Dlaczego „Skucha” Jacka Hugo-Badera nie będzie jedną z najważniejszych książek o „Solidarności”? Czy autor naprawdę chciał stworzyć taki obraz kolegów?

Historia tego środowiska spisana piórem wybitnego reportera zapowiadała się fascynująco. Zdobywanie sprzętu drukarskiego, brawurowe ucieczki przed milicją i SB, gubienie ogonów, udział w demonstracjach, przejścia aresztowanych – same ówczesne przygody konspiratorów są materiałem na niejeden filmowy scenariusz. Indywidualne decyzje ludzi podziemnej „Solidarności”, idee, które skłaniały ich do podejmowania ryzyka, emocje związane z konspirowaniem (strach, lecz także radość) czy klimat, w którym patos mszy za Ojczyznę mieszkał się z barwnym życiem towarzyskim – oddać to wszystko znacznie łatwiej reporterowi niż historykom, których obowiązują rygory naukowości.

Co więcej, Jackowi Hugo-Baderowi jako osobie ze środowiska znacznie łatwiej było dotrzeć do bohaterów książki i sprawić, by się przed nim otworzyli; opowiedzieli nie tylko o heroicznych czasach konspiry, ale i o trudach i konfliktach w wolnej Polsce.

„Skucha” mogłaby być jedną z najważniejszych książek o „Solidarności”. Dlaczego jednak nią nie będzie?

Kolumbowie rocznik 50

Czołowy polski reportażysta nie szukał tym razem materiału do książki na drugim końcu świata, lecz w Warszawie w środowisku osób dobrze mu znanych. Dziennikarz „Gazety Wyborczej” w latach 80. był szeregowym działaczem podziemnej „Solidarności”. Zajmował się kolportażem podziemnej prasy w jednej z największych konspiracyjnych struktur Warszawy, Międzyzakładowego Komitetu Koordynacyjnego, z którym związany był tygodnik „Wola”. „Skucha” to książka o jego kolegach z podziemia.

Hugo-Baderowi przyświecał ambitny cel. Chciał przedstawić losy całego pokolenia podziemnej „Solidarności” urodzonych około 1950 roku. „Bunt i pokojowa walka «Solidarności» to jedyne, obok wielkopolskiego polskie powstanie, które kończy się zwycięstwem. Tylko opisać tego nie potrafimy […] Chciałbym zmierzyć się z tym paradoksem, opowiedzieć, jak się żyje działaczom, bojownikom podziemia demokratycznego w Polsce, którą sobie wywalczyli. Co dzisiaj robią Kolumbowie rocznik 50, dzieci tamtych Kolumbów, jak się urządzili, jak się wiedzie moim kolegom z partyzantki w wolnym wreszcie kraju”.

Choć o historii „Solidarności” napisano setki książek, bardzo niewiele z nich koncentruje się na indywidualnych przeżyciach ich bohaterów. Hugo-Bader chciał zresztą pisać nie tylko o działalności opozycyjnej osób ze swojego pokolenia, lecz także o ich wcześniejszych i (przede wszystkim) późniejszych losach – już w III Rzeczypospolitej.

Do tego ostatniego wątku odnosi się właśnie tytuł jego książki. Nie potrafiliśmy w wolnej Polsce należycie zadbać o weteranów solidarnościowego podziemia – tak można odczytać przesłanie nowego reporterskiego dzieła. Obserwację dziennikarza dotyczącą trudnych późniejszych losów dawnych konspiratorów potwierdzają zresztą badania socjologiczne. Adam Mielczarek w „Śpiących rycerzach” pisze o tym, jak w III RP odnaleźli się warszawscy kolporterzy podziemnej prasy, wskazuje na niewykorzystanie ich potencjału w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego.

Wielu dawnych bohaterów do dzisiaj żyje w biedzie i z poczuciem niedoceniania czy nawet krzywdy. Tak też stało się z częścią osób ze środowiska, o którym pisze Hugo-Bader. Wywodziło się z niego co prawda kilku ministrów i dziennikarzy (jak Michał Boni, Maciej Zalewski, Andrzej Urbański czy Piotr Stasiński), ale znacznej części w III  RP się nie powiodło.

Krąg MKK i „Woli” jest ciekawy do opisania ze względu na swoją różnorodność. Razem działali w nim i młodzi intelektualiści fascynujący się lewicowymi ideami, i robotnicy o poglądach bliskich narodowcom. Przy redagowaniu czy kolportowaniu podziemnych pism pracownicy naukowi współdziałali z taksówkarzami, a studenci z dawnymi akowcami.

Czy Hugo-Bader naprawdę tego chciał?

Niestety ogromna większość tych fascynujących wątków została w książce jedynie lekko muśnięta. Hugo-Bader pisze przede wszystkich o prywatności konspiratorów, którzy zwierzali mu się z najtrudniejszych spraw. Alkoholizm rodziców, alkoholizm samych konspiratorów, narkomania dziecka, zdrady małżeńskie, konflikty rodzinne, szczegóły życia zdrowotnego – te wszystkie tematy dominują w opisach konkretnych postaci.

Czy Hugo-Bader przedstawił te kwestie uczciwie? Czy opisywane osoby sobie tego życzyły? Nawet jeśli na oba pytania odpowiedź byłaby twierdząca, mam wątpliwości, czy warto z tych wątków robić główny temat książki. Nie, żeby o nich nie pisać – przecież problemy osobiste warunkowały działalność konspiracyjną i późniejsze losy. Autor „Skuchy” odwrócił jednak proporcje. To, co najważniejsze, jest u niego jedynie dodatkiem, pretekstem do czerpania pełnymi garściami z prywatności opisywanych osób. Hugo-Bader bierze z niej zresztą prawie tylko to, co smutne, negatywne, kontrowersyjne. Okazuje się, że taki obraz opozycji może powstać wcale nie z dokumentów SB, ale ze wspomnień spisanych i komentowanych przez jednego z konspiratorów.

Czy częsty – niestety – wśród reporterów trend do przekraczania granic bez oglądania się na kwestie etyczne stał się silniejszy od chęci opisania zasług solidarnościowych konspiratorów? Czy Jacek Hugo-Bader naprawdę chciał stworzyć taki obraz kolegów z konspiracji, który będzie przypominał pamflet?

Pierwotny zamiar mógł być inny. Autor deklarował przecież co innego, pisząc o „pokoleniu Kolumbów 1950”. Wykazuje empatię, gdy pisze o swoich rozmowach z kolegami z podziemia. Co z tego, skoro efekt najlepiej oddaje podsumowanie Macieja Zalewskiego, jednego z głównych bohaterów książki: „To jest środowisko, w którym mnóstwo wartościowych ludzi oddało najpiękniejsze lata życia dla wielkiej sprawy, teraz się okazuje, że na czele byli, kurwa, transseksualistka, współpracownik bezpieki i złodziej”.

Skoncentrowanie się tylko na tym co złe lub kontrowersyjne sprawia, że czytelnikowi „Skuchy” zostanie w pamięci obraz środowiska znacznie mniej prawdziwy od tego, który kilka lat wcześniej przedstawiła choćby Krystyna Zalewska (córka Macieja) w książce „Będzie strajk”. Publikując wspomnienia konspiratorów nie unikała kontrowersji, ale opisała przede wszystkim to, co naprawdę ważne. Szkoda, że ze względu na nazwisko autora znacznie większą popularnością będzie cieszyć się „Skucha”. Nomen omen.

„Skucha”, Jacek Hugo-Bader, Czarne/Agora 2016