Obecnie władze Polski nie są partnerami do rozmowy z przywódcami współczesnego świata – czy to z Barackiem Obamą, czy z papieżem Franciszkiem.

Już na pokładzie samolotu lecącego do Polski papież zaczął program swojej wizyty. Powiedział dziennikarzom – zresztą nie po raz pierwszy – że świat zatracił pokój i jest pogrążony w wojnie. Wydaje się zatem, że w wymiarze politycznym papież poszukiwał w Polakach sojuszników w staraniach o pokój. Czy ich znajdzie?

W pierwszym przemówieniu na Wawelu w obecności władz państwowych Franciszek mówił: „potrzebna jest gotowość przyjęcia ludzi uciekających od wojen i głodu”; „zachęcam naród polski, aby w świetle swojej tysiącletniej historii patrzył z nadzieją w przyszłość i na problemy, którym musi stawić czoło”. Następnego dnia rano prosił na Jasnej Górze, by Maryja zaszczepiła w nas „pragnienie wyjścia ponad krzywdy i rany przeszłości i stworzenia komunii ze wszystkimi”. A po południu na krakowskich Błoniach mówił, że „serce miłosierne potrafi być schronieniem dla tych, którzy nigdy nie mieli domu albo go stracili, potrafi stworzyć atmosferę domu i rodziny dla tych, którzy musieli emigrować, jest zdolne do czułości i współczucia. Serce miłosierne potrafi dzielić swój chleb z głodnym, serce miłosierne otwiera się, aby przyjmować uchodźców oraz imigrantów”. 

Podczas Drogi Krzyżowej na Błoniach papież stanowczo podkreślał: „W przyjęciu osoby usuniętej na margines, która została zraniona na ciele i w przyjęciu grzesznika zranionego na duszy, stawką jest nasza wiarygodność jako chrześcijan! Nie w ideach…”.  Dawał wskazówki. „Nasza odpowiedź na ten świat w stanie wojny ma imię: nazywa się przyjaźnią, nazywa się braterstwem, nazywa się komunią, nazywa się rodziną” – powiedział w sobotę w Brzegach. Do młodych zwracał się: „My, dorośli, potrzebujemy was, byście nas nauczyli żyć razem w różnorodności, w dialogu, w dzieleniu wielokulturowości nie jako zagrożenia, lecz jako szansy”.

Teraz zejdźmy na ziemię. Tę ziemię.

Czy my, Polacy, i polska klasa polityczna mamy w sobie „gotowość przyjęcia ludzi uciekających od wojen i głodu”? Jesteśmy jednym z największych państw Unii Europejskiej, dla wielu możemy być symbolem odzyskanej wolności i demokracji, wielu sytuuje nas w gronie szczęśliwej, zamożnej części świata. Czy zdajemy sobie sprawę z odpowiedzialności, która się z tym wiąże?

Niestety to bardzo wątpliwe. Kryzys uchodźczy nie wybuchł wczoraj, jednak do tej pory podejmowaliśmy jako państwo i jako obywatele bardzo niewiele wysiłku, by się na niego przygotować albo jakkolwiek starać się mu zaradzić. W poprzedniej kadencji Sejmu – przez cztery lata – o pomocy rozwojowej posłowie rozmawiali zaledwie jeden raz (sprawdził to serwis MamPrawoWiedziec.pl). Ani razu nie debatowali o głównym celu pomocy rozwojowej, czyli o zwalczaniu ubóstwa. Ewa Kopacz jako premier była w sprawie uchodźców i imigrantów powściągliwa.

W czasie rządów obecnej władzy niechęć do obcych jest dużo większa, a nasze zaangażowanie w rozwiązywanie kryzysu mizerne – na międzynarodowej konferencji o pomocy dla regionu wokół Syrii zadeklarowaliśmy mniejszy wkład finansowy niż Węgry, Czechy czy Słowacja (pisze o tym Paweł Cywiński). Przy czym polskie władze tłumaczą nieraz, że zamiast przyjmować uchodźców, należy pomóc im tam, skąd przybywają…

Obecnie władze Polski nie są partnerami do rozmowy z przywódcami współczesnego świata. Niedawno Barack Obama wyrażał zaniepokojenie sytuacją polskiego Trybunału Konstytucyjnego. Tymczasem w trakcie Światowych Dni Młodzieży prezydent Duda podpisał nową ustawę, która nie naprawia sytuacji w kraju, a do tego skazuje nas na konflikt z Komisją Europejską i kolejne negatywne komentarze z amerykańskiego Departamentu Stanu. 

Kolejny przywódca, tym razem papież, starał się otworzyć nas na problemy wojny, uchodźstwa i migracji. Niezależnie od tego, jak interpretujemy jego słowa, powiedział wiele. Wiele powiedział wprost. Prezydent i rząd jak dotąd nie wykorzystali okazji, nie pokazali, jaki może być udział Polski w rozwiązywaniu problemów Europy i świata. Być może takiego planu po prostu nie ma. Papież wyjedzie i będzie spokój?

Państwo to jednak nie tylko władze. W ostatnich dniach Franciszek skierował zachętę do tych, którzy na własną rękę się angażują i próbują zmieniać status quo. „Świat dzisiaj na was patrzy – mówił do młodzieży na Błoniach. – Pytam się was, a wy odpowiedzcie: czy rzeczy można zmienić?”. I ostatniego dnia w Brzegach: „Mogą was osądzać, że jesteście marzycielami, bo wierzycie w nową ludzkość, która nie godzi się na nienawiść między narodami, nie postrzega granic krajów jako przeszkody i zachowuje swoje tradycje bez egoizmu i resentymentów. Nie zniechęcajcie się”.