Dyskusja wokół kampanii „Nie odkładaj macierzyństwa na potem” wydaje się mieć posmak nonsensu podobny do tego, jaki miałyby protesty wobec kampanii społecznej promującej bieganie – rzekomo oburzającej, bo przecież nie każdy może biegać i nie każdy też ma na to chęć. Dlaczego zmusza się nas do biegania?

Zdążyłam… ale nie zdążyłam… – ta fraza wypełniona w różny sposób ma szansę zadomowić się w zbiorze polskich kluczowych powiedzonek początku XXI wieku, tak jak słynne „Sorry, taki mamy klimat”. Spot przygotowany przez Fundację Mamy i Taty doczekał się już licznych przeróbek w formie memów i rysunków satyrycznych, nierzadko faktycznie śmiesznych i trafnie wskazujących problemy społeczne, niedających jednak z reguły poczucia, że ich twórcy zrozumieli przesłanie spotu. To samo można powiedzieć o fali krytyki, która wylała się na jego autorów.

Przez ostatni tydzień mówiło się o tym, że spot obraża uczucia kobiet, które z jakichś przyczyn (psychicznych czy np. braku środków materialnych) nie mogą się zdecydować na dziecko czy też nie mogą go mieć z przyczyn zdrowotnych (bezpłodność). Małgorzata Fuszara, pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania, wystosowała do Fundacji Mamy i Taty pismo, w którym zarzuciła kampanii stereotypizację: „Przekaz o macierzyństwie jako dominującej roli kobiety jest oparty na stereotypowym założeniu, że naturalnym pragnieniem wszystkich kobiet jest posiadanie dziecka. Refleksja oparta o takie założenie deprecjonuje kobiety, które wybierają inny model swojego życia”.

Eliza Michalik w swoim tekście pt. „Żałuję, że ktoś w Mamie i Tacie upadł na głowę” posunęła się nawet do obrażania wszystkich, którzy zdecydowali się na dziecko: „Jedyny spot jaki powinniście w tej waszej fundacji nakręcić, to spot o polskich posłach, ludziach ustalających tak bezdennie nieludzkie, nielogiczne i niesprawiedliwe prawo, tak nielogiczne i zniechęcający ramy codziennego życia, że żeby urodzić, trzeba zgłupieć jeszcze bardziej niż Wy, publikując swoje filmowe arcydzieło” (ciekawe, kiedy Małgorzata Fuszara wystosuje do Elizy Michalik adekwatne pismo z upomnieniem za tak nierówne traktowanie matek i niematek).

Uogólniając wszystkie te głosy: spot jest opresyjny, obraźliwy, przymusza do rodzenia wbrew woli, jest straszny, głupi, krzywdzący i niebezpieczny. Spójrzmy więc spokojnie na sam film Fundacji Mamy i Taty. Na marginesie pozostawiam kwestie formalne: pretensjonalny głos z offu i marną grę aktorską – to nie one przecież stały się przedmiotem krytyki.

Spot daje jasne wskazówki, jaka jest jego grupa docelowa. Ekskluzywne wnętrze i wymienione przez bohaterkę filmu aktywności (zdążyłam zrobić specjalizację i karierę, zdążyłam być w Tokio i w Paryżu, zdążyłam kupić mieszkanie i wyremontować dom) pozwalają stwierdzić, że skierowany nie jest bynajmniej do kobiet, które przed urodzeniem dziecka powstrzymuje życie na skraju ubóstwa czy trauma psychiczna. Tym bardziej nie są jego adresatkami kobiety, które starały się o dziecko odpowiednio wcześnie, ale przeszkodziły im w tym kwestie zdrowotne. Autorzy spotu wyraźnie zwracają się do kobiet, które decyzję o macierzyństwie odkładają na później ze względu na pragnienie osiągnięcia pewnego statusu społecznego i materialnego – potrzebę wcześniejszej realizacji w innych dziedzinach. Wydaje się, że podstawowym błędem w dyskusji o kampanii Fundacji Mamy i Taty było złe odczytanie przez odbiorców tego, kto jest grupą docelową, czy wręcz brak refleksji nad tą kwestią i atakowanie na oślep.

Pozostają jeszcze kobiety, które faktycznie mają podstawy, by przypuszczać, że to do nich skierowany jest spot. Gdzie tu jednak opresja i obrażanie? Gdzie odbieranie wolności? Spot mówi tyle: być może znajdziesz się w takiej sytuacji, że na dziecko będzie za późno. Być może będziesz żałować swoich decyzji. Można się nad tym zastanowić. Można też sobie spokojnie odpowiedzieć, np.: Wiem, co robię, wcale nie chcę mieć dziecka (tak jak deklarowały kobiety oburzone spotem, które jednak robiły to w zupełnie innym tonie, dalekim od spokoju). Człowiek wolny i świadomy siebie potrafi skonfrontować się z proponowanymi mu treściami, po czym jeśli się w nich nie odnajduje, to o spocie zapomina, pozwalając mu działać wobec tych, którym naprawdę jest potrzebny i których może doprowadzić do pozytywnej dla nich zmiany decyzji.

Tutaj mały wtręt osobisty. Jako kobieta, która zdecydowała się na dziecko dość późno, w wieku 30 lat, a podjęcie się roli matki odwlekała m.in. właśnie z powodów sytuujących mnie wśród adresatek kampanii, muszę wyrazić swoją wdzięczność wobec tych, którzy przypominali mi, że czas na rodzenie dzieci jest ograniczony – tych, którzy robili to w sposób nienachalny i nie naciskali, ale dawali do myślenia. Sądzę, że te cechy spełnia także spot Fundacji Mamy i Taty.

Dyskusja wokół kampanii „Nie odkładaj macierzyństwa na potem” wydaje się mieć posmak nonsensu podobny do tego, jaki miałyby protesty wobec kampanii społecznej promującej bieganie – rzekomo oburzającej, bo przecież nie każdy może biegać i nie każdy też ma na to chęć. Dlaczego zmusza się nas do biegania? Dlaczego piętnuje się za to, że nie biegamy?! Opresja czai się wszędzie… jeśli tylko wszędzie jej sami szukamy.

Oczywiście są tematy związane z macierzyństwem, które w spocie Fundacji Mamy i Taty nie zostały poruszone, m.in. to, jak ważne jest wspieranie kobiety przez ojca dziecka, oraz pomoc ze strony państwa. Z pewnością są to dwa istotne punkty, które pozwalają nie tylko zdecydować się na macierzyństwo, ale także połączyć je ze zrobieniem specjalizacji, kupnem mieszkania i jeśli nie wyprawą do Tokio, to przynajmniej wczasami w Zakopanym. Dobrze jeśli kampania wywoła ruch w tę stronę, aby ci, którzy przejmują się kwestią odkładania macierzyństwa tworzyli grupy nacisku w kwestii polityki prorodzinnej. Wielka energia, z jaką publicyści i osoby nierzadko wysoko postawione krytykowały spot, mogłaby zwrócić się w tym właśnie kierunku. A właściwie „mogła była” już w zeszłym tygodniu. Z korzyścią dla wszystkich.