Ks. Tomáš Halík często przypomina, że dwie natury Kościoła: boska i ludzka niosą zupełnie różne konsekwencje. Z ludzkiej natury Kościoła warto (a nawet trzeba!) się czasem śmiać, obnażać jej hipokryzję i rozpoznawać słabości. Ale boska natura Kościoła implikuje zupełnie co innego: pokorę i wyciszenie przed niewypowiedzianą Tajemnicą.

Pamiętam, że duże wrażenie zrobił na mnie tytuł pierwszego w ogólnopolskiej prasie wywiadu z ks. Janem Kaczkowskim, który przeprowadził Przemysław Wilczyński dla „Tygodnika Powszechnego”. Brzmiał on „Sklepany przez Kościół, kocham Kościół”. Dlaczego, do cholery, ktoś miałby kochać Kościół, który go skrzywdził?! – myślałem.

Mnie Kościół nigdy nie sklepał, mam w ogóle wrażenie, że moja droga wiary jest czasem zbyt łatwa, a kiedy pojawia się na niej jakiś problem, to Bóg szybko sam podsuwa rozwiązanie. A jednak i dla mnie Kościół bywa niezwykle irytujący i męczący. Na przykład wtedy, gdy pozwala na „ozdabianie” katedry symbolami skrajnej prawicy. Albo wtedy, gdy księża w konfesjonale więcej interesują się życiem erotycznym wiernych (dziwnym trafem, szczególnie kobiet) niż relacją z Bogiem. Ale jednak siła przyciągania Kościoła, tkwiąca w samej jego istocie, którą jest Bóg-człowiek, przyjaciel ludzi, Jezus Chrystus – jest wobec tych irytacji zawsze nadrzędna.

Trudno mi jednak powiedzieć, czy byłaby ona nadrzędna, gdybym zetknął się – podobnie jak ks. Jan – z biurokratyczną, bezduszną instytucją. Podczas IX Zjazdu Gnieźnieńskiego powiedział: „liczba sytuacji, które mnie w Kościele »przejechały«, jest potworna”. Nie żebym nie zdawał sobie sprawy, że Kościół (a właściwie: kościół) taki bywa, ale nigdy nie dotknęło mnie to tak bezpośrednio. Ks. Tomáš Halík często przypomina, że dwie natury Kościoła: boska i ludzka niosą zupełnie różne konsekwencje. Z tej ludzkiej natury Kościoła warto (a nawet trzeba!) się śmiać, obnażać jej hipokryzję i rozpoznawać słabości. Ale boska natura Kościoła implikuje zupełnie co innego: pokorę i wyciszenie przed niewypowiedzianą Tajemnicą. Tu nie ma miejsce na śmiech, raczej na ciszę i kontemplację. To chyba dlatego tytuł wywiadu z ks. Kaczkowskim tak mnie poruszył – za tą miłością do Kościoła, który go skrzywdził musi kryć się jakaś wielka Tajemnica.

Bywa, że ta Tajemnica odkrywa nam malutki fragmencik siebie. To są te momenty, kiedy bywam głęboko wzruszony tym, jak niesamowitym darem jest bycie członkiem Kościoła. To są te momenty prawdziwie prorockie, mające potencjał zmiany świata w sposób zupełnie nieprzewidywalny, wbrew oczekiwaniom ogółu: wierzących, społeczeństwa, narodu. Takim momentem był list biskupów polskich do niemieckich z listopada 1965 roku, w którym biskupi „wybaczali i prosili o wybaczenie”. Taki moment miał też miejsce podczas wtorkowej Ekumenicznej Liturgii Męczenników organizowanej przez Wspólnotę Sant’Egidio. To m.in. dzięki słowom kardynała Kazimierza Nycza, który mówił:

– Posłuchajmy dyskusji chrześcijan w Polsce i Europie, tego w jaki sposób próbuje się wyretuszować podstawowe fragmenty Ewangelii, zasadnicze dla naszego życia. Człowiek, który nie potrafi się zdecydować na radykalne przyjęcie Ewangelii, próbuje osłabić wymowę słów Jezusa Chrystusa. Dotyczy to według niego szczególnie Ośmiu Błogosławieństw i opisu Sądu Ostatecznego.  Nie ulegajmy pokusie retuszowania Ewangelii. Jeszcze nie słychać słów, że Pan Jezus się mylił, mówiąc „byłem przybyszem, a przyjęliście mnie”, ale często słychać już głosy, że papież myli się w tej dziedzinie.

Słuchając prorockiego nauczania papieża Franciszka i kardynała Nycza w kwestii uchodźców, bardzo chcę z ks. Kaczkowskim powiedzieć: kocham Kościół.