Gdy myślę o groźbie rozpadu Unii Europejskiej, o Trybunale Konstytucyjnym, o jakości władzy i opozycji, myślę o Kuroniu, Mazowieckim, Nowaku-Jeziorańskim. O tych, których już nie ma. Oraz o tych, których nie ma jeszcze.

Gdy zmarł Jacek Kuroń, kończyłem pierwszy rok studiów. Nie znałem go osobiście, jednak – jak wiele osób – poszedłem na Powązki, by go pożegnać.

Mocne wrażenie zrobiły na mnie wtedy słowa Karola Modzelewskiego, który w swoim przemówieniu wraz z Jackiem Kuroniem żegnał pewną epokę.

– Ktoś, kto się nazywał Jacek Kuroń, komu nie można było przykleić etykietki populisty, to był kłopot. Umarł, więcej takiego kłopotu nie będzie. Można go uczcić pomnikiem, można uczcić jego zasługi, oddać mu hołd i będzie spokój. Nikt o takim autorytecie nie będzie już siał wątpliwości, nie będzie buntował ludzi. I to jest właśnie niebezpieczeństwo, które grozi Polsce. Uciszenie myśli buntowniczej sprawia, że Polska będzie słabsza i mniej odporna na rozmaite zagrożenia, którym musimy stawiać czoło – mówił prof. Modzelewski.

Teraz, po dwunastu latach, wyraźnie widać, co to znaczy.

Coraz bardziej brakuje osób, których głos byłby dla nas punktem odniesienia w debacie publicznej. W ciągu ostatnich dwunastu lat pożegnaliśmy Jana Nowaka-Jeziorańskiego i Bronisława Geremka, abp. Józefa Życińskiego, kard. Józefa Glempa i Jana Pawła II, Leszka Kołakowskiego i Tadeusza Konwickiego, Tadeusza Mazowieckiego i Krzysztofa Kozłowskiego, Marka Edelmana i Władysława Bartoszewskiego. Ludzi, którzy dawali świadectwo roztropności, dążenia do pojednania, politycznej i życiowej mądrości.

Brakuje ich w konkretnych sytuacjach tu i teraz. Na przykład: czy jest ktoś w stanie wypowiedzieć się w obronie Trybunału Konstytucyjnego i demokracji tak, byśmy nie zareagowali wzruszeniem ramion? Niektórzy z nich by potrafili. Kto dziś przekona nas do otwarcia się na uchodźców? Kto – odwołując się do własnej biografii – opowie o okrucieństwie wojny i przypomni o wadze pokoju i znaczeniu Unii Europejskiej?

Możliwe, że właśnie zaczyna się rozpad projektu politycznego, który zapewnił nam spokojne życie, jakiego nie znali nasi rodzice, dziadkowie, pradziadkowie. I nie ma nikogo, kto by nas na to przygotował. Przeciwnie, dorobek europejskiej demokracji jest lekceważony; gdy obecnie rządzący mówią nam, że bronią polskiej suwerenności przed zewnętrzną ingerencją ze strony Unii Europejskiej – zdajemy się bezradni.

W polityce wewnętrznej – nie słysząc mocnego i poważnego głosu protestu – w większości godzimy się na twarde rozwiązania zawarte choćby w tzw. ustawie o policji czy antyterrorystycznej.

O społecznej bierności dobitnie świadczą puenty marszów Komitetu Obrony Demokracji: wieńczą je przemówienia od sasa do lasa, koncert Big Cyca, a ostatnio mowy dwóch byłych prezydentów, z których nie zapamiętujemy niczego oprócz pochwały ostatniego ćwierćwiecza (skądinąd słusznej, ale co dalej?). Marsze imponują włożonym wysiłkiem organizacyjnym i potencjałem tkwiącym w uczestnikach.

Czy wykrystalizują się z nich postaci na miarę naszych bohaterów XX wieku?