Sopot, 1 kwietnia 2016 roku, kościół pod wezwaniem św. Jerzego – siadam w jednej z ławek zarezerwowanych dla „rodziny Puck”, czyli osób związanych z puckim hospicjum pw. Ojca Pio (czuję się włączeniem w tę grupę wyróżniona). Wcześniej żegnaliśmy księdza Jana Kaczkowskiego w puckiej farze. Myślę, że i puckie, i sopockie uroczystości żałobne spodobałyby się Zmarłemu – to, że odbywały się w prima aprilis, to bardzo w stylu Jana. Nie było w nich patosu, było ciepło, wręcz czułość, do której Jan niestrudzenie przekonywał, bo jak mawiał: „To czułość bliskich pozwala nam przetrwać w najtrudniejszych momentach”.

Siedzę więc w sopockiej świątyni, trwa koncert (muzycy grają właśnie słynne adagio g–moll Albinioniego), a ja myślę o Janie – o tym, jak wiele mu zawdzięczam, również niezwykłych spotkań i zdarzeń. Z zamyślenia wyrywa mnie czyjeś dotknięcie – ktoś ściska za ramię mnie i siedzącą obok mnie kobietę. Odwracamy się obie – najpierw zauważam ciemne duże oczy w śniadej twarzy okolonej czarnym zakonnym welonem.

– Jesteście z hospicjum księdza Jana? – pyta zakonnica.

– Tak – uśmiecha się moja sąsiadka.

– Przekażcie, proszę, wszystkim w hospicjum, że bardzo wam dziękujemy za to, co robicie i uczymy się od was tam, w Wilnie.

– W Wilnie – pytam? I zaraz dodaję: – Siostra Michaela?

– Tak – odpowiada trochę zdziwiona zakonnica.

Przedstawiam się i natychmiast zdziwienie ustępuje radości:

– Pani Kasia!? – uśmiecha się siostra Michaela.

Nigdy wcześniej nie spotkałyśmy się. O siostrze Michaeli Rak ze zgromadzenia sióstr Jezusa Miłosiernego usłyszałam dawno temu. O tym, co zrobiła, opowiedziałam księdzu Janowi Kaczkowskiemu i zawarliśmy to w naszej książce „Szału nie ma, jest rak”:

„W pewnym hospicjum pracowała siostra zakonna, Manuela (powinno być Michaela – przyp. K. J.), którą jeden z pacjentów poprosił: «Czy mogłaby siostra ze mną umrzeć?». Prośba mężczyzny była tak zaskakująca, że Manuela (Michaela) «zagadała» ją niepewnym uśmiechem i nic nieznaczącymi słowami w rodzaju: proszę być spokojnym, wszystko będzie dobrze. Nie znosiła takich odpowiedzi, ale ta sytuacja ją przerosła. Prośba chorego wytrąciła ją z równowagi. Przez kilka następnych dni unikała odwiedzin na tej sali. Ale nadszedł wieczór, kiedy rozpoczęła się agonia – ciałem umierającego targały silne dreszcze. Pielęgniarka podała mu środki przeciwbólowe. Drgawki nie ustępowały. Zatroskana zadzwoniła do hospicyjnego kapelana z prośbą, żeby przyszedł i dokonał obrzędu namaszczenia chorych. Usłyszała, że pan Szymon został już namaszczony świętymi olejami. Na dyżurze była siostra Manuela. Poszła do pokoju pana Szymona, usiłowała wziąć go za rękę, gładzić po twarzy, ale jego ciało było wciąż niespokojne, rozedrgane. Wtedy – sama zaskoczona tym, co robi – ułożyła się na brzegu łóżka mężczyzny i przytuliła jego nękane skurczami ciało do siebie. Ogarnęła je ramionami, przygarnęła, otuliła sobą. I tak trwała, a ono stopniowo zaczęło się uspokajać i rozprężać. Aż w końcu całkiem się uspokoiło i zamilkło. «Zrozumiałam – mówiła siostra Manuela – że spełniłam prośbę pana Szymona: umierałam razem z nim. Nie wiem, co on czuł, ja byłam szczęśliwa»”.

W tym opisie popełniłam kilka błędów: zmieniłam imię siostry Michaeli na Manuela (o tej pomyłce dowiedziałam się jakiś czas temu od pewnego księdza, który opowiedział mi, że to ona właśnie założyła pierwsze hospicjum na Litwie i wymyśliła słowo „hospisas”!). Napisałam też, że przestraszyła się prośby chorego – a wystarczy spojrzeć na siostrę Michaelę, żeby wiedzieć, że mało co może ją przestraszyć.

W wileńskim hospicjum im. bł. ks. Michała Sopoćki pracują Litwini, Polacy, Rosjanie, jest też Tatarka – oprócz siostry Michaeli Rak i jeszcze jednej siostry z jej zgromadzenia, siostry Małgorzaty pracującej w hospicyjnej kuchni (zawiaduje nią Zoja, Rosjanka, zresztą prawosławna), wszyscy pracownicy to ludzie świeccy. Siostra Michaela planuje rozbudowę hospicjum, bo opieką trzeba również otoczyć przewlekle chore dzieci. Rozmawiamy o tym wszystkim w drodze na sopocki cmentarz.

– Mieliśmy nadzieję, że ksiądz Jan nas odwiedzi – mówi siostra Michaela, która przyjechała na pogrzeb prosto z Wilna.

Podczas uroczystości pogrzebowych księdza Jana wolontariusze z puckiego hospicjum kwestują na jego rzecz – już widzę złość Jana, gdyby ta kwesta i w Pucku, i w Sopocie 1 kwietnia 2016 roku nie odbyła się. Pytam, jak wileńskie hospicjum radzi sobie finansowo.

– Tak jak ksiądz Jan żebrzę na nasze hospicjum – uśmiecha się siostra Michaela. – Do sierpnia starczy nam pieniędzy. Mam nadzieję, że uda mi się użebrać na dalsze funkcjonowanie.

Niejeden raz miałam przywilej uczestniczyć jako wolontariuszka w zbieraniu pieniędzy na rzecz puckiego hospicjum – to było bardzo ważne doświadczenie, dodawało sensu.

Bardzo chętnie kwestowałabym również na rzecz wileńskiego hospicjum. Być może uda się za jakiś czas taką kwestę zorganizować, tymczasem ośmielam się zwrócić do Państwa z prośbą o pomoc dla wileńskiego hospicjum. Każda najdrobniejsza nawet wpłata jest bezcenna – miesięczny koszt działania hospicjum to, w przeliczeniu na złote, 140 tysięcy, z czego tylko 40 tysięcy złotych miesięcznie zapewnia litewska kasa chorych. Pozostałe sto tysięcy trzeba uzbierać. Wileńskie hospicjum pomaga wszystkim chorym, nie pytając ani o wyznanie, ani o narodowość, a pomoc ta świadczona jest bezpłatnie.

www.hospisas.lt

Nordea Bank Finland Plc Lietuvos skyrius
Kod banku: 21400
BIC, SWIFT kod: NDEALT2X
konto w euro: LT232140030002856368
konto w dolarach: LT 392140030002856371
konto w złotówkach: LT762140030002856384