Franciszek kieruje się pedagogiką pozytywną. Wydobywa to, co w nas dobre i „ciągnie” nas w górę.

Ochoczo komentujemy słowa Franciszka wypowiedziane w Polsce – i bardzo dobrze, bo jest w co wnikać i nad czym się zamyślać. Warto jednak zastanowić się również nad tym, dlaczego akurat takie, a nie inne słowa papież wybiera na daną okoliczność. Co sprawia, że (z nielicznymi, niestety wewnątrzkościelnymi, wyjątkami) są one szeroko odbierane jako trafiające w sedno ludzkich/polskich/światowych/egzystencjalnych problemów? Innymi słowy, jest to pytanie o styl Franciszka, o jego podejście do człowieka, o jego metodę ewangelizacyjną i katechetyczną.

Ten papieski styl to, powiedziałbym, dowartościowywanie adresata – czy to konkretnego człowieka czy zbiorowości (jak naród czy Kościół w danym kraju). To pedagogika pozytywna: dostrzeganie tego, co dobre i nawiązywanie do tych właśnie cech. Nie po to, żeby ukrywać negatywy, lecz po to, aby podnosić owego człowieka/Kościół/naród w górę. Najczęściej bowiem – jeśli chce się zmotywować adresatów do wysiłku stawania się lepszym – taka metoda jest skuteczniejsza niż wytykanie słabości. Na błędy i zaniedbania można wtedy wskazać w sposób bardziej subtelny, tak aby ich dostrzeżenie nie zniechęcało, nie prowadziło do załamywania rąk. Analogicznie Jean Vanier zachęca do takiego mówienia o naszych wadach i słabościach, żeby stawały się one „punktami wzrostu”.

Rzecz jasna, Franciszek potrafi też być – gdy trzeba – surowy i wymagający, zwłaszcza gdy piętnuje globalizację obojętności i lekceważenie cierpienie innych. Ale w swoich podróżach zagranicznych najczęściej wybiera inny styl. Nie tylko przez grzeczność wobec gospodarzy. Podobny jest w tym do Jana Pawła II, który nawet definiował miłosierdzie „jako dowartościowywanie, podnoszenie w górę, wydobywanie dobra spod wszelkich nawarstwień zła” (encyklika Dives in misericordia, 6).

Tę pedagogikę dowartościowywania można by konkretnie pokazać w każdym większym polskim wystąpieniu Franciszka. Skupię się tu jedynie na dwóch przykładach.

Wawel: nowa wyobraźnia pojednania

W pierwszym i najważniejszym przemówieniu do Polaków (i do narodu, i do państwa, jeśli tak można powiedzieć) Franciszek dokonał krótkiej rekapitulacji historii naszego kraju. Wybrał z niej to, co najlepsze: związek tożsamości narodowej z chrześcijaństwem, dobrą pamięć historyczną, zdolność do pojednania z innymi narodami, twórczą wierność korzeniom, świadomość jedności w różnorodności.

Mamy obecnie problemy z pojednaniem, więc właśnie dlatego papież ukazał polskie dokonania w tej dziedzinie

Choć papież jest u nas po raz pierwszy, a jego biografia nie wskazuje na wielkie zainteresowanie tym regionem Europy – to widać, że dobrze przygotował się do podróży. Wiele wie o Polsce, umie trafnie wskazać istotne problemy. Zdaje sobie zatem sprawę z głębokich podziałów panujących w naszym społeczeństwie. Woli jednak mówić o doświadczeniu jedności narodu, choć ma świadomość, jak o nią trudno. Chwali za gotowość do pojednania polsko-niemieckiego (które potrafiło nieodwracalnie odmienić historię stosunków między narodami!) oraz polsko-rosyjskiego i katolicko-prawosławnego, choć zdaje sobie sprawę, że dla części współczesnych Polaków mowa o dążeniu do pojednania to zwykły kicz…

Wyraźnie obecna jest w tym podejściu chęć owego podnoszenia w górę i wydobywania dobra spod nawarstwień zła. Papież, jak mi się wydaje, zakłada, że skoro mamy obecnie problemy z pojednaniem, i wewnątrznarodowym, i w relacji z innymi nacjami – to właśnie dlatego warto ukazać polskie dokonania w tej dziedzinie jako chlubną cechę naszego narodu. Poczucie dumy pod tym względem może być dla wielu zachętą do szukania nowej wyobraźni pojednania.

Auschwitz: wypełnić milczenie Obecnością

W kluczu pedagogiki dowartościowywania można też spojrzeć na decyzję papieża, aby jego wizyta w dawnym niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau odbyła się w milczeniu.

Oczywiście w tym milczeniu chodziło przede wszystkim o cichą, wyraźnie dramatyczną modlitwę samego papieża. Ale jego milcząca obecność w Auschwitz była również zaproszeniem innych do wejścia w ciszę. A to jest przejaw traktowania ludzi najpoważniej jak można. W rozgadanym świecie o wiele łatwiej się rozmawia (albo jedynie prowadzi pogawędkę) niż milczy. Wezwanie „Pomilczmy razem” może być nawet łatwo uznane za niebezpieczne i ryzykowne – co bowiem robić w takiej ciszy? Trudną, niewygodną ciszę usiłuje się więc „zagadać”, pokryć ją jakimikolwiek słowami…

Mieliśmy szansę „usłyszenia” najdłuższej chyba ciszy w historii telewizji

Mniej chodzi mi tu o osoby zgromadzone wraz z papieżem wokół pomnika w Auschwitz-Birkenau, lecz o masowego odbiorcę. O tych, którzy odbierają świat za pomocą mediów. Mieli oni szansę „usłyszenia” najdłuższej chyba ciszy w historii telewizji. Gdy padły słowa dziennikarza prowadzącego program w komercyjnej, bądź co bądź, stacji:  „Pomilczmy więc razem z papieżem” – zrozumiałem, że wezwanie do wejścia w ciszę zostało przyjęte.

A gdy jeszcze realizatorzy w reżyserce pozwolili prowadzącemu rzeczywiście trwać w tej ciszy, nie przerywać jej na antenie ani własnymi słowami, ani komentarzami gości programu – byłem już pewien, że było to milczenie dojrzałe. I mogło, także dla telewidzów, stać się pełne Obecności. I może niejeden pomyślał sobie jak ja, że w moim życiu powinno być więcej miejsca na ciszę.