskich rozpoznać można generała Błasika (choć jego nazwisko z ekranu nie pada) i porucznika Protasiuka; nazwiska obu widnieją na naszywkach mundurów. Reszta pozostaje anonimowa, co najwyżej można się domyślić z opisu postaci, o kogo konkretnie chodzi. Nie ma mowy o Jarosławie Kaczyńskim czy Antonim Macierewiczu i jego ekspertach, ale nazwiska Donalda Tuska i Władimira Putina padają w różnych kontekstach.

Powiedzieć o „Smoleńsku”, że jest przykładem kina zaangażowanego, powielającego amerykańskie wzorce w rodzaju „JFK” Olivera Stone’a (w warstwie tematu) czy „Chińskiego syndromu” Jamesa Bridgesa (model narracji), wydaje się zbytnią kurtuazją. Film Antoniego Krauzego jest przykładem propagandowej agitki, zrealizowanej według najgorszych kanonów tego gatunku. Traumatyczne wydarzenie, które wstrząsnęło całą Polską, zostaje ukazane bardzo jednostronnie, a w dodatku obudowane wielowarstwową insynuacją. Reżyseria pozostaje na poziomie aranżacji ruchomych obrazów, scenariusz nie daje pola do popisu żadnej postaci, zaś aktorzy z drobnymi wyjątkami nie wznoszą się ponad poziom serialowego „wystarczy być”. Dotyczy to – niestety – także odtwórczyni głównej postaci, Beaty Fido, nieprzekonującej zarówno w roli gwiazdy agresywnego dziennikarstwa telewizyjnego, jak też w roli „szarej kobiety z tłumu” nawróconych na „religię smoleńską”.

Ale jest w tym filmie scena przejmująca, nie boję się powiedzieć – piękna. To moment wizji, w której oficerowie katyńscy serdecznie witają ofiary katastrofy smoleńskiej. Jej wymowy nie trzeba tłumaczyć – jest jednoznaczna. Zarazem scena ta wyjaśnia cel powstania filmu. Otóż „Smoleńsk” wydaje się narzędziem budowania mitu założycielskiego formacji, na której zamówienie powstał. I nie chodzi tu o owe mityczne „18 procent” społeczeństwa, które w wyniku ostatnich wyborów przekazało władzę Prawu i Sprawiedliwości. Chodzi o tych wszystkich, którzy sprzeciwiają się ugodzie z komunistami sprzed prawie 30 lat – w Magdalence i przy Okrągłym Stole. Nie baczą, że owa ugoda była historyczną koniecznością, oszczędzającą rozlewu krwi (wszak sowieccy puczyści Janajewa w Moskwie w sierpniu 1991 roku nie wahali się użyć czołgów przeciwko ludności cywilnej), nie chcą – wbrew faktom – zawdzięczać polskiej niepodległości także komunistom. Katastrofa w Smoleńsku wpisuje się idealnie w ideologię głoszoną przez te środowiska: tak jak Stalin w 1940 roku kazał zniszczyć polską elitę w Katyniu, tak Putin w 2010 dokonał tego samego w Smoleńsku.

Tylko od nas zależy, czy zechcemy uwierzyć w tę tezę. Na szczęście, grubo ciosany film Antoniego Krauzego uwierzyć nie pomaga.