Sarkanie na polskich biskupów i stwierdzanie (nieraz z mściwą satysfakcją), że dalecy są od ideału, to jednak ślepa uliczka. Złożoność problemu uświadamia sobie każdy, kto sam w zakresie odpowiadającym swojemu powołaniu próbował stosować się do Ewangelii czy też konkretnych, wymagających wskazań papieża.

Polscy biskupi spotkają się z papieżem Franciszkiem − w dniach 1-8 lutego trwać będzie wizyta ad limina Apostolorum. Rozpaliła ona nadzieję i wyobraźnię katolików z Polski pytaniem, co papież powie naszym hierarchom (pytanie pojawiające się w wersji bardziej radykalnej można by streścić sformułowaniem: „czy utrze im uszu?”).

Przede wszystkim zasadne jest tu zastanowienie się, co Franciszek wie o sytuacji w Polsce. Nakreślona ona zostaje przez samych biskupów, a dokładnie rzecz biorąc przez współpracujące z nimi gremia, w nadsyłanych do Watykanu sprawozdaniach. Jak się ma sprawa z takimi dokumentami, wiadomo − można w nich szczegółowo opisać korzystne fakty, a pominąć te niewygodne. Przychodzi tu na myśl analogia z wizytacjami biskupimi w parafiach. Przed wchodzącym do kościoła biskupem wyrasta nagle gromada grup parafialnych, które spotykają się raz w roku (czyli tego właśnie dnia), a rozliczne dzieła podejmowane przez proboszcza opiewane są w odczytanych po mszy sprawozdaniach. Żeby jednak zobaczyć, jak dana parafia funkcjonuje na co dzień, biskup musiałby pojawić się w niej niezapowiedziany.

Owszem, informacje przedstawiane w sprawozdaniach napływających z Polski są bardzo szczegółowe − są to twarde dane, dotyczące m.in. liczby wiernych, księży, parafii, nowych powołań, udzielonej pomocy charytatywnej. Już sam dokument przygotowany w obu warszawskich diecezjach liczy sto pięćdziesiąt stron. Próżno spodziewać się jednak, by w tego rodzaju sprawozdaniu odmalowana została specyfika polskiego Kościoła, z całym pokładem jego problemów i toczących go konfliktów.

Jeśli chodzi więc o stopień wiedzy papieża na temat sytuacji w Polsce, pozostaje mieć nadzieję, że wiadomości na jej temat docierają do Stolicy Apostolskiej także innymi kanałami. Nie jest to niemożliwe. Trudno przypuszczać, że papież, który swobodnie wykonuje telefony (także do osób prywatnych), odcięty jest od źródeł informacji takich jak prasa. W ostatnim zaś czasie także po włosku można było przeczytać ciekawe wieści z Polski. Magazyn „Vatican Insider” przytaczał m.in. niefortunną wypowiedź abp. Józefa Michalika na temat pedofilii: „Często wyzwala się ta niewłaściwa postawa czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga”. Mogą też zainteresować Franciszka inne przytaczane na tym portalu słowa abp. Michalika: „Dzisiaj się papieżem walczy z biskupami w Polsce, papież Franciszek dobry, biskupi źli, papież Franciszek – tak, biskupi, Kościół w Polsce – nie”. Cóż to za dziwny kraj? − może pomyśleć Franciszek. Czy w mniej dziwnych krajach także możliwe jest takie przeciwstawianie biskupów papieżowi? I czy jeśli w tym przeciwstawieniu nie ma choć trochę prawdy, mediom mógłby się taki „spisek” udać?

Na podstawie powyższych informacji trudno jednak ułożyć sobie z zewnątrz spójny obraz polskiego Kościoła, na dodatek taki, który przekonywałby papieża o potrzebie radykalnych kroków. Istotne zmiany mogą się jednak dokonać także na innej drodze. Rzecznik Stolicy Apostolskiej ks. Federico Lombardi powiedział: „Myślę, że Franciszek pomoże polskim biskupom oraz Kościołowi w Polsce na nowo rozpocząć przepowiadanie z entuzjazmem Ewangelii”. Zapowiedź ta brzmi oczywiście szalenie ogólnie i na pierwszy rzut oka nie mówi właściwie absolutnie nic − można takie słowa powiedzieć w odniesieniu do każdego kraju, entuzjazm Ewangelii wszędzie jest potrzebny. Gdyby jednak wizyta u papieża sprawiła, że język polskich hierarchów zmieni się tak, by rzeczywiście głosił entuzjazm Ewangelii − byłoby to niezmiernie wiele. Więcej nie trzeba.

Milowym krokiem będzie, jeśli papież czy to swoim słowem, czy to samym sposobem bycia, czy to na innych jedynie sobie znanych drogach wszczepi w polskich biskupów coś z tego, o czym pisze na kartach adhortacji „Evangelii gaudium” − adhortacji, której tytuł znaczy przecież właśnie „Radość Ewangelii”. Radość, a więc także entuzjazm.

Adhortację mam już mocno popodkreślaną i poznaczoną na marginesach. Na chybił trafił przytoczę więc kilka zdań, stanowiących moje marzenie o Kościele: „Misyjne serce podejmuje ryzyko pobrudzenia się ulicznym błotem”; „Kościół nie jest urzędem celnym, jest ojcowskim domem, gdzie jest miejsce dla każdego z jego trudnym życiem”; „Wolę raczej Kościół poturbowany, poraniony i brudny, bo wyszedł na ulice, niż Kościół chory z powodu zamknięcia się […]. Nie chcę Kościoła zatroskanego o to, by stanowić centrum, który w końcu zamyka się w gąszczu obsesji i procedur”; „Dobrze, aby postrzegano nas nie jako specjalistów od diagnoz apokaliptycznych lub posępnych sędziów, z upodobaniem doszukujących się wszelkich niebezpieczeństw czy dewiacji”; „Jak to dobrze, kiedy kapłani, diakoni i świeccy spotykają się co jakiś czas, by wspólnie znaleźć odpowiednie narzędzia, mogące uczynić ich kazania bardziej atrakcyjnymi”. Zdania te są już zresztą dobrze znane. Zapewne to one także przyczyniają się do tego, że ludzie widzą różnicę między tym, do czego wzywa papież, a tym, co obserwują w Kościele w Polsce. To wina papieża? Wina tych, którzy to widzą? Wina mediów? A może problem lokuje się jednak gdzie indziej?

Sarkanie na polskich biskupów i stwierdzanie (nieraz z mściwą satysfakcją), że dalecy są od ideału, to jednak ślepa uliczka. Złożoność problemu uświadamia sobie każdy, kto sam w zakresie odpowiadającym swojemu powołaniu próbował stosować się do Ewangelii czy też konkretnych, wymagających wskazań papieża. Mamy w tej chwili coś istotnego do zrobienia. Przed konklawe modliliśmy się za kardynałów, aby przy wyborze nowego papieża ich serca były otwarte na Ducha Świętego. Pontyfikat papieża Franciszka zupełnie nas zaskoczył, wielu odbiera go jako wylanie na Kościół wielkiej łaski. Przed wizytą ad limina także potrzebna jest nasza modlitwa − za polskich pasterzy i za papieża. Wielkie rzeczy wydają się niewiarygodne, ale jednak się zdarzają.